Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ballady polskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ballady polskie. Pokaż wszystkie posty

Lilije - Adam Mickiewicz


Tadeusz Woźniak
Jolanta Majchrzak, Romuald Tesarowicz
Lilie


Adam Mickiewicz

Zbrodnia to niesłychana,
Pani zabija pana;
Zabiwszy grzebie w gaju,
Na łączce przy ruczaju,
Grób liliją zasiewa,
Zasiewając tak śpiewa:
"Rośnij kwiecie wysoko,
Jak pan leży głęboko;
Jak pan leży głęboko,
Tak ty rośnij wysoko."

Potem cała skrwawiona,
Męża zbójczyni żona,
Bieży przez łąki, przez knieje,
I górą, i dołem, i górą;
Zmrok pada, wietrzyk wieje;
Ciemno, wietrzno, ponuro.
Wrona gdzieniegdzie kracze
I puchają puchacze.

Bieży w dół do strumyka,
Gdzie stary rośnie buk,
Do chatki pustelnika,
Stuk stuk, stuk stuk.

"Kto tam?" - spadła zapora,
Wychodzi starzec, świeci;
Pani na kształt upiora
Z krzykiem do chatki leci.

"Ha! ha!" zsiniałe usta,
Oczy przewraca w słup,
Drżąca, zbladła jak chusta;
"Ha! mąż, ha! trup!"

"- Niewiasto, Pan Bóg z tobą,
Co ciebie tutaj niesie,
Wieczorną słotną dobą,
Co robisz sama w lesie?"

"- Tu za lasem, za stawem,
Błyszczą mych zamków ściany.
Mąż z królem Bolesławem
Poszedł na Kijowiany.
Lato za latem bieży,
Nie masz go z bojowiska;
Ja młoda śród młodzieży,
A droga cnoty śliska!
Nie dochowałam wiary,
Ach! biada mojej głowie!
Król srogie głosi kary;
Powrócili mężowie.

"Ha! ha! mąż się nie dowie!
Oto krew! oto nóż!
Po nim już, po nim już!
Starcze, wyznałam szczerze.
Ty głoś świętymi usty,
Jakie mówić: pacierze,
Gdzie mam iść na odpusty.
Ach, pójdę aż do piekła,
Zniosę bicze, pochodnie,
Byleby moję zbrodnię
Wieczysta noc powlekła."

Alpuhara - Adam Mickiewicz


Tadeusz Woźniak
Alpuhara ("Konrad Wallenrod")

Adam Mickiewicz

Już w gruzach leżą Maurów posady,
Naród ich dźwiga żelaza,
Bronią się jeszcze twierdze Grenady,
Ale w Grenadzie zaraza.

Broni się jeszcze z wież Alpuhary,
Almanzor z garstką rycerzy,
Hiszpan pod miastem zatknął sztandary,
Jutro do szturmu uderzy.

O wschodzie słońca ryknęły spiże,
Rwą się okopy, mur wali,
Już z minaretów błysnęły krzyże,
Hiszpanie zamku dostali.

Jeden Almanzor, widząc swe roty
Zbite w upornej obronie,
Przerznął się między szable i groty,
Uciekł i zmylił pogonie.

Hiszpan na świeżej zamku ruinie,
Pomiędzy gruzy i trupy,
Zastawia ucztę, kąpie się w winie,
Rozdziela brańce i łupy.

Wtem straż oddźwierna wodzom donosi,
Że rycerz z obcej krainy,
O ważne posłuchanie co rychlej prosi,
Ważne przywożąc nowiny.

Był to Almanzor, król muzułmanów,
Rzucił bezpieczne ukrycie,
Sam się oddaje w ręce Hiszpanów,
I tylko błaga o życie.

„Hiszpanie!” – Woła – „Na waszym progu
Przychodzę czołem uderzyć,
Przychodzę służyć waszemu Bogu,
Waszym prorokom uwierzyć.

