Andrzej Bogucki, Henryk Rostworowski Dziewczyno Roman Sadowski
W zadumie mrocznej ciszy
W tęsknocie smutnych gwiazd
Wsparte o nocy niszę
Drzemią ulice miast
W jakimś dalekim mieście
W ulicy cichych snów
Czekasz ode mnie wieści
Na moich kilka słów
Dziewczyno, cóż mogę ci powiedzieć Dziewczyno, że wrócę kiedyś znów
Że znów będziemy razem przez wiosny słońce szli
I żal uleci z serca wśród jaśminowych dni
Dziewczyno, cóż mogę ci powiedzieć
Prócz kilku takich prostych, zwykłych słów...
W kamienicy vis a vis
Mieszka cudo, wierzcie mi
Cudo zwie się Dorotka
Bardzo chciałem ją spotkać
Już spotkałem, poznałem
Zakochałem się w niej
Ta moja Dorotka
Jest drobna i wiotka
Lecz wdzięk taki ma
Że w niej się zakocha
Kto tylko ją spotka
Tak właśnie, jak ja
I odtąd, co dzień
Jak wierny jej cień
Podążam krok w krok
Największy mam kram
Gdy chcę z nią być sam
Tam, gdzie ona, tam zawsze,
Wprost nieludzki jest tłok
Dokoła Dorotki
Już krążą złe plotki
Nie wzrusza to mnie
To mówią jej ciotki
I stare dewotki
Zazdrosne i złe
Dorotka ma czyste sumienie
Więc plotka nie robi wrażenia
Dziś mówię wam o tem
Że kocham Dorotę
A ona mnie
Tydzień temu wziąłem ślub
To małżeństwo, to mój grób
Źli chodzimy i głodni
Mamy pokój przechodni
W tym pokoju spokoju
Nigdy nie mam za grosz
Bo moja Dorotka
To istna idiotka
Nie sposób z nią żyć
Jedyne, co umie
To grać w totolotka
A więcej już nic
I za mną, co dzień
Jak wierny mój cień
Podąża, krok w krok
Największy mam kram
Gdy pragnę być sam
Cóż, że zżymam się, trzymam
Czy wytrzymam przez rok
O mężu Dorotki
Już krążą złe plotki
Nie wzrusza to mnie
To mówią jej ciotki
I stare dewotki
Zawistne i złe
Ponieważ sumienie mam czyste
Więc nie dbam o plotki te wszystkie
Lecz myślę, że może
Nam rozwód pomoże
I jej i mnie
Przez pierwsze tygodnie
Bez mojej Doroty
Nie było mi źle
Czas płynął pogodnie
Jak sen jakiś złoty
Bawiło to mnie
Bez trudu, jak szło
Poznałem ze sto
Dorotek i Ew
Co dzień bukiet bzu
Co dzień rendez-vous
A co wieczór z dziewczyną
Taniec, wino i śpiew
Aż w którąś sobotę
Poczułem tęsknotę
Dręczącą i złą
I wielką ochotę
By ujrzeć Dorotę
I spotkać się z nią
Telefon, kawiarnia
I odtąd
Znów razem jesteśmy z Dorotą
Bo moja Dorotka
Jest miła i słodka
I kocham ją
Andrzej Bogucki i Chór Czejanda
Kilka słów serdecznych Kazimierz Winkler
Rano startuję z wypchaną torbą listów
A razem ze mną pociągów biegnie gwizd
Ludziom roznoszę no po prostu wszystko
Radość i smutek zamknięte w biały list
Kilka słów serdecznych
W kopercie z małym znaczkiem
Rozchmurzy twoje oczy
Radością w nich zapłonie
I jakaś ona o nim
Pomyśli z biciem serca
I jakiś on z westchnieniem
Powróci myślą do niej
Bo kilka słów z daleka
Masz ciągle przed oczami
A kiedy noc nadejdzie
Przeczytasz je wśród gwiazd
Te słowa są serdecznym
Pomostem między wami
Posyłam ci swe serce
PS i słońca blask
Z piętra na piętro, z ulicy na ulicę
Dzień dobry - właśnie oczekiwany list
Wiosna czy jesień, październik czy tam styczeń
Uśmiech przynoszę, otworzyć proszę drzwi...
