Lotne ptaki, drobne ptaki płyną niebem
Co dzień pytają o ciebie
Gdy pewnego dnia nie wrócą już z powrotem
Kto mi rozjaśni tęsknotę
Te linie, te koła kreśliły dziś ptaki
Wysoko krążyły wśród chmur, jasnym migotem swych piór
Od świtu do zmierzchu kreśliły w powietrzu
Przedziwny rysunek na szkle, kontur ginący we mgle
To mój list kreślony skrzydłami
Codzienny, od świtu list
Szukaj więc mych słów w drganiu piór
W jasnym drganiu piór
Lotne ptaki niespokojne przed odlotem
Co dzień szukają twych oczu
Gdy pewnego dnia chmurami się otoczą
Kto mi rozjaśni tęsknotę
Te linie, te koła kreśliły dla ciebie
Więc musisz odczytać ich lot
Musisz odebrać mój list
Od świtu do zmierzchu kreśliły w powietrzu
Przedziwny rysunek na szkle, kontur ginący we mgle
Zdzisława Sośnicka
Za inny dzień, za inną noc
Bogdan Olewicz 👉👉👉
Znów siada na oknie zmrok
Nie widać już nic na krok
To łza spowija świat, jak mgła
Mój czas usycha tak, jak kwiat
Mój czas
Za każdy inny dzień
Za byle jaki sens
Za lekko używane sny
Ja chętnie tobie dam
To, co na sercu mam
I ciepło, które w dłoniach drży
Za każdą inną noc
Za głupich marzeń stos
Za tani, byle szczery gest
Ja pójdę tak, jak w dym
Dziś z tobą, jutro z nim
I wierna będę tak, jak nikt
Jak nikt
Ty grałeś w tę podłą grę
To ty chciałeś w niej zgubić mnie
Za grosz zastawić życie me
Za grosz przekupić czasu bieg
Za grosz, za grosz
Wojciech Skowroński
Gdybyś miał dwa życia
Jerzy Miller
Gdybyś miał dwa życia, mógłbyś jedno z nich
Jak czek bez pokrycia, za pół darmo zbyć
Gdybyś miał dwa życia - jedno życie masz
A to jest różnica, nie móc drugi raz
Gdybyś miał dwa życia, miałbyś jeszcze czas
Inną rolę wybrać niż ta, którą grasz
Gdybyś miał dwa życia - jedno życie masz
A to jest różnica istnieć tylko raz
Mieć jedną twarz i jedno serce
Niepewny los i zmienne szczęście
Niestały czas i może jeszcze
Tych kilka gwiazd na firmamencie
Gdybyś miał dwa życia - jedno życie masz
A to jest różnica istnieć tylko raz
Pomyśl o tym dzisiaj, pomyśl póki czas
Gdybyś miał dwa życia - jedno życie masz
Mieć jedną twarz i jedno serce...
Pomyśl o tym dzisiaj, pomyśl póki czas
Gdybyś miał dwa życia - jedno życie masz...
Już tak od lat
Kołysze się ten świat
Raz deszcz i grad
I znowu słońca blask
A koło toczy się
Czy tego chcesz czy nie
A losem twoim rządzi wiatr
Był czas, gdy chłód
Jak pies się za mną wlókł
Gdy dzień za dniem
Przepływał jak zły sen
Wiedziałam jednak, że
Odejdzie kiedyś pech
A miłość znów zawoła mnie...
Nie raz nie dwa
Wygrywasz główny fant
Nie raz nie dwa
Pechowo idzie gra
A koło toczy się
Lecz dobrze jest czy źle
O jednym zawsze wiedz
Że już następny czeka dzień...