Niechaj rozgłosi sława przed światem,
Że Arab, że król zwalczony,
Swoich zwycięzców chce zostać bratem,
Wasalem obcej korony.”

Hiszpanie męstwo cenić umieją,
Gdy Almanzora poznali,
Wódź go uścisnął, inni koleją
Jak towarzysza witali.

Ballada o dumnym rycerzu - Bolesław Leśmian

Sulamith Wulfing

Tadeusz Woźniak
Jolanta Majchrzak, Piotr Woźniak
Ballada o dumnym rycerzu

Bolesław Leśmian

Śpi owo rycerz, śpi bezrozumnie
I raz na zawsze - w dębowej trumnie.

Leży wygodnie, bo się ułożył
Tak, aby nigdy snu nie zatrwożył...

Jego kochanka z różańcem w ręku
Zawodzi, pełna skargi i jęku:

"Przyszłam ci wyznać moje niemoce,
Że nie wiem, jak tam spędzasz swe noce?...

Bo odkąd w ciemnym nocujesz grobie -
Ani ty przy mnie - ni ja przy tobie!

Kochałam oczy i usta twoje,
Wczoraj kochałam, dzisiaj się boję!

Boję się szatą w mrok zaszeleścić,
Boję się w myśli ciebie popieścić!...

Trzy dni się w myśli twój czar promienił,
Dziś nie wiem, ile grób cię odmienił...

Ani mi z tobą łoża podzielić,
Ani urodą swoją weselić -

Darmo przymuszam uparte ciało,
By się twym oczom podobać chciało!

Przy tobie martwym - ja nieszczęśliwa
Wstydzę się jeno, żem jeszcze żywa!..."

Rozważył rycerz, że w słowach - zdrada,
I po dawnemu leżąc, powiada:

"Choć mi robaki oczy wyżarły -
Nie wstyd mi tego, żem już - umarły!...

Chociaż podziemiec jestem nikczemny -
Nie wstyd mi tego, żem już podziemny!...

Taką mam sytość i przepych w próżni,
Że mnie od króla Bóg nie odróżni!

Taka noc błysła nad życia zbiegiem,
Że mi świat cały - jednym noclegiem!

Ani mi słońca, ani mi nieba,
Ani miłości twojej potrzeba!

Anty-Leonora - Konrad Ujejski


Tadeusz Woźniak i in.
Anty-Leonora


Konrad Ujejski

Parodystyczne ujęcie jednego z wątków
ballady "Lenora" Gottfrieda Augusta Bürgera

Altana - w altanie na zbrojnym kolanie
Bieluchna się ścieli sukienka,
Włos złoty w nieładzie na pancerz się kładzie,
O szyję okręca się ręka.

Do piersi pancernej w boleści niezmiennej
Dziewczyna się tuli a wzdycha
I usta z korali przykłada do stali,
I płacze, i modli się z cicha.

O nie płacz, niebogo, cóż łzy nam pomogą,
O, nie płacz i troskę zdejm z czoła,
Wszak moją znasz duszę, to rzucić cię muszę,
Bo na mnie kraj woła - Bóg woła!

O, nie płacz, bądź zdrowa - tam księżyc się chowa
I miga w orszaku orężnym,
Miłością niezłomną bądź dla mnie przytomną,
A będę walecznym i mężnym.

Bądź zdrowa - gdy wrócę, całunkiem ocucę
Półsenne twe oczy nad rankiem,
Przed Marii obrazem klękniemy - i razem
Różanym otoczym ją wiankiem.

A jeśli ja w boju polegnę w spokoju,
Powrotu nie znając sposobu,
Ty w smutku usiędziesz i wierną mi będziesz,
Wszak prawda, do grobu?”
”Do grobu!”

A jeśli to życie obrzydnie ci, dziecię,
I ludzie zaciążą nad tobą,
Gdy płacz twój posłyszę, grób rzucę i ciszę,
Przylecę - i wezmę cię z sobą!

