Nie, nie to nie będzie wiersz
Żal, żal słów rzuconych byle gdzie
Z nut, pauz już nie popłynie pieśń
Niepełny rym, przykry fałsz
Banalny temat, skradziony
Nie, nie, nie to nie będzie krzyk
Ledwie ruch warg, skarg nie usłyszy nikt
Urwany ton jak tchórz
Przez kraty smutku wycieka
Nie, nie ma gdzie już
Już gdzie uciekać, uciekać...
Nie ma gdzie już
Oddaj mi samotność mą
Pragnę jej, wolę ją
Od chłodnego bez końca we dwoje
W byle jakim sam na sam
Nic się nie przydarzy nam
Zwariujemy z nudy oboje
Skreśl mnie w myślach, wypal mnie
Jeszcze czas, proszę, nie
Proszę nie myśl już, nie myśl już o mnie
W dożywociu czterech ścian
Traci sens każdy plan
Oddaj mi samotność mą
Pragnę jej, chcę być z nią
Chcę na moment po prostu zapomnieć
Myślom moim przywróć wstyd
Słowom cel, sens i rytm
Oddaj wiarę na zawsze straconą.
Nim nienawiść zacznie knuć
Zwróć mi mą czystość, zwróć
Gdzieś w pośpiechu po drodze zgubioną
Daj odpocząć kilka chwil
Maskę zdjąć pozwól mi
Może pod nią płaczę
Oddaj mi samotność mą
Pragnę jej, wolę ją
Od absurdu codziennych tłumaczeń
Oddaj mi samotność mą
Pragnę jej, chcę być z nią
Nie możemy przecież inaczej
Oddaj mi samotność mą
Pragnę jej, wolę ją
Od chłodnego, głupiego we dwoje
W pajęczynie pustych dni
Zabłądzimy ja i ty
Zwariujemy...
Życie to głupi żart
Choć miewa czasem gest, marny gest
Czy miałam kiedyś fart
Zdarzyło się we śnie
Na jawie znacznie mniej, znacznie mniej
Tak chciałam lśnić, tak chciałam być
Chciałam ze światem ładnie grać
Lecz świat znaczone karty ma
Zawsze przegrana byłam ja
Gonił mnie lęk, ścigał mnie strach
Zaszyć się gdzieś w jakąś noc
Zagasić w sobie świat, cały świat
I nie czuć więcej, bo skąd brać na czucie hart
Czy zdołam jeszcze raz, jeszcze raz
Życie to głupi żart
Choć miewa czasem gest, miewa gest
Michał Bajor- Na strunach szyn Agata Miklaszewska
Maryna Miklaszewska
❤
To znaczy tak niewiele, prawie nic
W półmroku twoja twarz, monety błysk
Tylko dotknięcie ciepłe rąk
Gdzieś w tunelu metra song
Na twardej ławce kilka słów
Jakaś ballada, jakiś blues
❤
Czy może świat odmienić jeden gest
I czyjeś słowa dwa, co brzmią jak wiersz
Bilet powrotny czytam dziś
Jak do ciebie niewysłany list
Może odnajdę właśnie tu
Miejsce na ziemi, mały punkt
❤
Sens niemówionych słów
Dźwięk niezagranych nut
Blask niezapalonych jeszcze lamp
Nie mów nic, czy słyszysz mnie
W zamęcie wokół nas
❤
Sens niemówionych słów
Dźwięk niezagranych nut
Blask niezapalonych jeszcze lamp
Nie mów nic, na strunach szyn
Orkiestra może grać
❤
Szukałem ciebie długo, dobrze wiem
Nie muszę dalej iść, by znaleźć cel
Koniec podróży dobrze znam
To twój uśmiech, twoja twarz
Jeszcze nie odchodź, powiedz mi
Że chcesz na zawsze ze mną być
❤
To znaczy tak niewiele, tylko my
Kto z nas obudzi się, czy ja, czy ty
Bo rzeczywistość była snem
Noc za nocą, dzień za dniem
Czy mam powiedzieć "kocham cię"
Czy prosić "zostań, nie zostawiaj mnie"
❤
Dźwięk niezagranych nut
Blask niezapalonych jeszcze lamp
Nie mów nic, czy słyszysz mnie
W zamęcie wokół nas
❤
Sens niewyznanych słów
Dźwięk niezagranych nut
W mrok, w tunel miłości ze mną wejdź
Nie mów nic, na strunach szyn
Orkiestra może grać
Leciała mucha z Łodzi do Zgierza,
Po drodze patrzy: strażacka wieża,
Na wieży strażak zasnął i chrapie,
W dole, pod wieżą, gapią się gapie.