Tam na skraju świata dziwy
Tam na skraju świata cuda
Byli tacy, co wierzyli
że tam dojdą, że się uda
Ledwo przeszli kilka kroków
I za siebie obejrzeli
A jak stali w jednej chwili
W martwe głazy skamienieli
Hej hej dam da da dam da da dam
Stoją tak już od lat, pogrzebani w pamięci
Myśli mają kamienne i sny kamienne mają
I nie wie nikt jak długo we śnie kamiennym trwają
Prędko, prędko baśń się baje
Nie tak prędko koń wyskoczy
Kto zdobędzie wodę życia
Kto kamieniom pryśnie w oczy
Kto im wodą pryśnie w oczy
Kto ich w ludzi pozamienia
Kto ich wreszcie oduroczy
Kto ich zbudzi z odrętwienia
Hej hej dam da da dam da da dam
Stoją tak już od lat, pogrzebani w pamięci
Myśli mają kamienne i sny kamienne mają
I nie wie nikt jak długo we śnie kamiennym trwają
Wielką falą opadł na mnie sen z ciepłych stron
Znów dokoła była piachu biel, lasu woń
Nie budźcie mnie, pozostanie mi żal
Że to sen, tylko sen i więcej nic
Bo choć jest wokół dąb, jasny i pogodny jak dom
Trudno wytłumaczyć, czym był baobab nasz
Niechaj sen niesie mi
Słodki smak tamtych dni
Niechaj dach, z liści dach
Nuci nam swoją baśń
Co mi tam dąb, co mi sto innych drzew
Mogę dać każde z nich za tamten dom
Powiedz mi, kogo z was przygarnęło drzewo pod dach?
Powiedz mi, gdzie podział się dziś baobab nasz?
Przez te moje zrujnowane zęby
Tknąć nie mogę obolałej gęby
Jeść nie mogę, myśleć ani działać
Cały świat mi zmalał
Do rwącego zęba
O zęby
Dlaczego ciągle mnie bolicie?
O zęby
Już przez was mi obrzydło życie
A-a-a
Całe życie męka
Zębiska
Przez was mi dotkliwie we łbie błyska
Zębiska
Przez was nie mogę użyć pyska
Nawet... mać
Nie mogę buzi dać
Pyralgina, gardan
Pyralgina, gardan - nie pomaga
Nawet wódka
Nawet wódka, straszny ból się wzmaga
Zwijam się w męczarniach
Zwijam się w męczarniach, jęczę i kwiczę
Jak postrzelony ktoś
Jak postrzelony ktoś
Ryczę jak ranny łoś
Trzonowe
Ból mi rozsadza głowę
Siekacze
Z boleści przez was płaczę
E-e-e
Jak mnie w paszczęce rwie
Mądrości
Od proszków już mam mdłości
Przez oczne
Majaki mam pomroczne
O-o-o
Jak mnie napieprza to
O-o-o
Jak mnie napieprza to
Zęby, przez was chyba skonam w męce
Rzucę się na linę
Rzucę się na linę lub przekręcę
Zrobię połyk
Zrobię połyk albo się pochlastam
Przez was, zepsute kły
Już toczę krwawe łzy
Najważniejsze - mieć
Najważniejsze - żreć
Najważniejsze - napchać się do syta
Więc, co możesz, łap
Każdy pieniądz - chap
Co tam inni, co Rzeczpospolita
Najważniejsze - mieć
Najważniejsze - żreć
Reszta - fajans, reszta to ciemnota
A jeśli chcesz być
Jak chcesz godnie żyć
To klep sobie biedę, mnie to lata
Bo mnie to lata do końca świata
W piekle czy w niebie
W piekle czy w niebie
Ja zawsze wyrwę coś dla siebie
Tyle biorę, ile dają
Sami się z pieniędzmi pchają
Od początku tego świata
Ktoś z kogoś robi wariata
Może se ryczeć ranny łoś
Ktoś nie spać, aby spać mógł ktoś
Byle chapnąć coś, byle chapnąć coś
Byle chapnąć, chapnąć coś
Łokciem, na chama, boksuj, rąb
Z kopyta, ze łba, w jaja, w ząb
Ktoś nie ma, żeby mieć mógł ktoś
Ktoś nie ma, żebyś ty miał coś
Byś ty miał, musi nie mieć ktoś
Byle chapnąć coś, byle capnąć coś
Byle chapnąć, capnąć coś
Najważniejsze – mieć...
