Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kulinaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kulinaria. Pokaż wszystkie posty

Duszone kartofle na zimę - Andrzej Brzeski


Duszone kartofle na zimę

Andrzej Brzeski


Kiedy sejm jak w kiepskiej rewii śpiewa cienko
Ty posmaruj tłuszczem swej patelni denko
Gdy marszałek o powałę wali lachą
Do słoninki dodaj kminku i kiełbasy
Gdy posłowie z miną smutną
Rąk podniosą równy las
Ty patelnię spokojniutko wstaw na gaz

Duszone kartofle na zimę
Potrawa najprostsza pod słońcem
Gdy rząd cię zaprasza w maliny
Ty wybierz to danko gorące, pachnące
Duszone kartofle na zimę
Wystarczy je dobrze posolić
A taki z nich bije optymizm
Że bajką się staje gołoledź

Gdy tarmosi się liberał z narodowcem
Szczyptę wrzuć tartego sera, kroplę octu
Gdy oszołom z fanatykiem dyskutuje
Ty zamieszaj dobrze i niech się gotuje
Kiedy lewak z monarchistą
Swój ostatni stacza bój
Dodaj czystej by aromat miały swój

Duszone kartofle na zimę...

Kiedy Krzysio dekomunizuje Grzesia
Dodaj czosnku, łyżkę weź i dalej mieszaj
Gdy katolik agituje protestantkę
Gram papryki i lubczyku wsyp do garnka
Niech się kiszą w swoim stadle
Rwąc na strzępy każdy kęs
W twoim garnku każdy składnik ma swój sens

Duszone kartofle na zimę...

Bulbes - Roman Kołakowski


Justyna Steczkowska - Bulbes - Jontef

Roman Kołakowski

Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek,
Piątek, sobota, niedziela - bulbes!

Zuntik - bulbes! Montik - bulbes!
Dinstik un mitvokh - bulbes!
Donershtik un fraytik - bulbes!
Shabes in a novene - a bulbe kugele!
Zuntik - vayter bulbes!

W naszym kraju dola taka,
Nie ma kuchni bez ziemniaka,
Bo jak się człowiek natyra
Ziemniak, kartofel lub pyra,
Czy to szabas, niedziela, czy świątek-piątek,
To jest posiłku początek.

Broyt mit bulbes! Fleysh mit bulbes!
Varme un vershere - bulbes!
Ober un vider - bulbes!
Eyn mol in a novene - a bulbe-kugele!
Zuntik - vayter bulbes!

Gdy nadchodzą trudne czasy,
Kartofelki bez okrasy
Same na stole zostają,
Cieszą się ci, co je mają,
Bo dla Żyda biednego i biednego goja
To sił do pracy ostoja.

Zuntik - bulbes! Montik - bulbes!...

Obraz: Albert Samuel Anker

Kartoflanka z grzybami - Mordechaj Gebirtig

Kartofl-zup mit shvomen - Kartoflanka z grzybami

Mordechaj Gebirtig - Jacek Cygan

- Na obiad dzisiaj co mi dasz?
Rzekł Josele do mamy.
- Bo ja mam chętkę dzisiaj na...
Kartoflankę z grzybami!

- Ach, co za chucpa, jak on śmie.
Ja robię zupę z czosnku!
A jemu grzybki marzą się
I kartofelki w środku!

Kartofle rób dla Josele
I najstarszej córki Sosele,
Bo jaśnie państwo ucztę robić chcą!
Z niewinną minką proszą cię,
A ty biedna matko, staraj się,
A w kieszeni mam ostatni grosz!

- Na obiad dzisiaj co nam dasz?
Sosele pyta mamy.
- Bo ja mam dzisiaj chrapkę na...
Rosołek z farfelkami!

- Ach, co za chucpa, łapcie mnie,
Rosołek jej smakuje!
Na wodzie czosnek dzisiaj zjesz,
I też się nie otrujesz!

Kartofle rób dla Josele,
I farfelki gnieć dla Sosele,
Bo jaśnie państwo ucztę robić chcą!
No, a najmłodsza Chajele,
Jak księżniczka jakaś jeść wciąż chce,
A ja w domu mam ostatni grosz!

- Na obiad dzisiaj co nam dasz?
Chajele pyta mamy.
- Bo mnie się, mamo, marzy bób
Z pysznymi kluseczkami!
- Ach, co za chucpa, mówię wam.
Kluseczek z bobem żąda,
Ja ci czosnkowej zupy dam
I też nie będziesz głodna!

Kartofle rób dla Josele,
I farfelki gnieć dla Sosele,
A jeszcze Chaja męczy mnie o bób!
Jak nakarmić gęby trzy.
Każda co innego chciałaby!
Mąż i tak pracuje już za dwóch!

- Na obiad dzisiaj co nam dasz?
Mąż właśnie wpadł do kuchni.
- I czemu złość w swych oczach masz,
A dzieci takie smutne?

- Oj, mężu, mężu, rozsądź sam,
Bo stanie się nieszczęście!
Czosnkowej zupy pełen gar,
A żadne jeść jej nie chce!