I skoczył w strzemiona, i zniknął, a ona,
Jak posąg kamienna i biała,
Za śladem kochanka patrzała do ranka,
Do ranka za lubym płakała.

I w smutku usiadła, i więdła, i bladła,
Jak posąg kamienna i biała,
Za śladem kochanka patrzała do ranka,
Do ranka za lubym płakała.

I łzami się myła, i wierną mu była,
Ach, wierną mu była rok cały;
Aż oto po roku gościńcem o zmroku
Z wyprawy wojaki wracały

Więc gdy ich spostrzegła,
Na ganek wybiegła
I widział ją każdy, i minął.
Więc poszła za nimi i usty drżącymi
Spytała:
Czy zginął?
Ha, zginął!

Śpiew pierwszej topielicy - Roman Zmorski


Jolanta Majchrzak
Śpiew pierwszej topielicy

Roman Zmorski

Jam księżniczką niegdyś była,
W marmurowym zamku żyła,
Gdzie płowieje Bug;

Co dnia w mlekum się kąpała,
Złoty warkocz mi czesała
Kornych zgraja sług.

Na tym zamku był myśliwy,
Młody, krzepki, urodziwy
Jak majowe dnie:

Jedynaczka ja książeńca,
Pokochałam wnet młodzieńca,
A młodzieniec - mnie.

Aż raz ojciec zszedł nas razem:
Serce przebódł mu żelazem
I porzucił w krwi...

A mnie biedną zsiekł rózgami,
Wlókł w komorę, zlaną łzami,
Zaryglował drzwi...

Cóż po życiu bez kochanka?
Co bez dziewiczego wianka?
Wiecznie płacz i płoń!

Skryłam sobie oczy ręką
I skoczyłam przez okienko
W bystrej rzeki toń.

Wiek za wiekiem rączo bieży,
W smutnych gruzach cały leży
Mój rodzinny gród....

Zawsze płynie srebrna woda
I ja zawsze żyję młoda
W głębi mokrych wód...

Róże - Bolesław Leśmian


Tadeusz Woźniak
Jolanta Majchrzak - Róże


Bolesław Leśmian


Ocknął się rycerz, snem zatrwożony,
Mówi po ciemku do swojej żony:
"Sen miałem, jakom zwykł,
Był tu, był tam - i znikł.

Widziałem we śnie róże i róże,
I twoją siostrę i noc w lazurze,
Tuż obok w sennych mgłach
Szedł ku niej na wprost gach.

Spłyńże mi cicho, jak krew po nożu,
Do jej alkowy, by tuż przy łożu,
Co dźwiga ciała znój,
Sen sprawdzić mój - nie mój!"

Zwlekła się pani z leż na kolana,
Z kolan powstała wyprostowana,
I poszła przed się w mrok,
Za krokiem głusząc krok.

Gdy do siostrzanej wnikła alkowy,
Szukała głowy obok jej głowy,
Obok lic - innych lic,
Lecz nie znalazła nic.

Ballada dziadowska - Bolesław Leśmian


Tadeusz Woźniak
Jolanta Majchrzak

Ballada dziadowska

Bolesław Leśmian

Postukiwał dziadyga o ziem kulą drewnianą,
Miał ci nogę obciętą aż po samo kolano.

Szedł skądkolwiek gdziekolwiek - byle zażyć wywczasu,
Nad brzegami strumienia stanął tyłem do lasu.

Stał i patrzał tym białkiem, co w nim pełno czerwieni,
Oj da-dana, da-dana! - jak się strumień strumieni!

Wychynęła z głębiny rusałczana dziewczyca,
Obryzgała mu ślepie, aż przymarszczył pół lica.

Nie wiedziała, jak pieścić - nie wiedziała, jak nęcić?
Jakim śmiechem pośmieszyć, jakim smutkiem posmęcić?

Wytrzeszczyła nań oczy - szmaragdowe płoszydła -
I objęła za nogi - pokuśnica obrzydła.

Całowała uczenie, i łechtliwie i czule,
Oj da-dana, da-dana! - tę drewnianą, tę kulę!

