Tadeusz Woźniak To będzie syn Bogdan Loebl To będzie syn, narodzi nam się syn
Już nawet wie fabrykant broni to
Już karabin, syneczku mój
I frontowy zielony strój
Fabrykuje się dla ciebie
Żebyś wszystko miał na czas
To będzie syn, narodzi nam się syn
Już buty mu kazali szewcom szyć
Już ci piszą marszową pieśń
Żeby łatwiej było ci nieść
Ten karabin malowany
I podkuty stalą but
To będzie syn, narodzi im się syn
To będzie wróg, narodzi ci się wróg
Kocha życie tak jak i ty
Lecz karabin, buty i pieśń
Fabrykują już dla niego
Żeby wszystko miał na czas
Tadeusz Woźniak Z pragnienia w pragnienie Bogdan Chorążuk
Codziennie w płomieniach wydarzeń i rzeczy
Z olśnienia w olśnienie podaje mnie czas
Przez błękit przecieka, bo dawno już przeczuł
Że jestem jak niebo oddarte od gwiazd
Codziennie, co noc czesze pamięć i mrok
Aż sypią się gwiazdy aż mąci się wzrok
Z powietrza grzebieniem dotyka mych snów
I więdnie mój dotyk i głuchnie mój słuch
A gwiazdy się tlą, w kłębach czerni się tlą
To we mnie się zaczął, to we mnie ich lot
Ulewą smagany, targany przez wiatr
Codziennie z nadziei w nadzieję przez świat
Niech bluźni mi wiatr dzień i noc, dzień po dniu
Niech gasną płomienie, niech mrozi mnie chłód
Z pragnienia w pragnienie podaje mnie czas
Bo jestem jak niebo oddarte od gwiazd
A bodaj to każdy w domu
Słodko pędził chwile
Troskliwością otoczony
Przyjmowany mile
A bodaj to w każdej chwili
Samo było śliczne
Komu dnie łaskawie płyną
Temu zdrowie liczne
Bądźmy wszyscy dobrej myśli
Gwiazda powodzenia błyśnie
Bądźmy weseli jak przy niedzieli
Niech nam będzie jak najlepiej
By łaskawie czas uciekał
Bądźmy spokojni i zawsze godni
A bodaj to każda ręka
Przyjacielem była
Dobre niechaj się pamięta
Zapomni niemiłe
Bądźmy wszyscy….
A bodaj to choćby wieki
Same wesołości
Niechaj złe się nie doczeka
Więcej jest miłości
Tadeusz Woźniak
Jolanta Majchrzak, Romuald Tesarowicz
Lilie Adam Mickiewicz
Zbrodnia to niesłychana,
Pani zabija pana;
Zabiwszy grzebie w gaju,
Na łączce przy ruczaju,
Grób liliją zasiewa,
Zasiewając tak śpiewa:
"Rośnij kwiecie wysoko,
Jak pan leży głęboko;
Jak pan leży głęboko,
Tak ty rośnij wysoko."
Potem cała skrwawiona,
Męża zbójczyni żona,
Bieży przez łąki, przez knieje,
I górą, i dołem, i górą;
Zmrok pada, wietrzyk wieje;
Ciemno, wietrzno, ponuro.
Wrona gdzieniegdzie kracze
I puchają puchacze.
Bieży w dół do strumyka,
Gdzie stary rośnie buk,
Do chatki pustelnika,
Stuk stuk, stuk stuk.
"Kto tam?" - spadła zapora,
Wychodzi starzec, świeci;
Pani na kształt upiora
Z krzykiem do chatki leci.
"Ha! ha!" zsiniałe usta,
Oczy przewraca w słup,
Drżąca, zbladła jak chusta;
"Ha! mąż, ha! trup!"
"- Niewiasto, Pan Bóg z tobą,
Co ciebie tutaj niesie,
Wieczorną słotną dobą,
Co robisz sama w lesie?"
"- Tu za lasem, za stawem,
Błyszczą mych zamków ściany.
Mąż z królem Bolesławem
Poszedł na Kijowiany.
Lato za latem bieży,
Nie masz go z bojowiska;
Ja młoda śród młodzieży,
A droga cnoty śliska!
Nie dochowałam wiary,
Ach! biada mojej głowie!
Król srogie głosi kary;
Powrócili mężowie.
"Ha! ha! mąż się nie dowie!
Oto krew! oto nóż!
Po nim już, po nim już!
Starcze, wyznałam szczerze.