Jaka szkoda, niestety
Że pogoda, niestety
Jak to mówią, przepraszam
Pod psem
Pani w bramie, ja w bramie
Ramię w ramię, przy damie
Zawsze raźniej we dwoje, ja wiem
A na końcu chodnika
Uparty gość
Gra na skrzypcach walczyka
Jak na złość
Pani słucha, ja słucham
A noc ciemna i głucha
Ale w żyłach gorąca jest krew
W kroplach deszczu
Perliście układa się walc
Strąca liście z drzew walc
Zamaszyście rwie walc
Ulicami, przed siebie
Wzdłuż się toczy i wszerz
Jakby zalał się w pestkę, na deszcz
Wtedy w sercach, tajemnie
Tak przyjemnie, tak wiesz
Że jest późno, że ciemno
Że jest zimno i deszcz
I że walc nas zaprasza
Że się śmieje, jak widz
Że ktoś w bramie, przy damie - i nic
Proszę pani, w tym domu
Na pięterku, tym domu
Mam mieszkanko, od takie
W sam raz
Ja nie mówię w złym sensie
Pani z zimna się trzęsie
A tam u mnie jest światło i gaz
Zaraz zrobię herbatkę
Nakrycia dwa
Cóż w tym złego
Dlatego, że ty i ja
Śnić będziemy we dwoje
Moje serce i twoje
Gdy tymczasem za oknem, we mgle
W kroplach deszczu…
Wtedy w sercach, tajemnie
Tak przyjemnie, tak wiesz
Że tu dobrze, że ciepło
A tam zimno i deszcz
I że walc się zadziwił
Że aż taką miał moc
By dwa serca połączyć w tę noc
Gdy się dzionek ku zmierzchowi skłania
Wnet telefon u mnie się rozdzwania
"Proszę Marię" - mówią głosy czyjeś
"Marię, jaką Marię?" - "No, Mariję"
Przeważają zaś wśród głosów onych
Miodne i głębokie barytony
Doloroso albo allegretto:
"Mario" lub też "Czy to ty, Marietto?"
Nim wyjaśnię, że to jest pomyłka
To wysłuchać muszę wyznań i łkań
Albo znów wprost pogróżek szczerych:
"A pan kto, co robisz pan u Mary?"
Chociaż nie znam Marii onych wcale
Wiem już, że to ktoś jest pełen zalet
Że to jest wcielenia tęsknot wariant
Że już dla mnie też jest kimś ta Maria
O Marietto, Mario oraz, o Marija
Tyś to strzałą jest Amora, co przebija
Jak cię szukać, gdzie zobaczyć
Wyznać, że miłości zaczyn
I zarzewie jej dla ciebie się rozwija?
O Marija, o Marietta, Mary, Maria
To dla ciebie canzonetta, dla cię aria
Wszystkie chóry, filharmonie
Serca dzwon bijący w skronie
Serca dzwon i, i ja
Już monterzy byli u mnie, ale
Jam niczego dotknąć nie dał wcale
No bo, niech usuną mi awarię -
Bez pomyłek tych ja stracę Marię
I to dobrze, żem się tak zachował
Bo dzwoniła dziś międzymiastowa
Ktoś w słuchawkę wołał ostrym tonem:
"Między nami, Mario, już skończone"
Nie wychodzę teraz więc z mieszkania
Drżę, gdy znów telefon się rozdzwania
Może któryś z innych barytonów
Też użyje słów tych oraz tonu
Lżej na sercu się zrobiło mi, że
O jednego mi już jest Marii bliżej
Ostatniemu wkrótce więc wygarnę:
"A pan po co prosi moją Marię?"
O Marietto, Mario oraz, o Marija
Tyś to strzałą jest Amora, co przebija
Gdy cię ujrzę, gdy zobaczę
Barytonów ci wybaczę
Bo ci miodni są niegodni ciebie nijak
O Marija, o Marietta, Mary, Maria
To dla ciebie canzonetta, dla cię aria
Wszystkie chóry, filharmonie
Serca dzwon bijący w skronie
Serca dzwon i, i ja....
