Deszcz, tak deszcz, to deszcz, ach deszcz
Deszcz mży, deszcz dżdży, deszcz łez
Deszcz łask z gwiazd cicho spadł na dachy miast
I wpadł do miliona małych ptasich gniazd
Dreszcz, zły dreszcz znikł gdzieś
Ten dziwny dreszcz co przejmował chłodem
Jak każda strata, każdy zawód, niespełnienie
Ten dreszcz zmył deszcz, ciepły deszcz
Co przyniósł ukojenie
Biegnąc boso po kałużach
Dusza w deszczu się zanurza
I pluszczącej ciszy słucha
I przepełnią ją otucha
Jakby z nieba spadał na nią
Z każdą kroplą jasny Anioł Pogody Ducha
Wieszcz, sam wieszcz
Ten deszcz, ten piękny deszcz starał się opisać
I szeleszcząca jak polszczyzna
Dnia dżdżystego pieśń brzmi
Deszcz mży, rymów deszcz
Z preludium deszczowego
Opowiedz mi dziś o dobrym dniu
Co zbudzi mnie ze zbyt długiego snu
O dobrym dniu
Co odmieni nas dotknięciem słońca
Byśmy żyli jeszcze raz
By opadł z nas kurz z krętych dróg
I ciężar kłamstw, tych, których nam dziś wstyd
O dobrym dniu - takim, jakie kiedyś były
Gdyśmy mieli więcej siły
Więcej szczęścia - i wątpili w nie
O takim dniu, że ma jeszcze przyjść
Opowiadaj mi bajkę przed snem
Niech na minutę, chociaż na minutę
Wreszcie skruszę twoją butę
Przez minutę czyń pokutę
Każde słowo, jak szpicrutę
Przez minutę będę wrażać prosto w serce twe
W to serce, które dotąd ani drgnie
Bo miara wreszcie się przebrała
Przez minutę, przez minutę
Twą cykutę, twą cykutę
Twą cykutę dam ci pić do dna
Bo nazbyt długo już to wszystko trwa
Lecz teraz w sobie się zebrałam,
Kurze pościerałam, włosy zakręciłam
Rzęsy przykleiłam, służbę odprawiłam
Zawsze mnie słuchałeś, wciąż potakiwałeś
Więc minutę jeszcze słuchaj mnie
Zacznę od początku, już gdy byłam w Lądku
W borowiny wrzątku, szeptał głos rozsądku
Że na widokówkach czułe twoje słówka
Tylko oczy mydlą mi
Znam cię jak złe ziele, więc nie myśląc wiele
Przerwałam kąpiele i w którąś niedzielę
Całkiem niespodzianie wpadłam tu, mój panie
Przed drugim śniadaniem - i cóż widzę, cóż
Na pianinie starka, wino marki „Warka”
Klatka bez kanarka, w kącie jakaś parka
Meble bez pokrowca, ktoś gra w salonowca
To kabaret „Owca”, czy mój dom
Daruj mi ostry ton
Lecz swe szmatki spakuj i won, i won
Wonczas będziesz mógł się śmiać
Lecz kto inny już walca dla mnie będzie grać
A ja wtedy przez minutę
Wspomnę może twoje oczy mgłą zasnute
I zamarzę, żebyś spojrzał jak pacholę nieobute
Przez minutę, przez minutę, żebyś przy mnie był
I tulił, tulił, tulił z całych sił
I żeby parkiet się nie świecił, parkiet się nie świecił
A my tak jak dzieci
Sreber nikt nie czyścił, a my jak artyści
Aż do rana bania, wiedeńskie śniadania
Sety dwie do szklanki
Co ja robię, Boże, ktoś usłyszeć może
To wszystko przez niego, ale dosyć tego
Takie przyszły czasy, że dziś tracą klasę
Nawet wielkie damy, tak jak ja
Czas się w sobie zebrać, polerować srebra
Nastawić Szopena, poznać dżentelmena
Który to zrozumie i docenić umie
Mnie, ostatnią z wielkich dam
Tamta łza, sprzed lat
Wciąż ma swój ślad
I wciąż trwa w nas
Jej blask w wiosny czas
I w ust kąciku słony smak tej łzy
Wciąż trwa zapamiętany
Bo tamta łza to ja, to ty
To dni wśród bzów, wśród słów
Co nie wrócą znów
I pierwszych wyznań cichy szept w tej łzie
Wciąż trwa zapamiętany na zawsze już
Lśni zamknięta w skarbcu pamięci
Łza sprzed lat, gdy świat
Dawał nam tak wiele szans
Lecz zgasiła jedna kropla słona
Płomyk miłości tej
I prysł, jak dym i znikł do cna
Bo tak chciała łza
Adrianna Godlewska Irena Santor - Na Majorce Wojciech Młynarski
Na Majorce sądny dzień,
wszystko się układa źle,
pani chodzi blada,
cała służba biada,
mleko się nie zsiada,
choć pan lubi je.