Ty głoś świętymi usty,
Jakie mówić: pacierze,
Gdzie mam iść na odpusty.
Ach, pójdę aż do piekła,
Zniosę bicze, pochodnie,
Byleby moję zbrodnię
Wieczysta noc powlekła."
Konrad Ujejski Parodystyczne ujęcie jednego z wątków ballady "Lenora" Gottfrieda Augusta Bürgera
Altana - w altanie na zbrojnym kolanie
Bieluchna się ścieli sukienka,
Włos złoty w nieładzie na pancerz się kładzie,
O szyję okręca się ręka.
Do piersi pancernej w boleści niezmiennej Dziewczyna się tuli a wzdycha
I usta z korali przykłada do stali,
I płacze, i modli się z cicha.
O nie płacz, niebogo, cóż łzy nam pomogą,
O, nie płacz i troskę zdejm z czoła,
Wszak moją znasz duszę, to rzucić cię muszę,
Bo na mnie kraj woła - Bóg woła!
O, nie płacz, bądź zdrowa - tam księżyc się chowa
I miga w orszaku orężnym,
Miłością niezłomną bądź dla mnie przytomną,
A będę walecznym i mężnym.
Bądź zdrowa - gdy wrócę, całunkiem ocucę
Półsenne twe oczy nad rankiem,
Przed Marii obrazem klękniemy - i razem
Różanym otoczym ją wiankiem.
A jeśli ja w boju polegnę w spokoju,
Powrotu nie znając sposobu,
Ty w smutku usiędziesz i wierną mi będziesz,
Wszak prawda, do grobu?”
”Do grobu!”
A jeśli to życie obrzydnie ci, dziecię,
I ludzie zaciążą nad tobą,
Gdy płacz twój posłyszę, grób rzucę i ciszę,
Przylecę - i wezmę cię z sobą!
I skoczył w strzemiona, i zniknął, a ona,
Jak posąg kamienna i biała,
Za śladem kochanka patrzała do ranka,
Do ranka za lubym płakała.
I w smutku usiadła, i więdła, i bladła,
Jak posąg kamienna i biała,
Za śladem kochanka patrzała do ranka,
Do ranka za lubym płakała.
I łzami się myła, i wierną mu była,
Ach, wierną mu była rok cały;
Aż oto po roku gościńcem o zmroku
Z wyprawy wojaki wracały
Więc gdy ich spostrzegła,
Na ganek wybiegła
I widział ją każdy, i minął.
Więc poszła za nimi i usty drżącymi
Spytała:
Czy zginął?
Ha, zginął!
Tadeusz Woźniak Jolanta Majchrzak Opowieść o mgłach Jan Kasprowicz
Na zbój wyruszyli
Dwaj harnasie młodzi,
Mkną halami, mkną wierchami,
Samo zło ich wodzi.
Przypadli z północka
Na Liptowską stronę,
Tutaj będzie nam się darzyć
Szczęście znalezione!
Pukają do okna
Pukają do bramy:
"Otwórzże nam karczmareczko,
Witamy! witamy!"...
"Ja wam nie otworzę
Ani też nikomu:
Matkę dzisiaj pochowałam,
Sama jestem w domu.
Matkę pochowałam,
Ojciec padł na wojnie,
A bratowie na Uhersku
Zbijają spokojnie".
Wytłukli jej szyby,
Potrzaskali wrota:
Włamała się do izdebki
Niesforna niecnota...
"Hejże, miłosierdzia
Nie macie nade mną,
Bodajby was mgła pożarła
W dzień, nie w nockę ciemną!
Mam ci ja kochanka –
Panuje nad mgłami,
On mnie pomści i zaleje
Mgławymi falami!"
Wracają harnasie
Ze szczęściem w kieszeni,
Słońce wstaje, aż im oko
Radością się mieni...
A za nimi zdąża
Towarzysz jedyny
Wolnym krokiem,
Szybkim skokiem
Kochanek dziewczyny
Z wolna się otwiera
Głaźny źleb ponury:
Na czworakach wypełzają
Pokłębione chmury.
Stała się rzecz, stała,
Która stać się miała:
Jeden zginął, drugi zginął,
Przepadły ich ciała...
Tego rozdarł niedźwiedź
W krywańskiej uboczy,
A tamtemu gdzieś orłowie
Wydziobali oczy.