Mucha strażaka ugryzła srodze,
Podskoczył strażak na jednej nodze,
Spogląda - w gapie w dole zebrali się,
Wkoło rozejrzał się - o rety! Pali się!
Pożar widoczny, tak jak na dłoni!
Złapał za sznurek, na alarm dzwoni!
- Pożar, panowie! Wstawać, panowie!
- Dom się zapalił na Julianowie!
Z łóżek strażacy szybko zerwali się -
Pali się❗
Pali się❗❗
Pali się❗❗❗
Pali się❗❗❗❗
Fryzjer zobaczył łunę z oddali:
- Co to się pali? Gdzie to się pali?
- Na Sienkiewicza? Na Kołłątaja?
Czy też w Alei Pierwszego Maja?
Może spółdzielnia? Może piekarnia?
Łuna już całe niebo ogarnia”.
Wstali strażacy, szybko ubrali się.
Pali się❗
Pali się❗❗
Pali się❗❗❗
Pali się❗❗❗❗
Wyszli na balkon sędzia z sędziną,
Doktor, choć mocno spał pod pierzyną,
Wybiegł i patrzy z poważną miną.
Z okna wychylił głowę mierniczy,
A już profesor z przeciwka krzyczy:
Dom cały w ogniu, zaraz zawali się
Pali się, wali, dom pali się
- Obywatele! Wiadra przynieście!
Wszyscy na rynek! Pali się w mieście,
Dom cały w ogniu, zaraz zawali się!
Pali się❗
Pali się❗❗
Pali się❗❗❗
Pali się❗❗❗❗
Biegną już ludzie z szybkością wielką:
Więc nauczyciel z nauczycielką,
Fryzjer, sekretarz, telegrafista,
No i milicjant, rzecz oczywista.
Straż jest gotowa w ciągu minuty,
Konia prowadzą - koń nie podkuty!
Trzeba zawołać szybko kowala,
Pożar na dobre już się rozpala!
Prędzej! Gdzie kowal?! To nie zabawka!
Dawać sikawkę! Gdzie jest sikawka?!
Z pompą zepsutą niełatwa sprawa.
Woda do beczki! Beczka dziurawa!
Trudno, to każdej beczce się zdarza.
Który tam?! Prędzej, dawać bednarza!
Zbierać siekiery, haki i liny!
Pali się w mieście już od godziny!
Pali się❗
Pali się❗❗
Pali się❗❗❗
Pali się❗❗❗❗
Wreszcie strażacy szybko zebrali się,
Beczkę zatkali drewnianym czopem,
Jadą już, jadą, pędzą galopem.
Przez Sienkiewicza, przez Kołłątaja,
Prosto w Aleję Pierwszego Maja -
Już przyjechali, już zatrzymali się:
Pali się❗
Pali się❗❗
Pali się❗❗❗
Pali się❗❗❗❗
- Co to się pali? Gdzie to się pali?
Teren zbadali, ludzi spytali
I pojechali galopem dalej.
Gdzie to się pali? Może to tam?
Jadą i trąbią: tram-tra-ta-tam!
Jadą Nawrotem, Rybną, Browarną,
A na Browarnej od dymu czarno,
Wszyscy czekają na straż pożarną.
Więc na Browarnej się zatrzymali:
- Gdzie to się pali?
- Tutaj się pali!