Parskał śmiechem dziadyga w kark poklękłej ułudy,
Aż przysiadał na trawie, jakby tańczył przysiudy.

Aż mu trzęsła się broda i dwie wargi u gęby,
Aż się kulą obijał o perłowe jej zęby!

"Czemuż jeno całujesz moją kłodę stroskaną?
Czemuż dziada pomijasz aż po samo kolano?

Za wysokie snadź progi dla czarciego nasienia,
Ty, wymoczku rusalny - ty, chorobo strumienia !

Pieszczotami to drewno chcesz pokusić do grzechu?
Oj da-dana, da-dana ! - umrę chyba ze śmiechu !" -

Spowiła go ramieniem, okręciła, jak frygą!
"Pójdźże ze mną, dziadoku - dziaduleńku -dziadygo !

Będę ciebie niańczyła na zapiecku z korali,
Będę ciebie tuczyła kromką żwiru spod fali.

Będziesz w moim pałacu miał wywczasy niedzielne,
Będziesz pijał z mej wargi pocałunki śmiertelne!"

Pociągnęła za brodę i za torbę żebraczą
Do tych nurtów pochłonnych, co się w słońcu inaczą.

Nim się zdążył obejrzeć - już miał falę na grzbiecie -
Nim się zdołał przeżegnać - już nie było go w świecie!

Zakłębiły się nurty - wyrównała się woda,
Znikła torba dziadowska i łysina i broda !

Jeno kloc ten chodziwy - owa kula drewniana
Wypłynęła zwycięsko - oj da-dana, da-dana!

Wypłynęła - niczyja, nie należna nikomu,
Wyzwolona z kalectwa, wypłukana ze sromu!

Brnęła tędy - owędy szukająca swej drogi,
Niby szczątek okrętu, co się wyzbył załogi!

Grzała gnaty na słońcu ku swobodzie, ku życiu,
Zapląsała radośnie na swym własnym odbiciu!

I we żwawych poskokach podyrdała przez fale.
Oj da-dana. da-dana! - w te zaświaty - oddale!

Il. Ludmila Jirincova

Synu mój - Juliusz Słowacki


Jolanta Majchrzak, Piotr Woźniak
Synu mój
(Z dramatu "Maria Stuart")


Juliusz Słowacki

- Synu mój! synu! Czemu od rana
Jesteś tak smutny? Twarz obłąkana,
Miecz krwawą splamiony skazą?

- O matko! Syn twój zabił sokoła,
Dlatego dzisiaj twarz niewesoła,
Piotr Stempka - Kowal twarzy losu
Dlatego we krwi żelazo.

- Synu mój! synu! Po twym sokole
Nie miałbyś takich zgryzot na czole?
I miecz nie taki czerwony?

- O matko! matko! Zabiłem konia!
On mię tak szybko nosił przez błonia,
Z wiatrami biegał w przegony.

- Synu mój! synu! źleś się obronił;
Może byś po twym koniu łzy ronił,
Bladości inna przyczyna?

- O matko! matko! Ojca zabiłem!
Bladością zgryzot czoło, splamiłem
I we krwi ojca...miecz syna.

- Synu mój! synu! Po takim czynie
Gdzież się obrócisz? W jakiej krainie
Schronisz się, synu mój miły?

- O matko! matko! Na świata kraniec
Pójdę wzgardzony, tułacz wygnaniec,
Spokojnej szukać mogiły.

- Synu mój! synu! Idź w obce strony!
Lecz cóż zostawisz dla dzieci, żony?
Pod obce uchodząc nieba?

- O matko! matko! Niech na nich spada
W dzidzictwie nędza, pod próg sąsiada
Niech idą, niech żebrzą chleba.

- Synu mój! synu! w czarnej żałobie
Została matka, i cóż po sobie
Zostawi matce zabójca?

- O matko moja! O matko miła!
Przekleństwo tobie! Tyś mnie namówiła,
Żem zabił ojca.

