Тайная вечеря Ostatnia wieczerza Osip Mandelsztam
Stanisław Barańczak
Niebo wieczerzy wtuliło się w ścianę –
Blask rys i pęknięć bólem ją rozjarzył –
I rozjaśnione, gdzieś w niej zapodziane,
Przeobraziło się w trzynaście twarzy.
Więc to jest niebo, niebo mojej nocy –
Stoję tu przed nim jak dziecko posłuszny,
Po plecach biegnie dreszcz i bolą oczy,
I słyszę głuchy grzmot, co mury kruszy.
Pod każdym ciosem twardego tarana
Ze ściany sypią się gwiazdy bezokie –
I trwa wieczerza w gęstniejących ranach,
Niedokończony fresk syci się mrokiem...
Trwał dzień o pięciu głowach. Już piątą dobę malałem.
Dumny zarazem z przestrzeni, że jak na drożdżach urasta.
Sen był starszy niż słuch, słuch był starszy niż sen.
A za nami na lejcach jamczyska ciągnęły się drogi i miasta
Trwał dzień o pięciu głowach; w tańcu obłędnym i krzywym
Czarna po wierzchu masa wlokła się pieszo i konno.
Białe noce – nie, noże! Aortą szły rozszerzoną,
A oko się zmieniało w mięso pokłute igliwiem.
Choć cal błękitu morza mi dajcie, choć tyle co w igielnym uchu,
Niech czas konwojowany w żagle nabierze podmuchu.
Trwał dzień o pięciu głowach. Już piątą dobę malałem.
Dumny zarazem z przestrzeni, że jak na drożdżach urasta.
Sen był starszy niż słuch, słuch był starszy niż sen.
A za nami na lejcach jamczyska ciągnęły się drogi i miasta
Choć cal błękitu morza mi dajcie, choć tyle co w igielnym uchu,
Niech czas konwojowany w żagle nabierze podmuchu.
Białe noce – nie, noże! Aortą szły rozszerzoną,
A oko się zmieniało w mięso pokłute igliwiem.
Trwał dzień o pięciu głowach; w tańcu obłędnym i krzywym
Czarna po wierzchu masa wlokła się pieszo i konno.
Nie motylem mączystym i białym
Zwrócę ziemi prochy pożyczone.
Chcę przemienić się myślącym ciałem
W mego kraju ulice i domy –
Tym kręgowym i zwęglonym ciałem,
Które miary swojej jest świadome.
Woła ciemną zielenią igliwie
I głębokie są iglaste wieńce –
Studnie, z których czas się wydobywa;
Na śmiertelnym wsparte postumencie,
Tkwią okrągłe jak alfabet wieńce,
Orderowe obręcze igliwia.
Czeka w niebie surowym robota:
Szły zmieszane poborowych szyki
I dźwigała milcząca piechota
Karabinów podniebne okrzyki.
I mierzyły w zenit luf tysiące –
Oczu piwnych, błękitnych, zielonych –
Ludzie, ludzie, ludzie szli bez końca –
Lecz kto będzie dalszym ciągiem po nich?
Куда мне деться в этом январе... Irina Pieskowa, Sklep z Ptasimi Piórami, Halina Wyrodek Gdzie mam się podziać w tym styczniu przeklętym Osip Mandelsztam - Stanisław Barańczak Gdzie mam się podziaćw tym styczniu przeklętym?
Otwarte miasto czepia się obrzydle...
Może mnie upił widok drzwi zamkniętych?
- Wyć się chce: wszędzie zasuwy i rygle.
I te pończochy rozszczekanych przecznic,
I te spiżarnie wykrzywionych ulic:
Zza wszystkich rogów wrogów niebezpiecznych
I w każdym kącie końca oczekuję.
I w dół porosły brodawkami mroku,
Ślizgam się, brnąc ku pompie oblodzonej,
I łykam martwe powietrze w rytm kroków,
I gorączkują się gwarne gawrony.
A ja na ziemi jęczę i złorzeczę,
Potknąwszy się o czyjś zgubiony chodak:
- Niech ktoś przeczyta! doradzi! uleczy!
Niech choć zagadnie na kolczastych schodach!
Recytuje Krzysztof Kolberger
Choć raz jeden szczery będę -
To już wiele:
Wszystko brednie, sherry-brandy,
Mój aniele.
Gdzie złociła greckie dzieje
Chwalba światła,
Na mnie z czarnych dołów zieje
Hańba świata.
Gdzie Helena, greckim morzem
Usypiana -
Tam mnie w usta tylko może
Chlusnąć piana!
Nicość wargi mi namaści
Słonym smakiem,
Nędza mi pokaże - naści! -
Figę z makiem.