Pani chodzi blada,
cała służba biada,
wszystko się układa źle...
Od tygodnia deszczyk mży,
co tu robić w takie dni,
pani ma migrenę,
bo pana Szopena
znowu twórcza wena
ogarnęła dziś.
Pani ma migrenę,
bo pana Szopena
wena ogarnęła dziś...
Łyka słone łzy George Sand,
przecież pojechała tam,
żeby z nim być sam na sam,
a nie słuchać gam.
A on od pierwszego dnia
nic nie robi, tylko gra,
nic nie robi, tylko gra:
tra-la-la-la-la...
Na Majorce sądny dzień,
wszystko się układa źle,
cała służba biada,
pani chodzi blada,
lecz jej nie wypada
przerwać panu w grze.
Pani chodzi blada,
lecz jej nie wypada,
żeby panu przerwać grę...
Na Majorce sądny dzień,
wszystko nie układa się,
służba już od świtu
milczy jak zabita,
pani pali tytoń
i się czuje źle.
Służba już od świtu
milczy jak zabita,
wszystko się układa źle...
Słonko wyszło spoza mgły,
można by na spacer iść,
ale trwa migrena,
bo pana Szopena
wciąż ta sama wena
nie opuszcza dziś,
ale trwa migrena,
bo pana Szopena
wena nie opuszcza dziś...
Łyka słone łzy George Sand...
Gdybym ci ja była, hej,
tam na miejscu pani tej,
to by się pan Szopen
cieszył tym urlopem,
lecz preludiów chyba
by napisał mniej...
To by się pan Szopen
cieszył tym urlopem,
ale komponował mniej!...
Już druga w nocy, a ja jeszcze piszę
Ciężko się rodzi nowa powieść ma
A przy pisaniu piano forte słyszę z pokoju obok
To pan Chopin gra
To najładniejszy chyba z jego walców
Jaki w tym kolor, jaki górny lot
Hm, nutki jak perły, tylko tak
Spod palców - nutki jak perły
Bardzo zręczny zwrot
W tych jego palcach tak magiczna władza
I taka rzewność, dobry smak i moc
Aż to czasami niemal mi przeszkadza
Gdy muszę pisać, a jest późna noc, ach
Być pisarzem, nie ma sroższej kary-ż
Co rok na Gwiazdkę muszę dać im tom
Pono już o nas mówi cały Paryż
Genialny mariaż i genialny dom
I jeśli o co czasami się boję
To właśnie oto, czy to dobrze, gdy
W jednym mariażu połączy się dwoje geniuszów
Takich, właśnie tak, jak my
Myślę od dawna i nie pierwszy dzień już
To zapytanie prześladuje mnie
Czy w domu ona geniusz i on geniusz
Czy to w miłości lepiej jest, czy nie
Czasem go błagam, gdy już nie mam rady
Bębnisz po nocach, do południa śpisz
Ja muszę pisać, a on syczy – blady
No to ty we dnie swoje brednie pisz!
Brednie, to brednie
Nie chcę być nieskromną
Ale obawiam się, mon cher amant
Po wiekach tyle o Chopinie wspomną
Że był kochankiem pani Dudevant...
Jemu potrzebna kobieta-kucharka
Kochanka, praczka, jedna z dobrych żon
Ale ja jestem powieściopisarka!
I ja mam lepsze recenzje niż on!
Amantine Aurore Lucile Dupin de Francueil Baronne Dudevant et de Nohant (1804 - 1876) alias "George Sand".
