Tadeusz Ross
Danuta Rinn 👉👉👉
Za późno, za wcześnie
Tadeusz Ross
Przyszła wreszcie wiosna
Za późno, za późno
Znów zakwitły żółte
Kaczeńce, kaczeńce
A ty ciągle taka
Samotna, samotna
Z kwiatów polnych
Pleciesz wieńce
Może przyjdzie lato
Gorące, gorące
Dobry dzień do ciebie
Zastuka, zastuka
Nie patrz stale smutno
Pod słońce, pod słońce
Przyjdzie miłość
I cię oszuka
Będziesz miała męża
I dziatki, i dziatki
Będziesz chodzić w brzydkiej
Sukience, sukience
Będziesz płacić wsteczne
Podatki, podatki
Życie swe przestoisz
W kolejce, w kolejce
Potem jesień uschnie
Za wcześnie, za wcześnie
Mleczne łąki, drzewa
I kwiaty, i kwiaty
Pójdziesz wolno drogą
Jak we śnie, jak we śnie
Wspomnieć to, co
Było przed laty
Poncho cha-cha-cha
Szanowne panie, oto taniec na karnawał
Poncho cha-cha-cha
Ten taniec innym tańcom nigdy szans nie dawał
Poncho cha-cha-cha
Tańczmy, odziane w indiańskiego strój juhasa
Z Peru, gdzie na szczytach skał
Tam gdzie na szczytach dzikich skał się kondor pasa
Przywdziawszy poncho, odwiedźmy rączo
Znany kombinat rozrywkowy "Pod Pajączkiem"
A kiedy skończą grać cha-chę poncho
Dajmy zaprosić się do baru na poncz z pączkiem
Siostro bliźniacza, dalej, dalej, ruszaj głową
Jakaż to cha-cha zabrzmieć teraz ma na nowo?
Pączek cha-cha-cha
Ach, bystra jesteś w skojarzeniach wprost niezwykle
Pączek cha-cha-cha
Zadedykować by ją można firmie Blikle 👉👉👉
Pączek, poncho, poncz
Szczerze przyznaję, że zaczynam tracić wątek
Prządź go, siostro, motaj, plącz
Bo to dopiero naszej cha-chy jest początek
Bo pewien facet, co czytał "Puncha"
Angielskie takie "Szpilki" sobie czytał
Gwałtem nas porwał do swego rancza
Pod miastem Pińczów - a w Pińczowie właśnie świta
Geograficzna owa nazwa cóż oznacza?
Jakaż to cha-cha ma być teraz, jaka cha-cha?
Pińczów cha-cha-cha
Typ z rancza poncz, czytając "Puncha", w poncho sączył
Pińczów cha-cha-cha
Ja nie wytrzymam, ona zaraz mnie wykończy
Pińczów, poncho, "Punch"
Darmo, gołąbko biała, załamujesz dłonie
Ten właściciel kilku rancz
Ma cię w swej mocy i to wcale nie jest koniec
A koniec wcale nie będzie przykry
Bo tego typa ślady, lubo pojedyncze
W tęsknoty szale bezbłędnie wykrył
Pan Czesio, co nas kocha, i pies jego, pinczer
W decydującą fazę cha-cha nasza wkracza
Pan Czesio cha-cha? Nie, kochanie, pinczer cha-cha
Pinczer cha-cha-cha
Pan Czesio? Punch, punch, co się ze mną porobiło
Pinczer, poncho, "Punch"
Ja oszaleję, poncho, poncho mi to było?
Pinczer cha-cha-cha
Mam w mózgu wodę, lecz to moja własna wina
No a teraz pa, pa, pa
Chwileczkę, siostro, jeszcze balet, potem finał
Poncho cha-cha-cha
Szanowne panie, oto taniec na karnawał
Poncho cha-cha-cha
Ten taniec innym tańcom nigdy szans nie dawał
Poncho cha-cha-cha
Zamiast je tańczyć, lepie wiać na cztery wiatry
No a teraz pa, pa, pa
A teraz pa, do zobaczenia u psychiatry...