Najważniejsze - mieć
Najważniejsze - brać
Nażreć się, nachlać, beknąć i spać
Robert Rozmus
Marek Koterski
Andrzej Korzyński (komp.)
Idzie lato, wtedy wy
Wyganiacie, porzucacie swoje psy
Oto my, wasze psy
Już niechciane, odtrącone
Niekochane już, zdradzone
Jak te psy, jak te psy
Czy pamiętasz ten lasek w oddali
Gdzieśmy sobie co wieczór biegali?
Czy pamiętasz ten szczególny palik
Gdzieśmy sobie zawsze razem lali?
To my, psy, do schroniska oddane
To my, psy, wywiezione w nieznane
Porzucone daleko od domu
Z dnia na dzień niepotrzebne nikomu
Zostawione przy rozstajnych drogach
Wygłodniałe, na ostatnich nogach
Udręczone tułaczym pragnieniem
Pod nagłego sieroctwa brzemieniem
Przeganiane kamieniami
Znacząc drogę psimi łzami
Powrócimy do was, państwo
By ukarać wasze draństwo
Czy pamiętasz ten lasek w oddali
Gdzieśmy sobie razem wariowali?
Czy pamiętasz to niezwykłe drzewo
Gdzieśmy mieli zwyczaj się odlewać?
My ratlerki i setery
Dobermany, foksteriery
Dogi, wyżły i boksery
Mastify i rottweilery
Owczarki i bulteriery
Ogary i sznaucery
Bernardyny i jamniki
I czau-czauy, i pointery
Buldogi i dalmatyńczyki
Mopsy i pekińczyki
Szpice, charty lub greyhoundy
Pudle i nowofundlandy
Oraz kundle wszystkich ras
Przyszczekamy pomścić nas
Wyrzuciłeś mnie na ulicę
Aż się śmiały ze mnie kundlice
To okrutne, to podłość, zniewaga!
Zawsze twoja - spanielica Aga
Hau, hau, hau
Kto będzie o mnie dbał?
Hau, hau, hau
Kto będzie o mnie dbał?
Hau, hau, hau
Z kim będę rano lal?
My, rozrywkowe psy sezonowe
My, wyrzucone z aut na out
Wykopane z samochodów
Zrzucone z wysokich schodów
Z zadzierzgniętą na szyi pętelką
Z przyczepioną do ogona belką
Przywiązane do latarni
Ludzie, jacyście marni!
Jacyście podli i bezduszni
No, kto mnie posmyra za uszkiem?
Kto mnie po brzuszku podrapie?
Kto poda dłoń mojej łapie?
Jak podam łapę twej dłoni
Ufając, że mnie nie wygonisz
Dzisiaj, gdy życie nędzne jest
I warczy na mnie własny pies
I wszystko gdzieś przepadło
Rozwiało się jak we mgle
Zimą mi zimno, latem gorąco
Jesienią smutno, wiosną źle
Nawet wtedy, gdy rosłem i brzydłem
I już byłem pryszczatym straszydłem
Jeszcze byłem Zamorą, Beatelsami i Zorro
Póki się nie zsunąłem na mydle
Wygrywałem Wimbledon oraz Milę Złotą
Byłem wielkim poetą, dziś jestem miernotą
I dzień każdy stał się dla mnie zmorą
Dziś jestem miernotą
I dzień każdy stał się dla mnie zmorą
A przecież wszystko miało być inaczej
Miało mi być wesoło i poszczęścić się
Teraz byle przeciwność - pogrążam się w rozpaczy
Bez powodu się śmieję, bez przyczyny płaczę
Kiedyś czuć potrafiłem i nienawiść, i miłość
I radości, i smutki, zniechęcenie i chęć
Teraz wszystko się jakoś we mnie wypaliło
Zimno, gorąco, smutno, źle
Teraz najwyżej czasem coś we mnie zawyje
Że znów mi schudły nogi, że żona znów tyje
Że włosy tak wychodzą, a dzieci tak rosną
Zimą, latem, jesienią i wiosną
Źle mi zawsze i wszędzie
Boże, co ze mną będzie ❓❓❓...
