Wyszedłem tak
Bez pieniędzy, dobrych rad
Prosto w burzę, w deszcz i mgłę, przez świat
Miałem jeden cel
Nowe życie zacząć gdzieś
Z nowym losem zagrać znów va banque
Wierzę, że
Sprawdzą się
Moje sny
Wyszedłem więc
Bez pożegnań, czułych słów
Popatrz, tutaj był mój dom, mój świat
Co by jeszcze wziąć?
Tę gitarę, która gra
Gdy w jej pudle cicho śpi mój kot
Wierzę, że...
Nikt nie wie, co go jeszcze spotka, jaki los
Jak trzeba przygotować się
Lecz zawsze trzeba grać do końca
Zawsze, zawsze trzeba grać
Va banque, va banque
Wyszedłem tak
Bez biletu, dobrych rad
Prosto w burzę, w deszcz i mgłę, przez świat
Miałem jeden cel
Póki jeszcze starczy sił
Z nowym losem zagrać znów va banque
Wyszedłem więc
A ktoś zamknął za mną drzwi
Popatrz, tutaj był mój dom, mój świat
Jarema Stępowski
Feluś, kankana ❗❗❗
Andrzej Tylczyński
Panie Feluś, już dopukać się nie mogłem
Panie Feluś, omal szyby nie wybiłem z całym oknem
Panie Feluś, przyjechali do nas dziś artyści z rana
I tańczyli, panie Feluś, i tańczyli, panie Feluś
I tańczyli, panie Feluś, kankana
Mówię panu, co się działo
Pół Targówka się zleciało
Słuchaj, słuchaj pan ❗❗❗
Panie Feluś, rany boskie, co za cizie
Panie Feluś, takich jeszcze pan nie widział
Co za nogi - od podwiązki do podłogi
Feluś, Feluś, trzymaj się ❗❗❗
Panie Feluś, co pan robisz, olaboga
Panie Feluś, stójże pan na własnych nogach
Panie Feluś, miej pan wzgląd na me odciski
No i nie depcz po nich już ❗❗❗
Słuchaj pan, co za gra
Tak nóżkami tam fikały
Żeśmy wszyscy tańcowali
Feluś, spójrz pan, tak
Nóżka tu, nóżka tu, nóżka tam, nóżka tam
A te nóżki takie były
Żeś pan mdlał - jak mi Bóg miły
Orgia, Feluś, szał ❗❗❗
Panie Feluś, to nie taka zwykła draka
Panie Feluś, rzuć pan Gienię, daj drapaka
Co za nogi - od podwiązki do podłogi
Rany Julek - sprawdź pan sam ❗❗❗
Panie Feluś, nie mdlej pan, o rany Boga
Panie Feluś, już pan stał na moich nogach
Panie Feluś, leć pan, może tańczą jeszcze
No i fason trzymaj pan ❗❗❗
Słuchaj pan, co za gra
Tak nóżkami tam fikają
Że wraz z nimi całą zgrają
Kumple tańczą tak
I raz, i dwa, i raz, i dwa
Zyzol - dobrze, Szmaja - źle
Nie ta noga, no, trochę wyżej
Trzymać fason, to się wi...