Jan Kobuszewski O góralu z Montrealu Wojciech Młynarski
Posłuchajta ludzie pieśni pełnych żalu
O bidnym góralu z miasta Montrealu
Chodzę sobie bez te asfaltowe turnie
Zyć juz mi się nie kce i poglondom chmurnie
Bo gdzie się nie ruse sercem mojem targa
I rozdziro duse zalośliwa skarga
Losie, losie dobry spraw
Zebyk znalozł tako squaw
Znacy sie zonę
Co by się nadała...
Do tych, juhu, spraw
Znacy sie na kobite
Dla niej zaroz mógłbyk wpław
Pod Niagaro przebyć staw
Ino ty to, dobry losie, spraw
Stoje sobie na outsajdzie
Znacy sie na zywnontrz
Myślę, czy sie tako znajdzie
Stoje sobie na kornerze
Że jo spotkam szczerze wierzę
Siadom w subway albo w bus
I rozglondom sie na raz
Potem skace se na scotch
Znaczy sie na whisky
Bo mi zbiro sie na, juhu, płac
Losie, losie dobry spraw
Zebyk znalozł tako squaw
Co by się nadała...
Do tych spraw
Wpadnę w przyszłym roku
Do Nowygo Targu
Moze która panna
Pojmie mojo skargę
Moze mnie zrozumi
Przytuli do serca
Boleść pojąć umie
Co mnie skroś przewierca
A na razie górol chodzi niescęśliwy
I ta pieśń ponuro wciąż mu z ust wypływo
Losie, losie dobry spraw
Zebyk znalozł tako squaw
Co by się nadała...
Alicja Majewska Niepotrzebna mi jest
taka miłość jak twoja Jeremi Przybora
Niepotrzebna mi jest
Taka miłość jak twoja
Monotonny jak deszcz
Czułych wyznań twych plusk
Ciche szczęście bez łez
Da ci inna dziewoja
We mnie płomień i bies
Ze mną zachwyt i dreszcz
Po mnie rozpacz i gniew
Niepotrzebna ci jest
Taka wierność jak moja
Wierność krucha jak szkło
Rozżarzonych zbyt lamp
Niepotrzebna mi jest
Twoja wierność jak zbroja
Niepotrzebne mi to
Niepotrzebne ci to
Niepotrzebne to nam
Niepotrzebna mi jest
Taka zazdrość jak twoja
Żałośliwa jak pies
Skowyczący u drzwi
Niepotrzebna ci jest
Taka zazdrość jak moja
Gdybyś wzbudzić ją mógł
Zazdrość groźna jak wróg
Żądny zemsty i krwi
Niepotrzebna mi jest
Taka forsa jak twoja
Kupić za nią byś mógł
Serca wierne po grób
Niepotrzebna mi jest
Ta pieniężna ostoja
Zresztą co chcesz to rób
Albo odczep się lub
Raz już weźmy ten ślub
Jeszcze się taki nie urodził
Co by się absolutnie odmłodził
Ciągle się odmładzając
Coraz młodszym się stając
Bardzo taki by sobie zaszkodził
Trzeba przyznać: o rok, dwa czy o trzy
Nieźle czasem by było być młodszym
Lecz jak zaczniesz, wciąż dalej
Chciałbyś młodnieć i maleć
Gdyś raz na to apetyt zaostrzył
Oto starzec młodzieńcem się stanie
I odmładza się wciąż nieprzerwanie
Już z młodzieńca jest dzieckiem
Już jest z dziecka oseskiem
Bowiem wpadł w niebezpieczną tę manię
Jak z powyższych rozważań wynika
Kto odmładza się wciąż, ten zanika
Bo się w końcu odmłodzi
Poza dzień swych urodzin
A raz drugi na świat nie przychodzi
Więc gdy starszym już jesteś człowiekiem
Ciesz się słusznie należnym ci wiekiem
Nie odwracaj lat biegu
Tego, coś przeżył, nie gub
Nie powracaj już w czasy dalekie
Pomnę, jak zielone porty mijał kajak śmigły,
jak mi smakowały „Sporty” nad jeziorem Wigry.