Robert Rozmus
Marek Koterski
Amdrzej Korzyński (kompozytor)
Czwarty świat
Spod dna nie słychać już pukania
Jedźmy w świat
Nie nasłuchując stąd wołania
Szkoda lat
Zostają tylko tu frajerzy
W żaden ład
Nikt, kto normalny, już nie wierzy
Samo dno
Z dołu nie słychać już pukania
Zrozum to
Nie masz tu nic już do szukania
Nie ma co
Na lepsze czasy tutaj czekać
Wiejmy stąd
Póki są siły, by uciekać
Byle gdzie
Byle najdalej z tego kraju
Niechaj się
Do reszty tu pozagryzają
Zrozum, że
Tu zawsze będziesz wyruchany
Dzieci swe
Uchrońmy chociaż od przegranej
Czwarty świat
Już beznadzieja dna sięgnęła
Czwarty świat
Polska do reszty utonęła
Czwarty świat
Skończyła się na dole skala
Czwarty świat
Trzeba po prostu wypier...
Pa ra ra
Już nie ma dla nas dobrych dróg
Fa ra ra
Z dołu nie słychać już puk-puk
Fta tpa tpa
Już nawet nie ma sił na łzy
Czwarty świat to właśnie my...
Robert Rozmus
Marek Koterski
Andrzej Korzyński (kompozytor)
Są ludzie, co za punkt honoru
Mają w Marriotcie lub w Victorii
A ja sobie każdego wieczoru
Idę do baru mlecznej kategorii
Niech tam sztywniaki siedzą drętwo przy obrusach
I sztućcach – mnie to obce jest jak belka oku
Ja lubię wymaglować się porządnie w autobusach
I w barze kategorii mlecznej siąść o zmroku
Bo ja uwielbiam bary mleczne w porze lunchu
Czy znaszli drugi kraj, gdzie takie mleczne bary?
Gdzie barostessy głos przedziera się jak krzyk Komanczów
Przez wonny bukiet ścier i kapuścianej pary
Ruskich nie ma – pieści moje ucho
Ruskie się skończyły – chciwie chłonę
Ruskie wyszły – a ja wtedy płonę
Radością i nadzieją, rosnę duchem
I kiedy sęp podżera me kotlety z jajka
A szmatostessa z wiadra chlust pod nogi mi
Ten głos z okienka brzmi jak jakaś bajka
Jak najszczęśliwsze zwiastowanie brzmi
Ruskich nie ma – łowi moje ucho
Ruskie się skończyły – chciwie chłonę
Ruskie wyszły – a ja żyję, płonę
Radością i nadzieją, rosnę duchem
Nic to, że w ustach rosną z kwaśnym serem szare kluski
Nic, że się czujesz, jakby ktoś cię bił po twarzy
Że jesteś kundlem – wszystko jedna chwila zrównoważy
Gdy wreszcie ktoś ogłosi – nie ma ruskich
I choć ostatni konsumenci z baru wyszli
Ja siedzę, kołysany ściery pluskiem
Po to, by kiedy zawołają: Kto chciał ruskie?
