Znów dziewczyno jesteś smutna, niecierpliwa
Bałamutna, cofasz białą rękę swą
Znów nie słuchasz mej piosenki
Której pełne czaru dźwięki
Na gitary strunach drżą
Dość, twych oczu jasnych szkoda
Jesteś piękna, jesteś młoda
Śmieje się do ciebie świat
Ocknij się, dziewczyno
Żale twe i smutki miną
Nim rozkwitnie, niby wiosną kwiat
Marquesita
Twoje oczy fiołkowe
Mają słodycz i wymowę
Najpiękniejszych ludzkich słów
Marquesita
Bliżej, mocniej do mnie tul się
W przyśpieszonym ciała pulsie
Szczęście swe odnajdziesz znów
Noc majowa
Wonna, senna i zmysłowa
Tajemnice dziwne chowa
Które serce tylko zna
Marquesita
Znów cię miłość do mnie wzywa
Bądź kochana, bądź szczęśliwa
Póki żyje młodość twa
Patrz, ten będzie twym kochankiem
Późnym go pożegnasz rankiem
By nie widzieć więcej go
Ten zaś cię obsypie złotem
Nie myśl nic, co będzie potem
Niech go piekła porwie dno
Lecz czasami w życia matni
Przyjdzie nagle ten ostatni
Serce weźmie w swoją moc
Poznasz go, i oto
Miłość zbudzi cię pieszczotą
Jakaś jedna, niespodziana moc
Mam prawo stać, gdzie tylko mi się chce
Przybiegłam tu z drugiego końca miasta
A oni z gębą, no proszę nie pchać się
Muszę tu stać, bo lada chwila
Na bankiet tu do cyrku przyjdzie bram
Najdroższy mój i jego escuadrilla
A ja dla niego tu właśnie kwiaty mam
Concha, nie jest księżna, ani dama
Concha, nie zna co to dobry ton
Concha, jest już taka, ale szczera
Niesie kwiaty dla torera
Miłość serce jej rozpiera
W wątłych piersiach braknie tchu
Concha, dla mnie cała Barcelona
Concha, robi zawsze to, co chce
Dzisiaj cały towar mój ubogi
Jemu rzucić chcę pod nogi
I za jeden uśmiech błogi
Jeszcze serce rzucę mu
Czy ja go znam? Pani jest dobra
Przecież co dzień kupuje kilka róż
A nawet raz uszczypnął mnie tu w biodra
I rzekł, Conchita, kobieta z ciebie już
Czy ja go znam? Też mi pytanie
Beze mnie dziś nie poszedłby na bój
Powiedział tak, Conchito, me kochanie
Koniecznie proszę, przed cyrkiem w tłumie stój
Concha, nie jest księżna ani dama
Concha, nie zna co to dobry ton
Concha pokochała raz torera
Była głupia, ale szczera
Miłość Conchy dla torera
Płomienniejsza jest od róż
Concha, dla mnie cała Barcelona
Concha, robi zawsze to co chce
Gwiżdżę, możesz śmiać się, głupi tłumie
Serca Conchy nie zrozumie
Ten, co kochać sam nie umie
I miłości pięknem żyć
Miłość to ptak nieoswojony
I nie oswoisz go do ostatka tchu,
Zawsze umknie ci, o szalony! —
Jeżeli tak się spodoba mu.
Śmignie w niebo i zniknie w niebie,
By z nieba spaść prosto w serce twe,
Bo źle mu z tobą i źle bez ciebie,
I nigdy nie wiesz, dlaczego źle?!...
Bo miłość to cygańskie dziecię,
Co przekorę wieczną ma we krwi,
Gdy wzgardzisz - kocha cię nad życie,
Im więcej kochasz - tym więcej drwi.
Bo miłość to cygańskie dziecię,
Choć kłamie, wierzysz - a wierzysz, bo chcesz,
I zgubisz się w cygańskim świecie —
Lecz gdy pokocha - to się właśnie strzeż!
Ptakiem śmignie z zamkniętej dłoni
I już jest po niej, i szkoda słów!
I teraz martw się, i tęsknij do niej –
Przestałeś tęsknić — wróciła znów!
I znowu dłońmi ją chwyć obiema,
Zaciśnij mocno, do bólu aż!
Myślisz, że trzymasz?...
A już jej nie ma!
Gdy myślisz: nie ma! — to właśnie ją masz!
Bo miłość to cygańska dziewka,
Co niepokój ma w cygańskiej krwi,
Urzekła cię cygańska śpiewka
I zwodzi, łudzi, kłamie, drwi...
Przysięgnie - wiatr przysięgę zmiecie,
Gdy wzgardzisz nią, masz ją u swych nóg,
Bo miłość to cygańskie dziecię,
Gdy cię pokocha - wtedy strzeż cię Bóg!
Gdy październik wraz z ciepłą bielizną
zsyła smutek na ciebie doroczny –
o, samotny jesienny mężczyzno,
pustym wzrokiem dokoła znów toczysz.
Odwracając zmęczone źrenice
od bezmyślnej twarzyczki podlotka –
z jedną myślą przebiegasz ulice:
„Gdyby wdówkę gdzie ciepłą napotkać!
Nim ta zima chwyci znów –
żeby tak coś z ciepłych wdów!”.
Ciepła wdówka na zimę –
zawieruchę i mróz –
to jest szczęście olbrzymie,
co jak kwiat będziesz niósł.
Co cię w sposób realny
wyrwie z trosk materialnych –
zmieni minus globalny –
twój minus na plus.
Proszę pana, ja panu coś powiem:
jestem ciepła, choć jeszcze nie wdówka.
Ale jeśli pan umie uwdowić –
czeka pana urocza placówka –
mój staruszek ma taką zadyszkę,
że doprawdy niewiele wystarczy –
ot, zatrutą gdzieś wpuścić mu myszkę –
albo jeszcze cokolwiek inaczej –
wsypać coś do jednej z kasz,
trochę trudu i już masz:
Ciepłą wdówkę na zimę –
na gołoledź i śnieg!
Żebyś w śnieżną zadymkę
do niej tęsknił i biegł.
Drzwi i serce otworzy
i warunki ci stworzy,
i na duszę położy,
położy ci lek.