Z całej ulicy ludzie zebrali się.
Pali się❗
Pali się❗❗
Pali się❗❗❗
Pali się❗❗❗❗
Biegną strażacy, rzucają liny,
Tymi linami ciągną drabiny,
Włażą do góry, pną się na mury,
Tną siekierami, aż lecą wióry!
Czterech strażaków staje przy pompie -
Zaraz się ogień w wodzie ukąpie.
To nie przelewki, to nie zabawki!
Tryska strumieniem woda z sikawki,
Syczą płomienie, syczą i mokną,
Tryska strumieniem woda przez okno,
Już do komina sięga drabina,
Z okna na ziemię leci pierzyna,
Za nią poduszki, szafa, komoda,
W każdej szufladzie komody - woda.
Kot jest na strychu, w trwodze się miota,
Biegną strażacy ratować kota.
Włażą do góry, pną się na mury,
Tną siekierami, aż lecą wióry,
Na dół spadają kosze, tobołki,
Stołki fikają z okien koziołki,
Jeszcze dwa łóżka, jeszcze dwie ławki,
A tam się leje woda z sikawki.
Tak pracowali dzielni strażacy,
Że ich zalewał pot podczas pracy;
Jeden z drabiny przy tym się zwalił,
Drugi czuprynę sobie osmalił,
Trzeci, na dachu tkwiąc niewygodnie,
Zawisł na gwoździu i rozdarł spodnie,
A ci przy pompie w żałosnym stanie
Wzdychali: „Pomóż, święty Florianie!”
Tak pracowali, że już po chwili
Pożar stłumili i ugasili.
Jeszcze dymiące gdzieniegdzie głownie
Pozalewali w kwadrans dosłownie,
Jeszcze sprawdzili wszystkie kominy,
Zdjęli drabiny, haki i liny,
Jeszcze postali sobie troszeczkę,
Załadowali pompę na beczkę,
Z ludźmi odbyli krótką rozmowę,
Wreszcie krzyknęli:
- Odjazd! Gotowe!
Jadą z powrotem, jadą z turkotem,
Jadą Browarną, Rybną, Nawrotem,
Jadą i trąbią: tram-tra-ta-tam!
Ludzie po drodze gapią się z bram,
Śmieją się do nich dziewczęta z okien
I każdy dumnym spogląda okiem:
- Rzadko bywają strażacy tacy,
Tacy strażacy - to są strażacy,
Takich strażaków potrzeba nam!
Tra-tra-ta-tam!
Tra-tra-ta-tam!
Mucha wracała właśnie do Łodzi;
Strażak na wieży kichnął. Nie szkodzi.
Inny strażacy po ciężkiej pracy
Myją się, czyszczą - jak to strażacy.
Koń w stajni grzebie nową podkową,
A beczka błyszczy obręczą nową.
Mucha spojrzała i odleciała -
Tak się skończyła historia cała.
Brzechwa dzieciom - Nasza Księgarnia
Warszawa 1955
Il. Jan Marcin Szancer
Przodkowie moi pochowani
W niepoświęcanej ziemi
Artyści znani i nieznani
Śpiący w Krainie Cieni
Wy, których rózga losu siekła
Cyrkowcy i kuglarze
Ze swego czyśćca, nieba, piekła
Słuchajcie, o czym marzę
Ja chciałbym w każdej mej roli
Poważnej, albo zabawnej
Dotykać tego, co boli
Dotykać jakiejś prawdy
Chciałbym by w każdym mym słowie
Co złości, albo zachwyca
Żywy przyczaił się człowiek
I jego tajemnica
Niech serca wasze ogrzewa
Mój z błyskotkami kram
Piosenka, którą śpiewam
Komedia, którą gram
By nosił w wianku pamiątek
Mój znak choć listek ubogi
Oto mój plan na początek
Początek mojej drogi
Przodkowie moi pochowani
Hen, za cmentarnym murem
Nie kpijcie z moich planów
Ani nie śmiejcie się ponuro
Grywaliście za strawy miskę
Albo za marne grosze
Więc z gwiazdki, co nade mną błyska
Słuchajcie o co proszę
Niech się na scenie me słowo
Prosto i jasno tłumaczy
Niech będzie co dzień na nowo
Przeciwko czemuś, za czymś
Chcę prawdę wyrwać spod maski
I dodam szczegół zabawny
Chcę zbierać za to oklaski
Ja jeszcze chcę być sławny
A wy, gwiazdorzy kochani
Ze swych dalekich gwiazd
Ech, bądźcie kolegami
Szepnijcie mi choć raz
Gdy puchnie oklasków wrzątek
Nie szczędźcie mi przestrogi
Że to dopiero początek
Początek mojej drogi
Jesień, listopad, liści opad, smutek, żal, łzy. Smutny ten listopad jest dla mnie. Straciłam swojego najlepszego przyjaciela, PSA. Biega sobie pewnie teraz na niebieskich łąkach, a ja słucham sobie tych melancholijnych piosnek i myślę, że jutro będzie lżej..?