Bez niej by się nie obyło
kto by wygrał słowikami wiolinową miłość
kto by szumiał topolami nad polną swobodą
kto by rzucił żab tęsknotę w wieczór srebrnym wodom
z kim by płynął żal wieczorny przez dal w księżyc blady –
i Chopinem, Beethovenem, kto by wdzwonił się w klawisze
kto by targał latarni dźwięk miłosny mandoliny
ktoś roztęsknił palcami skrzypce
w mgle biało-sinej.
Jerzy Połomski Inny świat, monsieur Chopin Janusz Odrowąż
Mały dworek w Żelazowej Woli
Tonął kiedyś w żółtym blasku świec
Zapach wosku płynął przez pokoje
Szelest sukien i wachlarzy szept
Surduty czarne wtedy się nosiło
Chyba ładniej było z tym
Inny świat, monsieur Chopin
Niemodne już surduty i wachlarze
Inny świat, monsieur Chopin
Finezji mniej i romantycznych marzeń
Kto dziś ma czas poezji słuchać
Kto czuły wiersz chce mieć w sztambuchu
Inny świat, monsieur Chopin
Nastroje nie te, zwyczaje nie te i moda
A jednak muzyka twa
Piękna muzyka twa
Jest młoda, wzrusza nas
Monsieur Chopin
Mały dworek w Żelazowej Woli
Powracamy tu niejeden raz
Hałaśliwie grają aut motory
Płoszą przeszłość, konnych karet czas
W milczeniu na nas patrzą stare drzewa
Na ten gwarny, barwny tłum...
Zamknij oczęta, maleńka,
Głowinę płową złóż,
Usypia już w polu przepiórka
Wśród falujących zbóż.
Zmierzch już zapada siny
Na złote kłosy pól,
Noc już ogarnia ziemię
I koi gniew i ból.
Usnęły morza bałwany,
Cichutko szumi bór,
Cichutko szumią kasztany
Okalające dwór.
Ostatnia zorza wieczorna
Schowała się za las,
Usypia łąka zamglona,
Uśnij, maleńka, już czas.
Śpij cicho, śpij spokojnie,
Nad tobą Anioł Stróż,
Uśmiecha się ku tobie
Uśmiechem jesiennych róż.
Ja nie chcę wiele:
Ciebie i zieleń,
i żeby wiatr kołysał
gałęzie drzew,
i żebym wiersze pisał
o tym, że...
każdy nerw,
każda chwila samotna,
każdy ból - jakże częsty, jak częsty! -
zwiastuje otchłań,
mówi : nieszczęsny....
ja nie chcę wiele,
ale nie mniej niż wszystko:
Ciebie i zieleń
i żeby listkom
akacji było wietrznie,
i żeby sercu - bezpiecznie,
i żeby kot się bawił firanką
jak umie
żeby siedzieć na jerozolimskim ganku
i nic nie rozumieć.
Pętacki wiersz
sam wiesz, że łżesz,
ale dlaczego tak boli, tak boli?
chyba już nic nie napiszę
w ogromną i groźną ciszę
schodzę powoli
Romantycznie - to pojmować tylko tak
Jak pojmuje niebo ptak, drzewa - wiatr
Romantycznie - znaczy kocham ty i ja
Znaczy Chopin wielki gra
Pocałunki, bicie serca i akordy
Kocham świat
Za zasłoną szarych dni
Choć nie zawsze umiem żyć
W uśmiechu łzy
Kocham świat
Gdy przychodzi mi na myśl
Może kiedyś go zabraknie
I ostatnie z moich pragnień
Z moich marzeń się nie spełni
Romantycznie - to jest szukać nowych prawd
To jest zdobyć jedną z gwiazd
Niech rozpali świat
Romantycznie - znaczy gorycz trudnych chwil
Znaczy tysiąc przebyć mil
By odzyskać, by przebaczyć, by zapomnieć
Kocham świat
Za uczucia pierwszy szał
Choć wspomnienie młodych lat
W radości żal
Kocham świat
Fryderyku powiedz sam
Ile szczęścia można znaleźć
Albo wcale
Żadnych pragnień, żadnych marzeń
Co się spełnią
Romantycznie- to jest wierzyć w urok chwil
To w porywie szukać sił na zwyczajne dni
Romantycznie - znaczy więcej niż ty sam
Niż zrozumieć wprost się da
Nieprzytomnie, nierozsądnie, romantycznie
Kocham świat
Za zasłoną szarych dni
Choć nie zawsze umiem żyć
W uśmiechu łzy
Kocham świat
Fryderyku jak i ty
Lecz tak nigdy nie wyrażę
Tej miłości
Tyle pragnień, tyle marzeń
Niech się spełnią
Deszcz pada. W sennym płaczu rynien
odchodzę. Tyś wszystkiemu winien!