Bum-cyk-cyk
I raz, i dwa, i hop ❗❗❗
Nóżka tu, nóżka tu, nóżka tam, nóżka tam
A te nóżki - daję słowo
Odsłaniają to i owo
Orgia, Feluś, szał ❗❗❗
Spiesz się pan, szuraj tam
Ja nie mogę lecieć z panem
Bo mnie Zośka goni z wałkiem
Pryskam, koleś, ciao ❗❗❗
Tadeusz Skrzypczak Podsłuchane wyznanie Zbigniew Kaszkur
Na czwarte piętro pod drzwi ukochanej
Wbiegam wzruszony, trzymając pęk róż
Myśląc, czy przyjmie małżeńskie me plany
Sięgam do dzwonka już
Nagle wyznanie zza drzwi mnie dobiega
Głos ukochanej, wstrzymuję więc dłoń
Inny jest u niej i kocha innego
Bo tak oto, słyszę, mówi doń
Dłużej tego nie chcę już ukrywać
Że tak bardzo, bardzo kocham cię
Że cię każda moja noc przyzywa
I każdy mój dzień
Nawet wtedy, gdy cię przy mnie nie ma
Oczu twych błękitem niebo lśni
Myśli mych jedyny temat, to właśnie ty
Jedynie tylko ty
Źle jednak mnie nie sądź
Słów mych nie wstydzę się
Bo to tylko przesąd
Że wyznać to winien
Wpierw chłopiec dziewczynie
Miłość, ta jedyna i prawdziwa
Która nam rozjaśnia wszystkie dni
Wiedz od wszelkich konwenansów
Silniejsza jest
I taką miłość daję ci
Dzwonię i wchodząc już zrezygnowany
Mówię – wiem wszystko, słyszałem przez drzwi
A na to wita mnie śmiech ukochanej
Jak gdyby nigdy nic
List mi podaje – do ciebie – powiada
Po napisaniu czytałam na głos
Biorę i nagle z radości w szał wpadam
Bo w nim właśnie, słowo w słowo, to
Obrazy: Jean Abrie
Mogłem być ja dla ciebie pierwszym lepszym
Po tych rudych, po tych czarnych, po tych blond
Mogłem być sokołem i aniołem
Ale nie byłem, a skąd
Nie poznałaś się na mnie
Prysnął gdzieś związek dusz
Rutynowo, banalnie
Traktowałaś, i już
Trudu sobie nie zadałaś
Wyobraźnię oszczędzałaś
O scenerię nie zadbałaś odpowiednią
Po pozorach oceniałaś
Winem skąpo częstowałaś
W rezultacie wyszło raczej średnio
Mogłem być ja dla ciebie pierwszym lepszym
Po tych drabach, co im z oczu patrzy źle
Mogłem być twym bogactwem naturalnym
Ale nie byłem, o nie
Poleciałaś na skróty
Zamiast love tkliwie snuć
Nazbyt śpiesznie i grzesznie
Postawiłaś na chuć
Wcale mnie nie oswajałaś
Może czasu mało miałaś?
Może wplątać się nie chciałaś w wielką miłość?
Nie poiłaś, nie karmiłaś
Ani trochę nie wielbiłaś
W rezultacie wyszło raczej średnio
Mogłem być, niewątpliwie, pierwszym lepszym
W Europie i na świecie, i w M2
Ale już walizeczkę spakowałem
No a przyczyna jest ta:
Nie poznałaś się na mnie
Wielki zrobiłaś błąd
Taka szansa raz, drugi
Już nie trafi się, skąd
Snułem plan na kanwie marzeń
Że odkryjesz mnie, obdarzysz
Uczuciami, wobec których inne zbledną
"Swoim skarbem" nazwiesz czule
I docenisz, i w ogóle...
A tymczasem wyszło raczej średnio
Pan zna mnie chyba tak jak nikt
Pan zna mnie lepiej niż ja sama
Pan zna mnie tak jak szeląg zły
Choć ja właściwie nie znam pana
Pan zna mnie tak jak własną kieszeń
Pan aż za dobrze już mnie zna
A ja się tylko z tego cieszę
Że taka jestem znana, a...
Któż nie chce być osobą znaną?
Ja osobiście się nie wstydzę
Że jestem taką znaną panią
I że pan chce mnie poznać bliżej
Pan bardzo dużo kobiet zna
A pan na pewno jeszcze więcej
I pan znajomych kilka ma
Mnie zna pan także, za to ręczę
Przyznajcie zatem dziś, panowie
Że skoro znacie tyle pań
Jest coraz więcej znanych kobiet
I będzie więcej dzięki wam, a...
Któż nie chce być osobą znaną?...
Pan przecież znany z tego jest
Że lubi znać osoby znane
Bo znać je nigdy nie jest źle
Wiem o tym już po sobie samej
Więc poznam pana z przyjemnością
Nie ryzykuję w końcu nic
A dzięki miłym znajomościom
Na ogół jest przyjemniej żyć, więc...
Poznajmy się - to hasło znane
I osobiście się nie wstydzę
Że może się poznamy z panem
Cokolwiek bliżej, jeszcze bliżej... Fotografie:
Maria Czubaszek
Tadeusz Suchocki (kompozytor)
Ludmiła Warzecha
Pan mnie pyta, z kim ja sypiam? Sypiam sama
To mój wybór, nie konieczność, więc nie dramat
Serce ciepłe wciąż od wspomnień
O tych wszystkich zimnych draniach
Którzy chcieli mnie usidlić
Wzięłam urlop od kochania
Od uniesień, od tęsknoty
Od czekania w noc bezsenną
Odpoczywam, nie zabierze się pan ze mną
Męskie ramię mi chwilowo niepotrzebne
Jak pan widzi, nie usycham bez miłości
Sama z sobą jem kolacje i śniadania
I odkrywam miłe strony samotności
Pan chce dociec, co też robię z wolnym czasem
Czy nie wzdycham ciężko, w sufit patrząc smętnie?
