15 maja – Zofii Madame Sophie dniem nudzi się i ziewa a nocą oczy jej rosną. Coraz to inny humor przywdziewa i grając strofą miłosną. Euforyczna woń perfum jej loki spowija, jęki wspomnień unoszą się nad nią- kwiatem przedziwnym zda się Zofija…. A jakimż to kwiatem?… Niech zgadną.
12 maja – Dominika Dominik wyszedł na spacerek po zimie, wesoły zerwał się wiaterek w wiklinie, nowy robak się urodził, Dominik pyta - "o co chodzi?" Młody listek gniazdo chłodzi, Dominik pyta - "o co chodzi?" A my mu na to - zwyczajnie - tak bywa wiosną. To i owo przyszło na nowo, to i owo podrosło, a inne - zasnęło na wiek. Panowie - to jest korekt! A my mu na to - zwyczajnie - jak to na wiosnę, łódź z powodzią, kamień pod łodzią, a inne - zasnęło na wiek, panowie - to jest korekt! Dominik idąc ze spaceru biegł pędem, kokosza bije się z gąsiorem o grzędę, za łby kruk się z lisem wodzi, Dominik pyta - "o co chodzi?" Mak i kąkol zbożu szkodzi, Dominik pyta - "o co chodzi?" a my mu na to - zwyczajnie - jak to w przyrodzie, to pod wozem, tamto na wozie, to i owo na spodzie, a inne - zasnęło na wiek - panowie, to jest korekt! Każdy ma w życiu przynajmniej po jednej frajdzie - nic w przyrodzie nigdy nie ginie, a jeśli, to zaraz się znajdzie - i nad tym niech głowi się człek - - Panowie - to jest korekt!
Patrz, jaka jestem ładna, To przez Ciebie. Choć kłopot z nieba spadł nam. ...Jak to? ...Nie wiesz? Opowiem Ci dzisiaj o nim, o tym największym kłopocie, Niech ci się Ludka przyśni w tygodniu lub przy sobocie... I kłopot — przybył znienacka — Ta cała nasza sprawa,
ta miłość nasza wariacka, o której piszczy trawa... ...A tak już było dobrze,
a tak już było prosto. I nie jak w jakiej „Kobrze", przeciwnie - jak brat z siostrą. Każde na miejscu swoim, z koncepcją własną i szafą, ty - niby nic się nie boisz, ja - niby mądra jak Safo... A jeśli randka — to chwila, a jeśli razem, to mila, a jeśli więcej, to święto, a jeśli mocniej - to żart, a jeśli słowo, to lekko, a jeśli domek, to z kart... A nawet ze mną - to co? A nawet z tobą - to nic... A tu tymczasem - ho ho, a tu tymczasem - jak żyć... ...Stoimy nagle na moście, jakby zalani, zawiani, i różne mamy zdolności, ale za dużo zadane.
Przyniosłeś mi bez pięciolistny w klapie od marynarki. Świecił jak absurd czysty. Jak order. Albo jak antyk. Zakwitł zwyczajnie, jak wszyscy, gdzieś na świętego Andrzeja... Tylko od innych był tkliwszy. Jak uśmiech. Albo nadzieja. Bez pachniał bzem najczęściej i przekwitł o swojej porze. Zostało mi po nim szczęście w liliowo bzowym kolorze.
25 kwietnia – Marka Ten krzak tarniny, młody jeszcze stał między nami jak na warcie... Jak gdyby mówił: "Nie patrz na nią no nie patrz na nią tak uparcie". Tyś jednak patrzył, patrzył, patrzył, aż ci czerniały z tego oczy, jakby nie było ramion gładszych, piękniejszych spojrzeń i warkoczy. Odtąd wędruję z Markiem moim przez leśne wzgórza i równiny, a w Kaźmierzowskim polu stoi samotny, dumny krzak tarniny.
