Powiedz, co widziałaś w nim
Czy ten wyraz twarzy właśnie lubiłaś
Czy gdy mówię - chcę być kimś
Tak bardzo ci go przypominam
Powiedz czy przypadkiem jest
Że my razem tu i teraz
Może wymyśliłaś to
Po to, żeby mnie okiełznać
Sentymenty i lamenty
Tańczą z sobą w takt
A przypadek gra - ot tak
Nie zważa na rytm
Zwalnia lub przyspiesza
A ty człowieku możesz się pocieszać, ale
Refleksje i depresje
Idą także w tan
Tylko ona gra - co za fart
Nie muzykę rolę raczej
Dosyć ważną, bo poważnie
Likwiduje smutku stan
Wiem dla ciebie jestem nim
Odkryłem twoje sny
Dziwi mnie tylko fakt
Że nie jestem zły
Więc niepotrzebnie drżysz
Nie chcę, nie chcę zmieniać nic
Skoro muzyka gra
Nie stójmy tak
Teraz tańczę z nią
I prowadzę krok
Tylko nie wiem kto nam gra
Może ja
Szczypta pikantnych złości
A potem łyk czułości
Tyle tylko, żeby żyć
Nie przesycić pragnień swych, bo
Refleksje przejdą w pretensje
Nie będą tańczyć wcale
Nie pomoże nic
Żadne granie
Dobrze już będę nim
Tylko pozwól mi
Zagrać ten jeden raz
Patrząc ci prosto w twarz
Jej wyraz prawdę powie
O tobie, o nim, o mnie
Miałem czas, miałem pieniądze
Miałem czas, żeby zmądrzeć
Wydałem go, rozmieniłem na drobne
Ale bilans strat nie daje zapomnieć
Mówią mi - nie twoja wina
Mówią mi - nie ma co przeklinać
Nie jesteś kowalem własnego losu
Więc nachyl się by mógł cię podkuć
A potem chodź jak ci każą
Nadęci ludzie z zimną twarzą
Nie kop, nie kąsaj, nie patrz za siebie
A będzie lepiej lecz nie dla ciebie
To nic, że boli, boli bo musi
Nie miej pretensji, nikogo nie wzruszysz
Więc nie przepraszaj za to, że żyjesz
Jeszcze zobaczą gdy chwycisz chwilę
Porzuć te ciemne korytarze
Powróć do swych najskrytszych marzeń
Otwórz oczy i szukaj jej w mroku
Musisz być czujny, przyspiesza kroku
Masz jeszcze czas, możesz mieć pieniądze
Możesz pomyśleć, wydać go mądrzej
Złap go mocno, przyduś do ziemi
A będzie musiał w końcu coś zmienić
A potem chodź tak jak umiesz
Nie wszyscy muszą cię rozumieć
Nie kop, nie kąsaj, patrz przed siebie
A będzie lepiej wreszcie dla ciebie
Ból tak jak wszystko kiedyś się kończy
Nie będzie cię ścigał to nie pies gończy
Więc możesz zwolnić, przyjrzeć się światu
Lecz to nie koniec od świata batów
Znałem kiedyś panią P.
P. jak przeszłość, P. jak pamięć
Uwielbiała stare krzesła
Oraz stare fotografie
Lepiej było kiedyś, dawniej
Wciąż mówiła rozczulona
Ja nie mogłem tego słuchać
Wolę słowo: dziś niż wczoraj
Moją miłością jest teraźniejszość
W jej oczy patrzę jak w tysiąc słońc
Chwila obecna to dla mnie święto
Co było, co będzie daleko stąd
Znałem kiedyś panią P.
P. jak przyszłość, P. jak plan
Ja dla ciebie zrobię wszystko
Zapewniała patrząc w dal
A w tej dali same dziwy
Doznań szczyty, Himalaje
Jestem jednak niecierpliwy
Wolę to co jest od marzeń
Moją miłością jest teraźniejszość...
I poznałem panią T.
T. jak teraz, T. jak trwać
W oczach miała jasny przekaz
Dwa ogniki – tylko brać
I zniknęło nagle potem
Przedtem jakby nie istniało
I skoczyłem prosto w ogień
A świat krzyknął: idź na całość
Moją miłością jest teraźniejszość
Tylko jej pragnę, tylko jej chcę
Inni wybrali przyszłość lub przeszłość
Dla mnie się liczy ta, która jest
Rozebrała się do naga
Powiedziała: jestem
Ukłoniłem się z szacunkiem
Wciągnąłem powietrze
Z każdym wdechem i wydechem
Coraz bardziej byłem
Smutek zmieszał się ze śmiechem
Nieśmiałość z podziwem
Naga chwilo trwaj
Chcę patrzeć w twoją twarz
Tu zbędne słowo, gest
Wystarczy mi, żeś jest
Ty jesteś, jestem ja
Na skrzypcach cisza gra
W jej dłoniach każdy dźwięk
Wiecznością staje się
Rozebrała się do naga
Powiedziała: kocham
Pewnie wziąłem ją w ramiona
Zacząłem całować
Oddychaliśmy powietrzem
Smak miłości miało
Nie czekaliśmy na lepsze
Gdy się dobre działo
Naga chwilo trwaj
Chcę patrzeć w twoją twarz
Tu zbędne słowo, gest
Wystarczy mi, żeś jest
Ty mną, a tobą ja
Mistyczna jedność ciał
Zazdrośnie patrzy czas
Gdy wieczność tuli nas
Marcin Styczeń
Święty Szymon Słupnik
Stanisław Grochowiak
Powołał go Pan
Na słup.
Na słupie miał dom
I grób.
A ludzie chłopaka na szafot przywiedli,
Unieśli mu głowę w muskularnej pętli.
Powołał go Pan na stryk.
Powołał go Pan,
By trwał.
By śpiewał mu pieśń
I piał.
A ludzie dziewczynę wśród przekleństw gwałcili
I włosy jej ścięli, i ręce spalili.
Powołał ją Pan
Na gnój.
Powołał go Pan
Na słup.
Na słupie miał dom
I rób.
A ludzie mych wierszy słuchając powstają
I wilki wychodzą żerującą zgrają...
Powołał mnie Pan
Na bunt.
Marcin Styczeń
Jak się przed tobą wytłumaczę
Tadeusz Nowak
O, życie moje, nieprzytomne życie.
Wśród ludzi chodzę, których się dotyka
ustami, ręką, wzrokiem, wyobraźnią.
Czy wy mnie, ludzie, smutku oduczycie,
co we mnie rośnie, rośnie jak muzyka,
gdy bębny ziemi moje stopy drażnią?
Wciąż mi się zdaje, że już dawno jestem
tam, dokąd idę z podniesioną głową.
A przy mnie usta zaciska surowo
ojciec wpatrzony w miedzę pod butami
i twardej ręki niecierpliwym gestem
wskazuje niebo krążące nad nami.
I cóż mu powiem? W oczy mu popatrzę,
schylę się nisko do rąk dostojeństwa,
a on pomyśli o miejskim teatrze,
gdzie ponoć uczą kłamliwej pokory,
i twarz odwróci od gestu błazeństwa,
i pójdzie siwą łąką na nieszpory.
Jak się przed tobą, ojcze, wytłumaczę
z różańca, który po ziarnku gubiłem
w ogromnym lesie, co się za mną czerni,
gdy na twe ręce tak pokornie patrzę,
jakbym roztrwonił wszystko, co mi dałeś.
A łąką idą ukorzyć się wierni.