Odkrzyknąć: Nikt ich nie chciał, same przyszli
Ruskie wyszły – brzmi mi w uszach jak muzyka
Ruskie się skończyły – słuch mój pije
Ruskich nie ma – spazm radości mnie zatyka
Ruskich już nie będzie – teraz żyję
Marek Kondrat, Marlena Drozdowska Robert Rozmus 👉👉👉👉👉👉👉
Dolary, dolary
Marek Koterski
Dolary, dolary
Dolary, dolary
Landsbery, landsbery, po dwa i po cztery
Dolary
Dolary, dolary dodają mi wiary
Od razu chce mi się żyć
Kiedy nie mam dolarów
To czuję się stary
Tylko wódę pić, żonę bić i wyć
Och, wy wyśnione
Wymarzone, wytęsknione
Me najdroższe, najsłodsze zielone
Dolce, dolce
Jeden dzień z wami lepszy niż dziesięć bez
Dolce, dolce
Bez was się czuję jak przepędzony pies
Dolce, dolce
Kiedy was nie ma, oczy mam pełne łez
Gallia est omnis divisa in partes tres
Dolary, dolary, działacie jak czary
Przegranych zmieniacie w wygranych
Nieszczęśliwych w radosnych
Jesień zmieniacie w wiosnę
Nawet dziwce przywracacie wianek
Och, wy wyśnione
Wymarzone, wytęsknione
Me najbliższe, najsłodsze zielone
Dolce, dolce
Jeden dzień z wami lepszy niż dziesięć bez
Dolce, dolce
Bez was się czuję jak przepędzony pies
Dolce, dolce
Gdy was zdobywam, oczy mam pełne łez
Gallia est omnis divisa in partes tres
Dolary, dolary, dodajecie mi pary
Z wami nawet chce mi się myć
Z wami będę, dolary
Brać się z życiem za bary
Bez was chudnąć lub z wami tyć
Ach, wy wyśnione
Wymarzone, wytęsknione
Warte wszystkiego, najdroższe zielone
Dolce, dolce
Jeden dzień z wami lepszy niż dziesięć bez
Dolce, dolce
Bez was się czuję jak przepędzony pies
Dolce, dolce
Gdy o was myślę, oczy mam pełne łez
Gallia est omnis divisa in partes tres
Dolary, dolary, wy, sukcesu fanfary
W raj zmieniacie najcięższy kicz
Ja przed wami, dolary
Wyśpiewuję akt wiary
Bez was nie żyć lub z wami być
Dolce, dolce
Jeden dzień z wami lepszy niż dziesięć bez
Dolce, dolce
Bez was się czuję jak przepędzony pies
Och, wy wyśnione
Wymarzone, wytęsknione
Me najsłodsze, najdroższe zielone
Dolce, dolce
Jeden dzień z wami lepszy niż dziesięć bez
Gallia est omnis divisa in partes tres
Kiedy byłem malutki
Jak obrazek śliczniutki
Jak pączuszek krąglutki
Sło- sło- słodziutki
Wszyscy się mną zachwycali
Nasładzali i cmokali
Radośnie w dłonie klaskali
Rokowo przepowiadali
Tato mówił - będzie chwatem
Mama - będzie adwokatem
Architektem lub lekarzem
Sławnych nauk luminarzem
Ministrem lub dyrektorem
Albo też ambasadorem
Policjantem lub złodziejem
Lub wszechmocnym czarodziejem
Potem, będąc chłopczykiem
Chciałem zostać lotnikiem
Strażakiem, generałem
Królem nad światem całym
Wszechmocnym czarodziejem
Policjantem, złodziejem
Piłkarskim napastnikiem
Jestem nieudacznikiem
Nikim, nikim!
Kiedy byłem malutki
Jak obrazek śliczniutki
Wywróżono mi przyszłość
Świe- świe- świetlaną
Skoro jesteś milutki
I jak pączek krąglutki
To na pewno kimś wielkim
Zo- zo- zostaniesz
Ileż razy to w myślach
Osiągałem wszystko
Nic z tego nie zostało
Nie chce wierzyć się
Udało mi się tylko
Nie być komunistą
Zimno, gorąco, zimno
Gorąco, smutno, źle
Kiedyś była miłość wiosną
Kiedyś zboże latem rosło
Kiedyś była jesień w dymach
Kiedyś śnieżki były zimą
Gdzież się nagle to podziało
Cóż się nagle ze mną stało
Że teraz tylko zielono-biało
Zielono-biało...