1 kwietnia (prima aprilis) – Ksenona Żyła, była dżdżownica nazywała się Ksenon. Zdrowa była pannica, niejeden zjadła melon. Jej matka, jej tatko cały, sterani weterani, polegli na polu chwały na wojnie z okoniami. A Ksenon się starzeje... Jest, znaczy, starą panną, Nie śpi, nie pije, nie je w mieszkaniu pod dziewanną. Aż wreszcie -jest! Znaleźli! Prowadzą kandydata. Niestety... w środku pieśni przecięła go łopata.* Martwi się biedna Ksenon i moczy modre oczy. Ach na cóż zda się welon i wianek wśród warkoczy??? Lecz cóż to: Narzeczony, Choć w pasie wspak przecięty wciąż ślubu jest spragniony, wciąż piękny i namiętny. Więc wiwat! Nóżki na stół. Ech, życie, życie, życie... Lepiej mieć męża pół, niż zmarnieć w rozkwicie. * To dziadzio poszedł na robaki, niedaleko domu pod dziewanną.
Zawieszony na powietrzu nić błękitną pająk przędzie, nie wiedziałam wczoraj jeszcze, że mi też błękitnie będzie. Niebo płonie od wieczora, gorze gwiazda na kolędę, nie wiedziałam jeszcze wczoraj, że ja także płonąć będę. Na zielonej łąki fale wysypały się kaczeńce, nie wiedziałam wczoraj wcale, że mi złagodnieją ręce.
13 marca – Krystyny Ja jestem czarna, a ty - biała, noszę się długo, a ty - krótko: W zielone noce ja płakałam, tyś uśmiechała się leciutko. Za twoje zdrowie piję wino... Ach, jak to dobrze być Krystyną. Gdy do drzwi dzwonią, to ja biegnę, ty zaś - powoli się podnosisz. Tajemnic swoich smutnie strzegę... Ty - wszystko mówisz swej Małgosi. Za twoje zdrowie piję wino... Ach, jak to dobrze być Krystyną. To tobie dają tulipany świeżo zerwane, młode, mokre, a okoliczne stare panny jak osty sterczą pod twym oknem. Za twoje zdrowie piję wino... Ach, tak bym chciała być Krystyną.
11 marca – Konstantego Smutni, zmęczeni, z bilonem w kieszeni, z fiołkiem w klapie błądzimy po mapie - i nic. Wszędzie są miejsca niedobre, jakże hodować tam kobrę, jakże o czwartej z rana na księżyc patrzeć w piżamach?... - To nam nie odpowiada. Wszędzie są miasta nieduże, pranie się suszy na sznurze, żona wygania demona, a zupa jest przesolona – - to nam nie odpowiada. Więc smutni, zmęczeni, z bilonem w kieszeni, z fiołkiem w klapie błądzimy po mapie - i nic. Znużeni długą podróżą śpimy w „Hotelu Pod Różą”, w najlepszym hotelu pod różą: cienie Balzaca i Konstantego po ścianach suną gęsiego, milczy kanapa zielona nikt nie wypędza demona… Znużeni długą podróżą śpimy w „Hotelu Pod Różą”, sny się zlatują i wróżą: - Wrócicie do domu pod różą i będzie kanapa i kobra, i będzie pogoda dobra, i przyjdą do was wspomnienia, lecz nie będzie, nie będzie już więcej balzakowego cienia… - T nam nie odpowiada. Więc smutni, zmęczeni...
Dumała sasanka nad Sanem
jakie jej życie pisane? Czy z garstką swych sióstr (albo braci) Czyjś wianek ślubny wzbogaci? Czy w klapie dandysa zadynda? Czy zerwie ją lafirynda? Czy ktoś ją, choć jest pod ochroną, powiedzie w podróż szaloną? Czy gniazdo wymości nią ptak? Fujarkę ozdobi? Czy frak? Czy będzie najczulej kochana przez Franka? Czy przez Cypriana? Niedługo trwał myśli tych bieg.
Pod wieczór spadł tęgi śnieg
i znikła pod nim sasanka –
niedoszła żona i branka.
Tak nieraz bywa szkaradnie,
że człowiek na nos padnie
albo ześwini się zgoła
nim życie poznać zdoła.