A ja mam nareszcie tyle
Tego czasu do stracenia
Że go tracę oraz trwonię jak najchętniej
Męskie ramię, które pan tu uosabia
Choć się wesprzeć na nim czasem nawet miło
To najczęściej tylko symbol, tylko fantom
Niby jest, a jakby wcale go nie było
Że pan także jest samotny
To jest szczegół nieistotny
Chociaż wpada mi do głowy
W związku z panem taki wniosek dodatkowy
Że się nic nie zmieni ani nie uprości
Gdy samotność nagle dotknie samotności
Ma samotność jest przebiegła
Nie pozwoli, by ją przegnał
Nawet tak zdecydowany
Pewny siebie i nagrzany
Zakochany z wzajemnością w sobie pan
Siadł nad wodą zimorodek
Da do di da
Modre piórko wpadło w wodę
Da do di da
W modrą wodę, gdzie błękitnie
Niezapominajka kwitnie
Da do di da, do di da
Niezapomi-, niezapomi-, zapominajka
Taki kwiatek, co w niebieskich rodzi się bajkach
Skradły raz kawałek nieba błękitne ludki
Wykrajały z niego tysiąc płatków niezabudki
Da do di da, da da do di da...
Chłopiec bystre ma źrenice
Da do di da
W nich błękitne obietnice
Da do di da
Że miłuje mnie ogromnie
I że nie zapomni o mnie
Da do di da, do di da
Nie zapomni, nie zapomni - już zapomina
Jego oczy mi zabrała inna dziewczyna
Te błękitne, aksamitne, no jednym słowem
Niezapomi -, niezapomi -, zapominajkowe
Da do di da, da da do di da...
Choć zapomniał - trudna rada
Da do di da
Nie wyrzekam i nie biadam
Da do di da
Łez błękitnych nie wylewam
Tylko tak do siebie śpiewam
Da do di da, do di da
Nie zapomnij, nie zapomnij, że oczy modre
Są do wyznań, do obietnic chętne i szczodre
Lecz choć niezapominajki barwą błyskają
Zapomina -, zapomina -, oj, zapominają
Ach, co za spotkanie! Jak się masz?
Jak u mnie? Niczego.
Za to ty strasznie schudłeś,
Z mężczyzny zrobił się kij.
Nigdzie cię nie widać,
Nie bywasz, nie dzwonisz. Dlaczego?
A, podobno żyjesz z Terenią, winszuję, żyj.
Niech ci będzie, na zdrowie,
Nic ci więcej nie powiem,
Reszty dowiesz się sam,
Kiedy będzie za późno już.
Mnie się ona podoba,
Bardzo miła osoba.
Że opinię ma złą?
Nic dziwnego, no cóż:
Żył z nią Władek i Tadek,
Z Romkiem miała wypadek.
A ten biedny nasz Stach
Ile przez nią zniósł. (Ole!)
Znam ja dobrze to ziółko,
Jestem jej przyjaciółką,
Wierz mi: wydra skończona i szlus!
Obgadywać jej nie chcę,
Nie lubię i tego nie żądaj.
Choćbyś ukląkł przede mną,
Nie puszczę już pary z ust.
Zresztą jestem rada,
Że taka o zębach wielbłąda
Także mogła, bidulka, utrafić w czyjś gust.
Niech ci będzie, na zdrowie,
Nic ci więcej nie powiem,
Każdy z nas ma swój smak,
Aale koń by ze śmiechu pękł.
Wiek w metryce fałszywy,
Za to zez jest prawdziwy.
No, platfusy to nic,
To ma nawet specjalny wdzięk.
Mama, jeśli pamiętam,
Też nie była zbyt święta -
Po Tereni to znać, to się ma we krwi!
Jej tatuś - nie do życia,
Gdy jednak wrócił z kicia,
Lepszy i tak, łobuzie, niż ty!...
Wiesz, co ci jeszcze powiem?