Marlena Drozdowska
Miłość handlarki obwoźnej
do pirata kasetowego
Marek Koterski
Wiosna przyszła przeważnie mroźna
Wiatr wiał raczej nie do ustania
Ona była handlarka obwoźna
On sprzedawał pirackie nagrania
Czułam się już jak taśma zdarta
Od uczenia tych głupków w szkole
Dość już mam Kierkegaarda i Sartre'a
Ja państwową posadę chromolę
Zakochałam się jak idiotka
Wprost formalnie straciłam głowę
Ja trzymałam swój towar na schodkach
On rozłożył swe łóżko polowe
Zakochałam się jak idiotka
On zakochał się jak idiota
Gryzłam Marsa i byłam słodka
On na szyi miał kilo złota
Teraz słonko nam zaświeci
Będziemy mieć forsy jak śmieci
Jak się podstawi, to naleci
I będziemy mieć tłuste dzieci
Będziemy mieć kupę szmalu
W życiu sobie każdy kowalem
Złapię wszystko, co podleci
Zgarniem cały szmal, jak leci
Będziemy mieć fury kurzu
I w ogóle wszystkiego dużo
Minął czerwiec, lipiec upalny
Już rządziliśmy razem ulicą
Aż tu nadszedł ten dzień fatalny
Obok tamta stanęła z pizzą
On był odtąd przeważnie bania
O mnie przestał czynić starania
Ja czekałam jego wyznania
A on tylko z kasety - niestety
Przyszła jesień - czas opadania
Jemu miłość przeszła od stania
Wiatr i deszcz chłostały ulicę
On napalił się na tę pizzę
Coraz dalej stawał od mych schodów
Łóżko bliżej rozkładał hot dogów
I zostawił mnie tak na ulicy
A sam odszedł z łóżkiem do tej pizzy
Jej pirackie puszcza nagrania
A ja chrypię jak taśma zdarta
Nogi cierpną od zimna i stania
Lecz chromolę już uczyć w szkole
Ja Forsytha już wolę niż Sartre'a
I handlarką obwoźną być wolę
Jej pirackie puszcza nagrania
A ja chrypię jak taśma zdarta...
Obwieszona jucznymi sakwami
Z pętającym się psem pod nogami
Z wyrwanymi przez dzieci rękami
W głowie huczy i mgła przed oczami
Taranując siatami, torbami
Oto idę - polska wielbłądzica
Blok mą jurtą, pustynią ulica
Sklep oazą, bazar żerowiskiem
Kroczę z czujnym i zaciętym pyskiem
Klnąc i modląc się do Matki Boskiej
Crazy Polish camel, crazy Polish camel
Crazy Polish camel, dromader Piotrkowskiej
Raz w tygodniu mąż się na mnie zdyszy
Czasem płacz mój sąsiadka usłyszy
Gdy zepsuty zamilknie odkurzacz
Czasem nienawidzę - Boże, przebacz
Wracam do tej betonowej grozy
I nawet nie mam powiedzieć komu
Że chciałabym dostać takiej sklerozy
Żeby zapomnieć drogi do domu
Gdyby mnie tak jeszcze ktoś pokochał
Ktoś ładny, dobry i bogaty
Najlepiej bym chciała Włocha
Żeby mi przynosił kwiaty
Woził mnie w dalekie kraje
Pływał ze mną w ciepłych morzach
Choć się trochę wody boję
I obawiam się podróży
Gdybym tylko była pokochana
Zamilcz, serce - to fatamorgana
Zamilcz, serce, już piąta godzina
Czas pocieszyć mojego kretyna
Czas nakarmić i oprać bachory
Żeby zdążyć przed telewizorem
Więc se lezę na ostatnich nogach
Wyrąbuję se drogę łokciami
Gil przy nosie i robię bokami
Po wielbłądziu przeżuwam hot doga
Tak się czuję, jakbym szła do kozy
Tylko, błagam, nie mówcie nikomu
Że chciałabym dostać takiej sklerozy
Żeby zapomnieć drogi do domu
Idę, waląc obcasami...
M. Koterski, M.Drozdowska, A. Korzyński (komp.)