Nie wrócili do dom
Harnasiowie młodzi
Gdzieś po halach,
Gdzieś po wierchach
Samo zło ich wodzi! Obrazy: Jacek Malczewski (Jan Kasprowicz) Alfred Schouppé Aleksander Mroczkowski Wojciech Gerson
Marek Grechuta, Tadeusz Woźniak, Maciej Witwicki Czaty - Muzyka Stanisław Moniuszko, Tadeusz Woźniak
Adam Mickiewicz
Z ogrodowej altany wojewoda zdyszany
Bieży w zamek z wściekłością i trwogą.
Odchyliwszy zasłony, spojrzał w łoże swej żony,
Pojrzał, zadrżał, nie znalazł nikogo.
Wzrok opuścił ku ziemi i rękami drżącemi
Siwe wąsy pokręca i duma.
Wzrok od łoża odwrócił, w tył wyloty zarzucił
I zawołał kozaka Nauma.
«Hej, kozaku, ty chamie, czemu w sadzie przy bramie
Nie ma nocą ni psa, ni pachołka?
Weź mi torbę borsuczą i jańczarkę hajduczą,
I mą strzelbę gwintówkę zdejm z kołka».
Wzięli bronie, wypadli, do ogrodu się wkradli,
Kędy szpaler altanę obrasta.
Na darniowym siedzeniu coś bieleje się w cieniu:
To siedziała w bieliźnie niewiasta.
Jedną ręką swe oczy kryła w puklach warkoczy
I pierś kryła pod rąbek bielizny;
Drugą ręką od łona odpychała ramiona
Klęczącego u kolan mężczyzny.
Ten, ściskając kolana, mówił do niej: «Kochana!
Więc już wszystko, jam wszystko utracił!
Nawet twoje westchnienia, nawet ręki ściśnienia
Wojewoda już z góry zapłacił.
Ja, choć z takim zapałem, tyle lat cię kochałem,
Będę kochał i jęczał daleki;
On nie kochał, nie jęczał, tylko trzosem zabrzęczał,
Tyś mu wszystko przedała na wieki.
Co wieczora on będzie, tonąc w puchy łabędzie,
Stary łeb na twym łonie kołysał,
I z twych ustek różanych, i z twych liców rumianych
Mnie wzbronione słodycze wysysał.
Ja na wiernym koniku, przy księżyca promyku,
Biegę tutaj przez chłody i słoty,
Bym cię witał westchnieniem i pożegnał życzeniem
Dobrej nocy i długiej pieszczoty!»
Ona jeszcze nie słucha, on jej szepce do ucha
Nowe skargi czy nowe zaklęcia,
Aż wzruszona, zemdlona, opuściła ramiona
I schyliła się w jego objęcia.
Wojewoda z kozakiem przyklęknęli za krzakiem
I dobyli zza pasa naboje,
I odcięli zębami, i przybili stemplami
Prochu garść i grankulek we dwoje.
«Panie! - kozak powiada - jakiś bies mię napada,
Ja nie mogę zastrzelić tej dziewki;
Gdym półkurcze odwodził
Zimny dreszcz mię przechodził
I stoczyła się łza do panewki».
«Ciszej, plemię hajducze, ja cię płakać nauczę!
Masz tu z prochem leszczyńskim sakiewkę,
Podsyp zapał, a żywo sczyść paznokciem krzesiwo,
Potem palnij w twój łeb lub w tę dziewkę.
Wyżej… w prawo… pomału, czekaj mego wystrzału,
Pierwej musi w łeb dostać pan młody»…
Kozak odwiódł, wycelił, nie czekając wystrzelił
I ugodził w sam łeb - wojewody.
Wchodzę w twoje senne słowa
Mrok mi ciebie podarował
Ciszę sypią wiatry dookoła
Ty mnie w nią znowu wołasz
Chyba się zanosi na noc
Dobranoc, dobranoc
Kwitnie w twoich włosach ręka
I z pragnienia jesteś cała
Wszystko naokoło czeka
Wszystko nas zapowiedziało
Pewnie się zanosi na noc
Dobranoc, dobranoc
Ptak powraca do marzenia
Rozsypują się wszystkie słowa
Milczeniem w sen ciebie wołam
I pragnieniem wołam na noc
Biorę sobie ciebie na noc
Dobranoc, dobranoc
Mrok powietrza poodsłaniał
I wiewiórki w naszych szeptach
Dla nas się otworzył kamień
Sen się sypie z niego na noc
Sen się sypie z niego na noc
Dobranoc, dobranoc