Fot. Nina Andrycz

Opowieść o mgłach - Jan Kasprowicz


Tadeusz Woźniak
Jolanta Majchrzak
Opowieść o mgłach

Jan Kasprowicz

Na zbój wyruszyli
Dwaj harnasie młodzi,
Mkną halami, mkną wierchami,
Samo zło ich wodzi.

Przypadli z północka
Na Liptowską stronę,
Tutaj będzie nam się darzyć
Szczęście znalezione!

Pukają do okna
Pukają do bramy:
"Otwórzże nam karczmareczko,
Witamy! witamy!"...

"Ja wam nie otworzę
Ani też nikomu:
Matkę dzisiaj pochowałam,
Sama jestem w domu.
Matkę pochowałam,
Ojciec padł na wojnie,
A bratowie na Uhersku
Zbijają spokojnie".

Wytłukli jej szyby,
Potrzaskali wrota:
Włamała się do izdebki
Niesforna niecnota...

"Hejże, miłosierdzia
Nie macie nade mną,
Bodajby was mgła pożarła
W dzień, nie w nockę ciemną!
Mam ci ja kochanka –
Panuje nad mgłami,
On mnie pomści i zaleje
Mgławymi falami!"

Wracają harnasie
Ze szczęściem w kieszeni,
Słońce wstaje, aż im oko
Radością się mieni...

A za nimi zdąża
Towarzysz jedyny
Wolnym krokiem,
Szybkim skokiem
Kochanek dziewczyny

Z wolna się otwiera
Głaźny źleb ponury:
Na czworakach wypełzają
Pokłębione chmury.

Stała się rzecz, stała,
Która stać się miała:
Jeden zginął, drugi zginął,
Przepadły ich ciała...

Tego rozdarł niedźwiedź
W krywańskiej uboczy,
A tamtemu gdzieś orłowie
Wydziobali oczy.

Nie wrócili do dom
Harnasiowie młodzi
Gdzieś po halach,
Gdzieś po wierchach
Samo zło ich wodzi!

Obrazy:
Jacek Malczewski (Jan Kasprowicz)
Alfred Schouppé
Aleksander Mroczkowski
Wojciech Gerson

Czaty - Adam Mickiewicz


Marek Grechuta, Tadeusz Woźniak, Maciej Witwicki
Czaty - Muzyka Stanisław Moniuszko, Tadeusz Woźniak

Adam Mickiewicz

Z ogrodowej altany wojewoda zdyszany
Bieży w zamek z wściekłością i trwogą.
Odchyliwszy zasłony, spojrzał w łoże swej żony,
Pojrzał, zadrżał, nie znalazł nikogo.

Wzrok opuścił ku ziemi i rękami drżącemi
Siwe wąsy pokręca i duma.
Wzrok od łoża odwrócił, w tył wyloty zarzucił
I zawołał kozaka Nauma.

«Hej, kozaku, ty chamie, czemu w sadzie przy bramie


Nie ma nocą ni psa, ni pachołka?
Weź mi torbę borsuczą i jańczarkę hajduczą,
I mą strzelbę gwintówkę zdejm z kołka».

Wzięli bronie, wypadli, do ogrodu się wkradli,
Kędy szpaler altanę obrasta.
Na darniowym siedzeniu coś bieleje się w cieniu:
To siedziała w bieliźnie niewiasta.

Jedną ręką swe oczy kryła w puklach warkoczy
I pierś kryła pod rąbek bielizny;
Drugą ręką od łona odpychała ramiona
Klęczącego u kolan mężczyzny.

Ten, ściskając kolana, mówił do niej: «Kochana!
Więc już wszystko, jam wszystko utracił!
Nawet twoje westchnienia, nawet ręki ściśnienia
Wojewoda już z góry zapłacił.

Ja, choć z takim zapałem, tyle lat cię kochałem,
Będę kochał i jęczał daleki;
On nie kochał, nie jęczał, tylko trzosem zabrzęczał,
Tyś mu wszystko przedała na wieki.