Wieczorami nad namiotem krzyżowałem wiosła,
ogień miotał iskry złote, a pod borem rosła...
Moje ulubione drzewo – leszczyna, leszczyna,
jak ją za mocno przygiąć w lewo – to w prawo się odgina,
a jak za mocno przygiąć ją w prawo – to w lewo bije z wprawą,
a stara sosna szumi radosna: „Brawo, brawo!...”.
Upór, co mi z oczu błyska – leszczyny dziedzictwo!
Jak mnie do ziemi los przyciska, ona mi szepcze: „Nic to...”.
A jak prostuję się, wtedy ona powtarza mi: „Tak trzymaj”.
Moje drzewo ulubione – leszczyna, leszczyna...
Posiwiała ta Bożenka, w której się kochałem,
postarzała się piosenka, którą jej śpiewałem,
lecz znad Śniardw, znad Czarnej Hańczy, znad jeziora Jamno,
wszędzie, gdzie los ze mną tańczy, wszędzie idzie za mną...
Moje ulubione drzewo...
Więc ochraniaj ją miłośnie – o każdej dnia dobie,
chroń leszczynę, która rośnie nad Hańczą hen – i w tobie...
Chroń tę leszczynę, co wciąż od nowa prostuje się zajadła,
trzeba by cały las wykarczować, żeby padła!
A ty, mój zielony borze,
chroń we mnie nadzieję,
że póki latem jeden orzech
szczęśliwie się wysieje –
znów pójdzie z boru w młodniak zielony
i pójdzie z ojca w syna
moje drzewo ulubione –
leszczyna, leszczyna!
Mieczysław Czechowicz
Ludmiła Warzecha
Piękne nieprawdy
Krystyna Celichowska
Na zmierzchy zbyt wczesne i ciemne
Świty pośpieszne i blade
Spojrzenia surowe
Nostalgie zimowe
Na własne, zatarte już ślady Najlepsze są piękne nieprawdy...
Na zbyt anemiczne nadzieje
Wiarę kaleką i chromą
Na zwątpień piekiełko
Na szansę niewielką
Na schody wysokie i strome Najlepsze są piękne nieprawdy...
Na serce dziurawe jak przetak
Od celnych ciosów Amora
Na noce bez marzeń
Na strunę w gitarze
Co pękła, bo przyszła jej pora Najlepsze są piękne nieprawdy...
Na własne przekwitłe ogrody
Gdy kwitnie ogród sąsiada
Wieczorne znużenie
I na to milczenie
Które się między nas wkrada Najlepsze są piękne nieprawdy...
Na napis "Surowo wzbronione"
Na spleen, na wiatr, na opady
Na losu zawiłość i na tę niemiłość
Na którą nie mamy już rady Najlepsze są piękne nieprawdy...