Zostaw lepiej tę małpę i wróć!
Danuta Stankiewicz Europy chcę Jerzy Andrzej Masłowski
Dzień jak kawy pół
Anemiczny zmierzch opada sobą w dół
Znów studzę wódkę, liczę kurz
I wyglądam ciepłych wyżów w ogniu burz
Snów znajomy kształt
Panorama dnia niezmiennie budzi żal
I nie dla wszystkich kompakt gra
Dość mam reklam bez pokrycia i bez szans
Europy chcę, Europy
Bez pośpiechu witać każdy dzień
Europy chcę, Europy chcę
Wśród wytwornych sfer jak Pierre Cardin
Chcę lecieć nad dachami Marion Square
Dopisać do wydatków kilka zer
Zapomnieć słony pytań smak
Europy chcę, Europy, chociaż raz
Nie, nie zatrzymuj mnie
Marzą mi się złote piaski w Saint-Tropez
Tak bardzo chcę się wyrwać stąd
Szarych twarzy i pejzaży mam już dość...
Obrazy: Dan Domido
Nie wiem, czemu wybrałem ten fach?
Wielu twierdzi, że lepsze bywają...
Ja ich skreślam i po całych dniach
Tkwię za kółkiem od grudnia do maja.
Jestem grzeczny dla grzecznych, a gdy
Nieprzyjemnie ktoś zachowa się,
Małą wiązkę posyłam mu i
Już po chwili przyjaciel wie, że...
Dla mnie nie ma cwaniaków,
Ja naturę mam taką,
Że nie bawię się w układne słówka.
Jadę równo i ostro,
Raz ukosem, raz prosto, Bo ja jestem warszawski taksówkarz.
"Tylko na Pragie, na Pragie,
no na Wole nie mogie, kochana -
zmiennik na mnie czeka, ojej..."
Że ja nerwów nie tracę - to cud.
I tak w kółko, codziennie od rana!
Ludzi przy tym poznaje się w bród:
Starych, młodych, wesołych, przegranych...
Zakochani się czulą: cmok, cmok...
Ktoś się spieszy, bo pociąg tuż tuż.
Poznam męża, co robi skok w bok,
Ma się w końcu to oko, bo cóż...
Dla mnie nie ma cwaniaków,
Ja naturę mam taką,
Która prawdę dostrzeże spod maski.
Byle czym się nie zrażam, Na zakrętach uważam,
Bo ja jestem taksówkarz warszawski.
"Jak chodzisz, łachu, świateł nie widzisz?!
Barany, nie ludzie, jak pragnę zdrowia!"
Swoim gwarem mnie wita co dnia
Praga, Wola, Powiśle, Ochota...
Każdy kamień zjeździłem tam ja
I ta stara, poczciwa gablota!
Nieraz brać ją musiałem "na pych"
I przeżyłem, przeżyłem już z nią
Wiele chwil i wesołych, i złych,
Ale nigdy nie dałem się, bo...
Nie ma dla mnie cwaniaków,
Ja naturę mam taką,
Co nie złamie się - spokojna główka!
Jadę równo i ostro, Raz ukosem, raz prosto,
Bo ja jestem warszawski taksówkarz!
"Te, w skuter szarpany, ty uważaj, jak jeździsz!
Łeb w kokilkę wsadził - kozaka udaje, no!"
Nie wiem, czemu wybrałem ten fach,
Lecz na inny bym się nie zamienił!
Milicjantki się widzi, że ach!
I Warszawa się wkoło zieleni...
Życie dla mnie ma sens oraz treść:
Kto smaruje, ten jedzie, no nie?!
A więc kursu nie zmieniam i cześć!
Mam swój fason i każdy wie, że...
Dla mnie nie ma cwaniaków,
Ja naturę mam taką,
Że sam radę dam sobie - bez łaski!
Byle czym się nie zrażam,
Na zakrętach uważam,
Bo ja jestem taksówkarz warszawski!
"Ty, trabant, kółko ci się kręci! Hehe!...
Nie no, Panie Władza, no...
Mandat? No, za co mandat, no?
Tam nie było żadnego znaku, no!
Nie, nie, no dobra, dobra!
No, już płacę, ojej, ojej...
Tyle rabanu i..."
Ta myśl pod czaszką taka żmudna,
tak przyczepiła się i boli:
czemu ta wolność taka trudna,
tyle trudniejsza od niewoli?