Michał Bajor
Tylko w moich snach
Agata Miklaszewska
Maryna Miklaszewska
Kiedy domu zamykam drzwi
Wstaje świt
Znów wieczoru i nocy puls
Zwalnia rytm
By w ciemności nie przyszedł lęk
Zwykły gość
Kropla wina na bezsenność
Gdy odchodzi codzienny szum
Myśli zgiełk
Chwilę przed przymknięciem oczu
I snem
Wraca obraz ten sam
I szept bez słów
Pejzaż nut ze snów, ze snów
Tak, pamiętam, słyszałem ten dźwięk
Tak, zmieniłem się, wiem
Inne drogi wybieram od lat
Tylko w snach naprawdę wiem
W mej kolejnej śpiewanej relacji
Z treścią pragnę zapoznać was songu,
O zabawnym zawiadowcy stacji,
Co nie lubił niektórych pociągów.
Zwłaszcza na osobowy z Kalisza
Zawiadowca się skręcał bez słów
I szlag trafiał go, kiedy usłyszał
To kaliskie, bezczelne puf-puf…
W dalszym ciągu mojego wierszyka
Zawiadowca w dworcowej świetlicy
Zwołał wielkie zebranie dróżników
I tak do nich zagaił:
Dróżnicy, orły moje, rycerze wy moi!
Sto pociągów przez tę stacje mknie,
Lecz kaliski to u nas postoi,
Bo bezczelny on jakiś, no nie?
Przeto mój personelu ukochany
Służbowego nie tracąc wigoru
Ruszaj biegiem i wszystkie szlabany
Prostopadle mnie postaw do toru!
Widzę już reflektorów rozbłyski,
Słyszę już konduktorów ten pisk,
Gdy podjedzie bezczelny kaliski,
A tu szlaban mu spadnie przed pysk!…
Ole!
Punktualnie przyjechał nad ranem
Osobowy bezczelny kaliski,
Przed spuszczonym przystanął szlabanem
I rozgwizdał się na wszystkie gwizdki:
Jestem ważny, ujęty w rozkładzie!
Mam swój tor i godziny znam swe,
A tu szlaban się przede mną kładzie?
Ratuj mnie i broń mnie PKP!
Przyjechała komisja olbrzymia,
Społeczeństwo pękało ze śmichu,
Zawiadowca naganę otrzymał
I dodano mu jeszcze po cichu:
Można było załatwić z wajchowym
By zwrotnicę ustawił jak trza,
Lecz do tego potrzeba już głowy
Trochę lepszej, baranie, niż twa!
Od tej pory od morza po regle
Kolejnictwo obiega myśl nowa:
Ten szlaban z torem, prawda,
Ma biec równolegle,
Szlabanami nie manipulować!
Zawiadowca na rencie jest pono
I okonie wyciąga na błysk,
A kaliski z rozkładu skreślono,
Bo istotnie bezczelny... miał pysk!
Puf, puf…