Za kwadrans wrócisz i nad wanną
parasol swój powiesisz: - "Anno!
Nie dokręciłaś wody w kranie!" -
A tu - mój list. I rynien łkanie...
I ty, czytając, będziesz łkać.
O jedenastej pójdziesz spać,
przed snem zażywszy waleriankę,
i już weselszy wstaniesz rankiem.
O, jakżeś inny był przed laty,
gdy pierwsze mi zrywałeś kwiaty
i, jakby zaklęć twoich skutkiem,
burza szalała nad ogródkiem!
Śmiało mnie wiodłeś między głogi -
młody, namiętny i ubogi...
Gdy z ramion naszych plotłeś splot,
za każdym "Kocham!" ryczał grzmot
i błyskawicy płonął knot,
gdyś na me usta usty spadał!
Lecz już nie mówmy o tornadach...
Dziś próżno na prywatnym forum
czekam na burzę i na piorun.
Piorunów żądać - o, biedaczka! -
od siąpiącego kapuśniaczka...
Rozełkała się jesień łzami dżdżu mętnemi,
W mgle zdrętwienia śpią mroczne, zasępione łany...
Ucichło we mnie wszystko, padło w mrok podziemi.
Drzwi, co w świat czucia wiodą, głucho się zawarły,
Jestem jak serce gwiazdy wystygłej, umarłej,
Gdzieś dawno przed tysiącem wieków zapomnianej.
Na rany duszy kładzie mgła wilgotne płótna,
Co koją ból. Usnęła pamięć i sumienie.
Jest mi, jak gdyby nigdy troska ni myśl smutna
Nie była duszy biczem ni ogniem, co pali. Dobrze jej w znieczuleniu... Niech śpi! Ból hen -- w dali.
Niechaj nie wstaje słońce -- bo cichsze są cienie...
A teraz tylko cienia pragnę, tylko ciszy,
By się nie zbudził potwór ciemny i ponury,
Co duszy mej widnokrąg zaległ. Gdy usłyszy
Dźwięk, gdy go zbudzi blask, zwraca swe lice
Ku mnie i z oczu krwawych ciska błyskawice,
Śmieje się gniewnie, jakby grzmot przebiegał chmury.
Woła szyderczo, świecąc ślepi szkliwem białem,
Żem grzechy swe, miast zabić, stroił w tęcz odzienie,
Ze miałem iść przez ciernie, a ja -- tchórz -- zostałem,
Żem wielkich pragnień ptaki zabił podłą dłonią,
Co wyrzut mają w oczach, mrąc, lecz się nie bronią...
Niechaj nie wstaje słońce -- bo cichsze są cienie
Teraz śpi potwór. Jesień płacze łzy mętnemi,
W mgle zdrętwienia śpią mroczne, zasępione łany...
Ucichło we mnie wszystko, padło w mrok podziemi.
Drzwi, co w świat czucia wiodą, głucho się zawarły.
Jestem jak serce gwiazdy wystygłej, umarłej,
Gdzieś dawno przed tysiącem wieków zapomnianej.
Kiedy przyjdą podpalić dom,
ten, w którym mieszkasz - Polskę,
kiedy rzucą przed siebie grom
kiedy runą żelaznym wojskiem
i pod drzwiami staną, i nocą
kolbami w drzwi załomocą -
ty, ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi.
Bagnet na broń!
Trzeba krwi!
Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.
Cóż, że nieraz smakował gorzko
na tej ziemi więzienny chleb?
Za tę dłoń podniesioną nad Polską -
kula w łeb!
Ogniomistrzu i serc, i słów,
poeto, nie w pieśni troska.
Dzisiaj wiersz - to strzelecki rów,
okrzyk i rozkaz:
Bagnet na broń!
Bagnet na broń!
A gdyby umierać przyszło,
przypomnimy, co rzekł Cambronne,
i powiemy to samo nad Wisłą.