Lepsze od prawd byle jakich
Kto na torach co dzień życie swe naraża
Nosi granatowy mundur kolejarza
Kto z kopalni węgiel wynosi wiadrami
Ma mundur górnika i czapkę z piórami
Milkną w lesie ptaki, jeleń w krzaki zmyka
To idzie dwurura w mundurze leśnika
Kto niszczy bimbrownie, nęka spekulanta
Nosi najpiękniejszy mundur milicjanta
W ręku ma sikawkę, przy boku tasaka
Na łbie hełm błyszczący - to mundur strażaka
Pływają po morzach, sprzedają towary
W marynarski mundur wszywają dolary
Żadna kontrabanda kary nie unika
Mają wprawę chłopcy w mundurach celnika
Dzieciom i staruszkom pomagać gotowy
Mundurek ormowca kolor ma stalowy
Ciężką mają służbę, wiem to nie od dzisiaj
Lecz bardzo potrzebny jest mundur klawisza
Są nieustraszeni, walka im nieobca
Twardy i wspaniały jest mundur zomowca
A żołnierski mundur ciągle za odnową
Choć przeszkadzał Reagan z bombą atomową
Może kiedyś Bozia wyda polecenie
Demobilizacji - będzie rozbrojenie
I zamkną mundury w szafie, w kufrze, w budzie
I będą pracować jak normalni ludzie
Bez aniołów stróżów i bez poganiaczy
Nie - ktoś musi zadbać o higienę pracy
Będą pełnić służbę, choć przeminą wieki
Rycerze w cywilu - chłopaki z bezpieki…
Ewa Dałkowska, Roman Kołakowski Przypowieść błękitna Roman Kołakowski
W bezbarwnym, w bezwonnym czasie
W miejscach znaczonych pustką
W niebieski tramwaj wsiadają
Ruszają w drogę najdłuższą
Zawiódł czerwony autobus
Megafon schrypł i zardzewiał
Z czterech najdalszych przystanków
Ruszają w drogę do nieba
Za swe niedrogie marzenia
Płacą walutą zbyt twardą Marek i Rafał, Edward, Tadeusz
Hej, czas pożegnać się z Marią
W niebieskiej knajpie przy drodze
O życie w kości zagrają
Tadeusz, Edward, Rafał i Marek
Hej, kto następny do raju
I piją piwo wpatrzeni
W dekolt niebieskiej kelnerki
Tadeusz, Marek, Edward i Rafał
Hej, czemu nie ma tancerki
Tańczą przy skrzypcach diabelskich
Gra im anielska orkiestra
Tadeusz, Marek, Rafał i Edward
Hej dudni tancbuda niebieska
A kiedy sił im brakuje
By ból zmęczenia złagodzić
Pan Szafirowy skraca ich podróż
Sam im naprzeciw wychodzi
I błogosławi swym synom
Znużonym drogą śmiertelnie
Więc niebieskiemu wydawcy składają
Bezbożną swą ewangelię
Łzy popłynęły aniołom
I cisza trwa w całym niebie
Bo Pan na nowo wierzy w człowieka
Choć przestał wierzyć już w siebie
W bezbarwnym, w bezwonnym czasie
W miejscach znaczonych pustką
W niebieski tramwaj wsiadają
Ruszają w drogę najdłuższą... Fotografie: Tadeusz Borowski Marek Hłasko Edward Stachura Rafał Wojaczek
Krzysztof Tyniec Uwielbiam powiastki prawdziwe Wojciech Młynarski
Uwielbiam powiastki prawdziwe
Słyszane wśród szlachty czy ludu
Miłosne, okrutne i tkliwe
I każdą osądzam bez trudu
Bo, z grubsza, do dwóch możliwości
Powiastka się każda sprowadza
Jest mądra, gdy zgadza się z moją mądrością
I głupia, gdy z nią się nie zgadza
La rą, la rą - i głupia, gdy z nią się nie zgadza
Uwielbiam powiastkę wesołą
Gdy tkwi w niej moralna nauka
Bo tylko ostatni oszołom
W powiastce morału nie szuka
I myśl moja z czujną bystrością
Ocenę powiastki doradza
Moralna, gdy zgadza się z mą moralnością
Ohydna, gdy z nią się nie zgadza
La rą, la rą - ohydna, gdy z nią się nie zgadza
Więc jaki z powiastek pożytek
Słuchając ich, państwo prześwietni
Czujemy się lepsi, a przy tem
Mądrzejsi i bardziej szlachetni
Czujemy się piękni jak ogród
Cnót wszelkich, gdy wespół się skupią
By w życiu postąpić dokładnie na odwrót
Do cna niemoralnie i głupio
La rą, la rą - do cna niemoralnie i głupio
Irena Santor, Piotr Fronczewski Siedzisz obok, pytasz grzecznie Ireneusz Iredyński
Siedzisz obok
Pytasz grzecznie, pytasz miło
Jak się czułam, gdy tak długo cię nie było
Jadłam, piłam i śpiewałam
Pracowałam, uśmiechałam
Trochę spotkań także miałam
Chłopców czasem całowałam
Niby wszystko tak zwyczajnie
Niby wszystko tak normalnie
Siedzisz obok...