Co wieczora on będzie, tonąc w puchy łabędzie,
Stary łeb na twym łonie kołysał,
I z twych ustek różanych, i z twych liców rumianych
Mnie wzbronione słodycze wysysał.

Ja na wiernym koniku, przy księżyca promyku,
Biegę tutaj przez chłody i słoty,
Bym cię witał westchnieniem i pożegnał życzeniem
Dobrej nocy i długiej pieszczoty!»

Ona jeszcze nie słucha, on jej szepce do ucha
Nowe skargi czy nowe zaklęcia,
Aż wzruszona, zemdlona, opuściła ramiona
I schyliła się w jego objęcia.

Wojewoda z kozakiem przyklęknęli za krzakiem
I dobyli zza pasa naboje,
I odcięli zębami, i przybili stemplami
Prochu garść i grankulek we dwoje.

«Panie! - kozak powiada - jakiś bies mię napada,
Ja nie mogę zastrzelić tej dziewki;
Gdym półkurcze odwodził
Zimny dreszcz mię przechodził
I stoczyła się łza do panewki».

«Ciszej, plemię hajducze, ja cię płakać nauczę!
Masz tu z prochem leszczyńskim sakiewkę,
Podsyp zapał, a żywo sczyść paznokciem krzesiwo,
Potem palnij w twój łeb lub w tę dziewkę.

Wyżej… w prawo… pomału, czekaj mego wystrzału,
Pierwej musi w łeb dostać pan młody»…
Kozak odwiódł, wycelił, nie czekając wystrzelił
I ugodził w sam łeb - wojewody.

Obrazy: Józef Oleszkiewicz, Maurycy Gottlieb

Gad - Bolesław Leśmian


Jolanta Majchrzak
Gad

Bolesław Leśmian


Szła z mlekiem w piersi w zielony sad,
Aż ją w olszynie zaskoczył gad.

Skrętami dławił, ująwszy wpół,
Od stóp do głowy pieścił i truł.

Uczył ją wspólnym namdlewać snem,
Pierś głaskać w dłonie porwanym łbem,

I od rozkoszy, trwalszej nad zgon,
Syczeć i wić się i drgać, jak on.

Już me zwyczaje miłosne znasz,
Zwól, że przybiorę królewską twarz.

Skarby dam tobie z podmorskich den,
Zacznie się jawa - skończy się sen!

Nie zrzucaj łuski, nie zmieniaj lic!
Nic mi nie trzeba i nie brak nic.

Lubię, gdy żądłem równasz mi brwi
I z wargi nadmiar wysysasz krwi,

I gdy się wijesz wzdłuż moich nóg,
Łbem uderzając o łoża próg.

Piersi ci chylę, jak z mlekiem dzban!
Nie żądam skarbów, nie pragnę zmian.

Słodka mi śliny wężowej treść -
Bądź nadal gadem i truj i pieść!

Obrazy: Sulamith Wulfing

Romans - Bolesław Leśmian

Arthur Rackham

Tadeusz Woźniak - Romans 
Bolesław Leśmian

Romans śpiewam, bo śpiewam! Bo jestem śpiewakiem!
Ona była żebraczką, a on był żebrakiem.

Pokochali się nagle na rogu ulicy
I nie było uboższej w mieście tajemnicy...

Nastała noc majowa, gwiaździście wesoła,
Siedli – ramię z ramieniem – na stopniach kościoła.

Ona mu podawała z wyrazem skupienia
To usta do pieszczoty, to – chleb do gryzienia.

I tak, śniąc, przegryzali pod majowym niebem
Na przemian chleb – pieszczotą, a pieszczotę – chlebem.

I dwa głody sycili pod opieką wiosny:
Jeden głód – ten żebraczy, a drugi – miłosny.

Poeta, co ich widział, zgadł, jak żyć potrzeba?
Ma dwa głody, lecz brak mu – dziewczyny i chleba.