Tak czy siak - czy nic, czy wiele -
Wszystko jedno -
Pij coctaile, mój aniele,
Żłop, królewno!
Choć raz jeden szczery będę -
To już wiele:
Wszystko brednie, sherry-brandy,
Mój aniele! Wanda Warska - muzyka Andrzej Kurylewicz
Ewa Wnukowa - Cherry brandy - muzyka Zbigniew Raj
Kiedy zaczyna się uśmiechać dziecko,
Mieszając w ustach i gorycz i słodycz,
Krańce uśmiechu stają się ucieczką
W oceaniczną głębinę swobody.
Więc się uśmiecha błogo i bez słowa.
Warg kącikami nurzając się w sławie –
I mocnym ściegiem zszywa nić tęczowa
Ciągle od nowa poznawaną jawę.
Kontynent wstał na łapy, wysunął się z wody –
Ostrygi ust zbliżenie, przenikanie –
I bije w oczy ten błysk Atlasowy:
Chwila, gdy jawnym cudem ta jawa się stanie.
I smak, i barwę przestrzeń utraciła,
Kontynent łukiem grzbietu wynurzył się z wody.
Ostryga ust rozwartych w uśmiechu zalśniła,
Ich oba końce tęcza połączyła
I prosto w oczy bije ten błysk Atlasowy.
Ja, uzbrojony we wzrok wąskich os,
Co w oś, oś ziemską wpiły się żądłami,
Przeczuwam wszystko to, co da mi los,
I wszystko znam - na próżno i na pamięć.
Nie dla mnie mowa farb, nie dla mnie śpiew,
Nie dla mnie wodzić smyczkiem czarnogłosym:
Ja tylko w życie wpijam się i śmiem
Zazdrościć chytrym i potężnym osom.
O, gdyby mnie, gdyby i mnie choć raz
Udało się, wbrew śmierci i senności,
Przez świergot lata i przez słońca blask
Słyszeć zgrzyt osi ziemskiej, ziemskiej osi...
Это какая улица? A to jaka ulica? Osip Mandelsztam - Stanisław Barańczak
A to jaka ulica?
Ulica Mandelsztama.
Co za nazwisko miał ten człowiek,
Czy je obracać tak, czy owak -
Pokrętność wciąż ta sama.
Umykał z dróg prostolinijnych,
Unikał bieli dusz lilijnych -
No i dlatego ta ulica,
Czy może raczej - jama,
Nazwana jest imieniem tego
Osipa Mandelsztama.
Wokół kotła raz i dwa
Dobra rada nie jest zła
Raz i dwa, i znowu w krąg
Nie oszczędzaj, siostro, rąk!
Zgniłych kiszek wrzucam kłąb
Skisłą krew i smoczy ząb
Ja ropuchę, która tkwi
Od trzydziestu jeden dni
Pod kamieniem, sącząc jad
Już on się na twardo zsiadł
Prędzej, prędzej, skończmy z tym
Parska kocioł, bucha dym
Prędzej, prędzej, skończmy z tym
Parska kocioł, bucha dym
Żywcem kładę węży zwój
Język psa i trupi łój
Żabie oko, gacka puch
I ciężarnej małpy brzuch
Żądło żmii, tuzin wszy
Teraz, siostro, gotuj ty!
Prędzej, prędzej, skończmy z tym
Parska kocioł, bucha dym
Prędzej, prędzej, skończmy z tym
Parska kocioł, bucha dym
Smoczą łuskę, wilczy kieł
Dwa tuziny tłustych pcheł
Udo mumii, dalej żółć
Którą rekin w pysku żuł
Blekot, korzeń mandragory
Który krzyczy do tej pory
I cmentarnych cisów liść
I cykuty zżółkłą kiść
A ponadto sześć paluszków
Dzieci, uduszonych w łóżku
Wargi Turka, nos Tatara
I wątrobę, choć już stara
A dla smaku zawiesiny
Splunę w kocioł resztką śliny
Prędzej, prędzej, skończmy z tym
Parska kocioł, bucha dym
Studźmy teraz krwią babona
Zupa musi być czerwona
Czarci zapach - ależ tak!
Wyśmienita - brawo, brawo
Przyrządzona z dużą wprawą
Każda z nas dostanie coś
Jakiś ochłap albo kość
Teraz, siostry, wokół kotła
Pląsy zwiewne... Gdzie jest miotła?
Ja zatoczę pierwszy krąg
Nie oszczędzaj, siostro, rąk!
Cicho, czart do bramy puka
Wiem to po swędzeniu kciuka
Otwórz, siostro, otwórz drzwi
To ktoś grzeszny, to ktoś zły
Gdzież jest ów jęk, przykuty, spętany Gdzie Prometeusz - skały podpora i pomoc?