I jak tę wolność przetłumaczyć
na dni, co plotą się spokojnie,
skoro nie umie nikt wybaczyć,
skoro nie umie nikt zapomnieć?
W szkole wolności tyle wolnych klas,
nieużywana brama się telepie,
i w żadnej klasie jakoś nie ma, nie ma nas,
my nie musimy – my już wiemy lepiej!
Jakąż wolnością nam zakwita
nasz wolny wreszcie dzień powszedni,
wolnością pięknych, trudnych pytań,
czy też wolnością głupstw i bredni?
Wolnością, co szacunek budzi,
czy też wolnością świństw i kantów,
wolnością pięknych, mądrych ludzi
czy niedouków, dyletantów?
W szkole wolności tyle wolnych klas
i bezrobotny belfer biedę klepie,
i w żadnej klasie jakoś nie ma, nie ma nas,
my nie musimy – my już wiemy lepiej!
I myśl powraca taka żmudna
i tak natrętna, aż się dziwię:
czemu ta wolność taka trudna,
jeśli traktować ją uczciwie?
Bo dawno już się, mamo moja,
tak śmiesznie nie składały gwiazdy:
dano nam wolność – piękny pojazd,
nikt nie chce robić prawa jazdy!
Mógłbym pieśń dalej ciągnąć, ale cóż,
tutaj mój wywód skończyć się postaram:
w szkole wolności dawno jest po dzwonku już,
trzy czwarte Polski raczej na wagarach...
Co dzień z mego stanowiska
Polna, róg Bazaru,
widzę rano, jak przeciska
się do pracy naród.
Widzę ludzi, jak się spieszą
cali zlani potem,
no i myślę, że najlepszą
wybrałem robotę.
Od poniedziałku aż po poniedziałek
z uporem haruje ferajna,
a ja wstaję rano, poprawiam przedziałek,
poprawiam przedziałek i — fajrant.
A ja wstaję rano, poprawiam przedziałek,
poprawiam przedziałek i cześć!
Tak z tytułu mej pozycji,
jak i doświadczenia,
miałem wiele propozycji
nie do pogardzenia.
Mogłem nosić z dumną miną
kazionne fufajki
i na przykład w rzeźni świniom
opowiadać bajki.
Słoneczny żar się z nieba leje,
Warszawa cała już od rana pustoszeje,
Do ciężkich pięt się asfalt lepi
I nawet lodziarz nie ma siły cię zaczepić.
Narzeka cieć: "och dolo mojaż",
A ja z kolegą łapię wędkę i sakwojaż,
I gnam przez miasta pył i kurz,
Tam, gdzie przy moście czeka już ...
Statek do Młocin, statek do Młocin,
Dokoła Wisła w słońcu srebrzy się i złoci,
A ty, za poręcz, bracie, łap
I pchaj z innymi się przez trap.
Pierw dwie panienki i szkrab z kokardą
I grubas, kóry ciągle jaja je na twardo,
I komuś w przejściu uwiązł teść,
Lecz się przepchało go i cześć.
Panie gruby, ile ludzi tym statkiem jedzie?
Dużo, co? To pan właśnie mnie musi te
skorupy za kołnierz rzucać?! Oj, nieładnie!
A czasem od wielkiego święta, Się zdarza, że na brzegu dmie orkiestra dęta,
Gdzie ten i ów ma kwaśną minę,
Gdy naprzeciwko ja z kolesiem jem cytrynę.
I para w ruch, syrena wyje,
Oddycha człowiek pełną piersią, wie, że żyje.
Orkiestra gra ostatni tusz,
A potem w rejs wyrusza już ...
Statek do Młocin, statek do Młocin,
To jest atrakcja, jakich mało moi złoci.
Już dwie panienki z buzią w ciup, Opalać poszły się na dzób.
A ja z kolesiem, dwa wilki rzeczne,
Panienkom tym spojrzenia ślemy niebezpieczne,
A jak za burtę wypadł teść,
Się wyłowiło go i cześć.
- Teściu, teściu, żyjesz?
- Oj, żyję, ale co to za życie...
Zapada zmierzch, a ja z kolegą
Wiem, że panienki dwie pracują u Bliklego,
I myślę już całując rączki, Że przy okazji trzeba będzie wpaść na pączki.