Niby wszystko tak zwyczajnie
Niby wszystko tak normalnie
Chociaż czasem w dołku ssanie
I w poduszkę popłakanie
Chociaż czasem sny na jawie
Choć niekiedy obłęd prawie
Siedzisz obok...
Gdy leżałam na tapczanie
Nadchodziło obłąkanie
W ścianie było czarne oko
Sufit wznosił się wysoko
I wołałam wtedy ciebie
W przerażeniu, strachu, gniewie
Siedzisz obok...
Przychodziłeś na wołanie
I znikało oko w ścianie
Chociaż byłeś przypomnieniem
Chociaż byłeś tylko mgnieniem
Odpędzałeś obłąkanie
Co nazywa się czekanie
Siedzisz obok...
Obrazy: Coby Whitmore, Joe Bowler
Wyczerpałam zasób snów
Kiedy byłam z tobą
Sny władały przecież wciąż
Każdą naszą dobą
Snem był dotyk twoich rąk
Zamieranie w ciszy
Snem był także biały krzyk
W wielkiej nieba niszy
Snami było tyle słów
Czułość i mruczenie
Śnieniem pięknym było też
Tobą zachwycenie
Powiem ci czemu wciąż
Nic mi się w nocy nie śni
Wyczerpałam zasób snów
Kiedy byłam z tobą
Sny nie tylko miały noc
Sny władały dobą
Snem był twój matowy głos
Przytulenie ciebie
Snem był także miodu smak
Na razowym chlebie
Snami było tyle spraw
Bliskość, zrozumienie
Śnieniem pięknym było też
Serca poruszenie…
Agnieszka Kotulanka
Jurata 34-38 (W tytule klipa omyłkowo Jastarnia)
Wojciech Młynarski
Ta horyzontu sina kreska,
na plaży bursztynowa łezka,
na wargach słony wiatru smak
i słońce, które praży tak.
Na wydmie sosna karłowata,
a pod nią my i rekord świata,
co dzień, co chwilę bity w lot –
rekord młodości, żartów, psot...
Jurata ’34 –
ech, łezko, kręć się, kręć...
Jurata ’34 –
wdzięk czarno-białych zdjęć...
Jurata ’34 –
w dorosłość pierwszy skok...
Jurata ’34 –
matura za niecały rok,
matura już za rok...
Na molo żarty i konkury,
wędrówki do Jastrzębiej Góry
i ta z Jastarni wieść jak grom,
że otwarł się Zdrojowy Dom.
I facet, co nas ciągnął tam, by
zapisać się na konkurs samby,
i wziął Grand Prix, wzbudzając szmer
zachwytu – swojski Fred Astaire...
Jurata ’34 –
w dorosłość pierwszy skok...
Jurata ’34 –
matura już za rok...
Jurata ’34 –
biały półwysep Hel...
Jurata ’34 –
miłości pierwszej pierwsza biel,
miłości pierwszej biel...
A myśl, myśl nie ustaje w pędzie:
wojny nie będzie, źle nie będzie,
czegóż niedobry los by chciał
od tych słonecznych dusz i ciał?
Czemuż zły los by miał się karmić
młodością mknącą po Jastarni
i topić świat w powodzi łez,
gdy sierpień taki piękny jest?
Jurata ’38 –
w horyzont wbity wzrok...
Jurata ’38 –
co zdarzy się za rok?
Jurata ’38 –
miłości pierwszej biel...
Jurata ’38 –
dla złego losu kruchy cel...
dla losu kruchy cel...