I gdzie sęp - żółtooki i niespodziewany
Nalot spode łba spadających szponów?
To się nie zdarzy, to się nie zdarzy
Tkwię w pajęczynie, świetlistych promieni
Czarnych kędziorów, jasnych loków
Ludziom potrzebne - światło i błękit przestrzeni
Śnieg Elbrusa, biel obłoków
To się nie zdarzy, to się nie zdarzy
Ale tych walk napierająca fala
Ten napór warg prowadzi do
Samego sedna, Ajschylosa - tragarza
Sofoklesa - drwala
To się nie zdarzy to się nie zdarzy
To - echo, echo, powitanie
To milowy kamień – nie lemiesz.
Teatr dziejów kamienno-powietrzny
Powstał z miejsc -
Wszyscy, wszystkich chcą objąć oczami:
Narodzonych, skazanych,
Mających żyć wiecznie.
Anna Szałapak Niech pan zajmie mi miejsce Stanisław Barańczak
Niech pan to miejsce trzyma dla mnie, ja tu wrócę
Między tych z samogonem, a tych z samochodem
I może obie strony odmówią mi wstępu
Z oczu bliźniaczo obcych ten sam zabrzmi wzrok:
Chociaż cię ranimy
Chociaż cię ranimy
Ale cię chronimy
Ale cię chronimy
Nie pomoże ucieczka w podróż, w sen, czy w siebie
Między tytułowanych, a tatuowanych
I tak powrócę, panie, bo jedni i drudzy
Gdzieś z pokrewnego środka i skandują tę krew:
Choć cię kaleczymy
Chociaż tratujemy
Ale cię leczymy
Ale ratujemy
He, she, all of them—yea,
Treble and tenor and bass,
And one to play;
With the candles mooning each face. . . .
Ah, no; the years O!
How the sick leaves reel down in throngs!
They clear the creeping moss—
Elders and juniors—aye,
Making the pathways neat
And the garden gay;
And they build a shady seat. . . .
Ah, no; the years, the years,
See, the white storm-birds wing across.
They are blithely breakfasting all—
Men and maidens—yea,
Under the summer tree,
With a glimpse of the bay,
While pet fowl come to the knee. . . .
Ah, no; the years O!
And the rotten rose is ript from the wall.
They change to a high new house,
He, she, all of them—aye,
Clocks and carpets and chairs
On the lawn all day,
And brightest things that are theirs. . . .
Ah, no; the years, the years;
Thomas Hardy
Down their carved names the rain-drop ploughs.
Gdy wiatr i deszcz Stanisław Barańczak
Ci tam, stojący przy pianiście –
On, ona wszyscy: sopran, tenor,
Bas; ulubione ich piosenki;
Świece wbrew cieniom
Jasne, wbrew dniom żywe dźwięki… –
Czyż ktoś im rzekł, że lat bieg… –
Jakim tłumem kołują, lecą chore liście!
Ci tam, przycinający krzewy –
Starsi i młodsi – brzegi ścieżek
Oczyszczający z mchu starannie;
Warstewka świeżej
Farby na ławkach i altanie… –
Czyż ktoś z nich zgadł, że bieg lat… –
Spójrz, spójrz, jak tną skrzydłami burzę białe mewy!
Ci, na polanie w dzień gorący –
Chłopcy, dziewczęta – obrus w cieniu,
Śniadanie wydobyte z koszy –
I, w rozbawieniu,
Śmiech, kiedy pies wiewiórki płoszy… –
Czyż ktoś im rzekł, że lat bieg… –
Mur odarty z róż, z resztek ich przegniłych pnączy.
Ci tam, z ufnością tak olbrzymią –
On, ona wszyscy – przez trawniki
Nowego domu taszczący stół, kilim
Dwa foteliki –
Co najlepszego w życiu zgromadzili… –
Czyż ktoś z nich zgadł, że bieg lat… –
Deszcz spływa w rowki liter w kamieniu, ich imion.
Całe życie przed tobą, spójrz; cały świat czeka
na ciebie tą poczekalnią, twarzą tego człowieka,
który zasnął nad stołem z rozlaną kałużą piwa,
nieogolony i zmięty; przed tobą całe i obce
życie, na stos śpiącego ciała zwalone w poprzek
twego spojrzenia - i jest; i żyje; i żyjąc - wzywa
ciebie. Czy to jest właśnie to, czegoś się spodziewał?
Czy rodząc się, mogłeś wiedzieć, żeś tylko w jedno się przedarł
życie - że cała reszta czeka cię, obca i żywa?