Statystyka uczy, że mężczyzn jest mniej
Nie śmiej się, chcesz, to się śmiej
Ja mimo to znoszę te humory i złość
Ale nie śmiej się, mógłbym mieć dość
Ja nie grożę, broń Boże
Powiedz tak, albo nie
Tylko nie mów już - może
Jeszcze nie wiem, kto wie
Bo ja liczę do trzech
Dość napsułaś mi krwi
Raz, dwa i
Nie będziesz ty, to będzie inna
To będzie inna
I nie pomogą tu łzy
Raz, dwa, trzy i będzie inna
I będziesz winna
Ty sama, tylko ty
Źle ci będzie, ja wiem, jak nikomu
Będziesz gryźć się, ja wiem, czekać w domu
Na mój list, na telefon, na znak
A ja będę inną tulić, wiesz, jak
No nie bądź zła i tak dziecinna
I tak dziecinna, bo nie pomogą tu łzy
Tego dnia, gdy będzie inna
Pierwsza lepsza, byle nie ty
W niedzielę dam anons w kurierze przez front
Gentleman młody i blond
Przystojny, subtelny, zamożny - to ja
Szuka żony, na rok albo dwa
Przecież przyjdą tysiące
Będą o mnie się rwać
Przecież całe miesiące
U drzwi będą spać
Jeszcze liczę do trzech
Jeszcze wracam od drzwi
Raz, dwa i
Nie będziesz ty, to będzie inna
I nie pomogą tu łzy
Raz, dwa, trzy, gdy będzie inna
I będziesz winna
Ty sama, tylko ty
Będziesz tęsknić, ja wiem, potajemnie
Każdy dzień będzie pusty beze mnie
W każdą noc będzie czegoś ci brak
A ja będę inną tulić, wiesz, jak
No nie bądź zła i tak dziecinna
I tak dziecinna
Bo nie pomogą tu łzy
Tego dnia, gdy będzie inna
Pierwsza lepsza, czemu nie ty
Obrazy: Marjorie Mostyn
Andrzej Bogucki Ja wiem, że ciebie dla mnie szkoda
Marian Hemar
To nie jest ważne, że się czegoś chce
Choćby się chciało tak, jak dzisiaj mnie
Jak mnie, gdy spotkam twój szalony wzrok
To dziś, a co za rok
A widzisz, ot i cały problem ten
W człowieku jednak siedzi dżentelmen
Nie przesadzajmy, ale po co płacz
Uważaj lepiej - patrz
W tem cała rzecz, że ciebie dla mnie szkoda
Powiedzmy wprost, masz chustkę, otrzyj łzy
Ty jesteś piękna, w każdym razie młoda
A widzisz ja, poza tem jestem zły
Ja już mam plan wszystkiego ułożony
Mam swe okresy nudy, gorzej, kart
Są dni, gdy brydż ważniejszy jest od żony
Nie, nie ma co, nie jestem ciebie wart
Ty nie rozumiesz nic dlaczego, co
Ach pomyśl, byłoby prostszego co
Jak teraz, skoro jesteś u mnie
Więc wziąć cię, sama chcesz
Lecz jednak coś jest ponad głosem krwi
Gdzieś w duszy resztka moralności tkwi
Nie przesadzajmy, ale znowu płacz
Tu jest chusteczka - patrz
W tem cała rzecz, że ciebie dla mnie szkoda
Bywają też uczucia ponad stan
Powiedzmy wprost, ty jesteś taka młoda
A ja, cóż ja, właściwie starszy pan
Więc dobrze, idź, o tak, już bez lamentów
Odeszła już, ach dziecko, głupie tak
Jak wiele wprost odwrotnych argumentów
Ja miałbym dziś, gdybym ja kochał też
Jeszcze naród się nie ochrzcił,
jeszcze w piątki on nie pościł,
jeszcze w kniei, wśród zawiei protoplasta!
Jeszcze Wanda w Wiśle dyszy,
jeszcze Popiel w kiszkach myszy,
a już słychać taki refren w chacie Piasta:
Rzepicho, siądź
przy prakołowrotku!
Rzepicho, prządź
wątek prapraprzodków!
Praprapramać
prapraojców prawych,
praziarno Sprawy
w praglebie sadź!
Byłby prakiep,
kto dałby, miast tobie,
Piastów praszczep
począć innej z kobiet!
Prazmierzch pranoc
zapowiada cichą,
więc pójdź, Rzepicho,
w mych ramion moc!
Wkrótce potem:
Postrzyżyny Ziemowita,
już wypita okowita,
Już ucicha dwór dynasty po toastach.
Jeno w bieli dwaj anieli
przewracają się w pościeli -
sen im z powiek spędza refren w izbie Piasta:
Rzepicho, siądź
przy prakołowrotku!
Rzepicho, prządź
wątek prapraprzodków!
Praprapramać
prapraojców prawych,
praziarno Sprawy
w praglebie sadź!
Byłby prakiep,
kto dałby, miast tobie,
Piastów praszczep
począć innej z kobiet!
Prazmierzch pranoc
zapowiada cichą,
więc pójdź, Rzepicho,
w mych ramion moc!...
Wypadki takie znamy
Od czasów Pigmaliona
Akt urodziwej damy
Artysta raz wykonał
Już dzieło swego pędzla
Przelicza na pieniądze
Gdy raptem jął go wpędzać
Ów wizerunek w żądzę
Dwa, cztery, sześć...
Ów wizerunek w żądzę
Dziewczyna na olejno
Działała nań jak żywa
We wdzięki jej kolejno
Z zachwytem się wpatrywał
To wzrokiem w nich utonie
Az robi mu się smutno
To znów podleci do niej
I ucałuje w płótno
Dwa, cztery, sześć...