A obok gość po kilku piwach
Narzeka: "panie coś tym jachtem strasznie kiwa"
Kapitan woła: "cumy rzuć",
I już przestaje fale pruć
Statek do Młocin, do Młocin statek,
Wielka atrakcja dla dorosłych i dla dziatek
Wysiada już z kokardą szkrab
Znów trzeba teścia pchać przez trap.
Panowie, panie, to nie są kpiny
Na letnie dni po prostu nie ma jak Młociny
To dla mnie życia urok, treść
I tylko teścia trzeba nieść.
Statek do Młocin, do Młocin statek,
Wielka atrakcja dla dorosłych i dla dziatek
To życia urok, życia treść
Do Młocin statek, no i cześć.
Panowie, panie, to nie są kpiny
Na letnie dni po prostu nie ma jak Młociny
To życia urok, życia treść
Do Młocin statek, no i cześć.
Halina Kunicka Niby jest źle, a jednak fantastycznie Wojciech Młynarski
Jestem kobietą, co poglądów swych nie zmienia
Lecz miewam czasem różnorodne przemyślenia
I tak mniej więcej przez ostatni chyba rok się
W następującym wypowiadam paradoksie...
Niby jest źle, a jednak fantastycznie
Darujcie, że to nie brzmi zbyt logicznie
Lecz coś w tym jest, co nas unosi z dna
Na każdą z łez uśmiechy będą dwa
Słuchajcie więc, ponurzy narzekacze
Uśmiechnie się już jutro, kto dziś płacze
Piosenka ta to na charakter test
Niby jest źle, a fantastycznie jest
Że ja mam rację, państwo sami poświadczycie
Tak można myśleć, tylko trzeba kochać życie
I ja się cieszę każdym świtem - co ja robię
Wstaję z nadzieją, no i tak powtarzam sobie
Niby jest źle…
Więc choć zły los u nóg nam plącze kable
Niby jest źle, a jednak - formidable
To znaczy po francusku - fantastycznie
Niech zniknie więc dyżurny smętny zez
Niby jest źle, niby jest źle, a fantastycznie jest
Potwierdzają to setne przykłady
Że westerny wciąż jeszcze są w modzie
Wysłuchajcie więc państwo ballady
O tak zwanym najdzikszym zachodzie
Miasto było tam, jakich tysiące
Wokół preria i skały naprzeciw
Jak gdzie indziej, świeciło tam słońce
Marli starcy, rodziły się dzieci
I tym tylko od innych różni się ta ballada
Że w tym mieście gdzieś na prerii krańcach
Na jednego mieszkańca jeden szeryf przypadał
Jeden szeryf na jednego mieszkańca
Konsekwencje ten fakt miał ogromne
Bo nikt w mieście za spluwę nie chwytał
I od dawna już każdy zapomniał
Jak wygląda prawdziwy bandyta
Choć finanse poniekąd leżały
Gospodarka i przemysł był na nic
Ale każdy, czy duży, czy mały
Czuł się za to bezpieczny bez granic
Bo tym tylko od innych różni się ta ballada
Że w tym mieście gdzieś na prerii krańcach
Na jednego mieszkańca jeden szeryf przypadał
Jeden szeryf na jednego mieszkańca
Jeśli państwa historia ta nudzi
To pocieszcie się tym, że nareszcie
Którejś nocy krzyk ludzi obudził
Bank rozbity, bandyci są w mieście
Dobrzy ludzie, na próżno wołacie
Nikt nie wstanie, za spluwę nie chwyci
Skoro każdy świadomość zatracił
Czym się różnią od ludzi bandyci
A tym tylko od innych różni się ta ballada
Że w tym mieście gdzieś na prerii krańcach
Na każdego człowieka nagle strach upadł blady
Od szeryfa do zwykłego mieszkańca
Potwierdzają to setne przykłady
Że westerny wciąż jeszcze są w modzie
Wysłuchaliście, państwo, ballady
O tak zwanym najdzikszym zachodzie
Miasto było tam, jakich tysiące
Ludzkie w nim krzyżowały się drogi
Lecz nie wszystkim świeciło tam słońce
Bo bandyci krążyli bez trwogi
Wyciągnijmy więc morał w tej balladzie ukryty
Gdy nie grozi nam żadne rififi
Że czasami najtrudniej jest rozpoznać bandytę
Gdy dokoła są sami szeryfi