I ucałuje w płótno
Tak męczył się nas plastyk
Niedoszły mąż i tata
Uczuciem do niewiasty
Co jest non consumata
A nie mógł pohamować tej żądzy
Wziąć się w karby
I pieścił wciąż od nowa
To ciało zimnej farby
Dwa, cztery, sześć...
To ciało z zimnej farby
Aż raz, być może z picia
Bo malarz pił ze smutku
Ów portret zaczął życia
Nabierać pomalutku
Artysta golnął wina
Wśród zaklęć czułych szeptu
I patrzy, już dziewczyna
Zstępuje doń z portretu
Dwa, cztery, sześć...
Zstępuje doń z portretu
Lecz że malował damę
Picassa szkołą znaną
Oddzielnie każdy fragment
Najdroższej przed nimi stanął
A kiedy w jego dłoniach
Łączyły się w kształt szczęścia
Zrozumiał, że zapomniał
O kilku ważnych częściach
Dwa, cztery, sześć...
O kilku ważnych częściach
Gdy malarz nasz się grąży
W rozpaczy, my pomału
W nieszczęściu jego drążyć
Będziemy sens finału
Współcześni mistrze jak tu
Wam teraz nie powtarzać
Nie twórzcie damskich aktów
Bez spisu inwentarza
Dwa, cztery, sześć...
Bez spisu inwentarza
Ach cóż to za pora ta zima
Ta zima, ta zima
Nim puści to jeszcze potrzyma
Potrzyma, potrzyma
A mrozy, choć jeszcze nie ścisły
Zimowe, zimowe
Sztywnieją niektóre umysły
Handlowe
Najwięcej obiekcji się piętrzy
Z uczynków na rynku
Wewnętrznym
I człowiek jest w tym niedowiarek
By nabyć mógł ładny
Podarek
Toniemy panowie niestety
Albowiem, albowiem
W podaży tak zwanej tandety
Zimowej, zimowej
I rzadko nam jeszcze się zdarzy
Ten cymes, ten cymes
Do rzeczy coś, albo do twarzy
Na zimę
No tak, lato pachnące miętą powoli nas opuszcza. Skończą się wesołe deszczowe fokstroty, a zaczną jesienne słoty. Jak trafnie napisała Autorka jednego z moich ulubionychblogów„dlaczego nigdy nie jojczymy, że zima się kończy, że jesień się kończy, a nawet, że wiosna się kończy... a niech no tylko skończy się lato, to lament powszechny”. Na szczęście we Wspomnieniowie lato jeszcze potrwa i choć nie pójdę już na jagody, to nagrzyby jak najbardziej.
Andrzej Bogucki, Jerzy Połomski
A mnie jest szkoda lata Emanuel Schlechter
Moja żona mnie dzisiaj skrzyczała,
powiedziała, że mazgaj, że głupi,
że ze wstydu się za mnie rumieni,
kiedyż wreszcie zmądrzeję już raz.
A na śmiesznym tle sprawa powstała:
poprosiłem, poziomek niech kupi.
- Zdziecinniałeś - powiada - w jesieni?
- To już jesień? Jak leci ten czas!
I westchnąłem: no patrz, już po lecie,
po wakacjach,po słońcu, mój Boże!
Już się zacznie szaruga na świecie,
no, jasnych spodni już chyba nie włożę.
Pewnie deszcze się zaczną i słota, na to ona, przepraszam, idiota!
Uśmiechnąłem się, mów sobie zdrowo,
ty wiesz swoje, a ja swoje wiem.
Bo mnie jest szkoda lata
i letnich złotych wspomnień,
Niech mówią: głupi, o mnie, a mnie jest żal.
Za oknem szaro, smutno,
a jeszcze przed miesiącem
Pogoda, zieleń, słońce, naprawdę żal.
To tak jak gdyby ktoś najdroższy nagle odszedł
I zabrał radość, uśmiech, a zostawił łzy.
Bo mnie jest szkoda lata i ludzi żal, i nieba,
Po którym płyną smutne jesienne mgły.
Człowiek pensję ma bardziej niż marną:
tysiąc złotych miesięcznie - niewiele.
Ale w lecie, tych tysiąc, to suma!
Można za nią jak król jakiś żyć.
Słońce grzeje, opala za darmo,
Wisłę gratis masz w każdą niedzielę,
Ptaki dają bezpłatne koncerty,
nawet nie chce się jeść ani pić.
Jesień, owszem, jest piękna, bogata,
bardzo urozmaicona i pełna kolorów.
Ale gdzie, gdzie jesieni do lata,
do lipcowych, sierpniowych wieczorów!
Już niedługo i zima przyleci,
pełna śniegu, zawiei, zamieci.
A mnie w głowie poziomki i głupstwa,
jakiś koncert i Wisła, i las.