Kartofle rób dla Josele,
I farfelki gnieć dla Sosele,
A jeszcze Chaja coś wymyśla wciąż.
Czy to nasze dzieci są,
No bo czosnku nawet nie chcą tknąć!
Powiedz, mężu, skąd mam na to wziąć?
Oj, powiedz mężu, skąd mam na to wziąć!

Fot. 1, 2 - Roman Vishniac

Leniwe - Wojciech Młynarski


Wojciech Młynarski
Leniwe


Powiedziała tylko słowa trzy
Leniwe proszę odebrać
I poczułem, że coś we mnie drży
Że mną trzęsie jakaś febra
Że się dobry los uśmiecha znów
I kojarzy mnie szczęśliwie
Z tą, co trzech używa tylko słów
Proszę odebrać leniwe

Za mną ogonek nabiałowych dań spragniony
Powtarza, rusz się pan, cholera
A ja tak stoję nieprzytomny, zapatrzony
I nie odbieram, nie odbieram

W końcu ktoś mnie lekko popchnął w bok
Czyniąc miejsce konsumentom
A po chwili pchałem się przez tłok
By zamówić porcję następną

A wszystko po to, by ją zobaczyć znowu
Jak miesi twaróg, czy smaży sadzone
Żeby usłyszeć jakieś inne słowa
Nieoficjalne i mniej wymuszone
W dwa dni przytyłem w lędźwiach oraz w barach
W trzy dni zmieniłem kategorię wag
Bo u nas pysznie karmią w mlecznych barach
I wszystko dla niej, a ona – ach

Mówi ciągle tylko słowa trzy
Leniwe proszę odebrać
A ja czuję, ze cos we mnie drży
Ze mną trzęsie jakaś febra
No bo wiem, ze gdy się do niej znów
O następną porcję zgłoszę
Nie usłyszę nic, prócz znanych słów
Leniwe odebrać proszę

Za mną ogonek nabiałowych dań spragniony
Powtarza, patrzcie – nałogowiec
A ja tak stoję nieprzytomny, zapatrzony
I błagam, coś nowego powiedz

A ona nic i tylko patrzy tak
Jak Marks na klasowych wrogów
Więc co robić, gdy mi sił już brak
Pyta smutny amator pierogów

Jak wygrać w San Remo - Wojciech Młynarski


Michał Bajor

Jak wygrać w San Remo

Wojciech Młynarski

Bierze się wprzód garść sporą nut
Dojrzałych w słońcu Toskanii
Przepyszne wprost nuty na sos
Dodaje się do kompanii
I garści pół rozlicznych ziół
Sypiesz w kamionkę rozgrzaną
Aby tak, tak dał pieśni smak
Estragon i oregano

Oto przepis kuchenno-wokalny
Prosty przepis na włoską piosenkę
Niewymyślny, lecz i niebanalny
Bo śpiew, kuchnia i życie jest pięknem
A kto zna twórczości kulisy
Niech wie, gdybym uporał się z termą
To na włoską piosenkę przepisem
Mógłbym wygrać festiwal w San Remo

Więc proszę mnie nie sądźcie źle
Że z kraju zup zawiesistych
Wędruję tam, gdzie radość mam
Dla podniebienia turysty
Wędruję rad, gdzie zmierzchem świat
Szaleje szałwią i miętą
I dania cud mam z włoskich nut
Przy dzbanku wina z Sorrento

Oto przepis na włoską piosenkę
Bo mnie takie odkrycie olśniło
Że śpiew, kuchnia i życie jest pięknem
No i miłość, i koniecznie miłość
Niech więc piosenka ma z losem igra
Ale co zachowałem na puentę
Ona błyśnie i w San Remo wygra
Gdy ma wszystkie składniki al dente

Oto przepis na przebój po włosku
Splot miłości, spaghetti i wina
Więc go sobie zanućcie po prostu
I darujcie, że coś przypomina
Niech San Remo ten przebój rozkręci
Wszystkim swym konkurentom da radę
Więc go skryjcie w serdecznej pamięci
I śpiewajcie go, kiedy odjadę...

Obrazy: Barbara Rosbe Felisky

Polonez o polskich zupach - Wojciech Młynarski


Wojciech Młynarski
Polonez o polskich zupach

Darmo pojąć chce niestety
Cudzoziemskich trzpiotów grupa
Jak rozliczne ma zalety
Staropolska, tęga zupa
Któraż z uciech tego świata
Z tą uciechą zrównać da się
Gdy cię kapuśniaku woń zalata
Albo żuru, żuru na kiełbasie
Lub gdy wrzący barszcz nad ranem
Lejesz w trzewia skatowane
Choć przed małą chwilą jeszcze
Telepała cię zimnica
Cierpiętnicze nikną dreszcze
Dumne oko lśni jak świca
Hej, grochówko, złota pani
W sukurs nam przychodzisz w znoju
I jak balsam działasz na organizm
By jak wprzódy gotów był do boju
Roztomiły barszczu z rurą
Bez cię życie jest torturą
Warto dzban siwuchy walnąć
By nad swojskiej zupy michą
Przeżyć nieprzetłumaczalną
Rozkosz polską, rozkosz cichą
Niech się humor wam poprawi
Zwłaszcza, że panowie, panie
Ten mój cały wywód, który sławi
Dobroczynne polskich zup działanie
W dumny morał się obraca
Setki lat już mamy kaca

Rosołek - Stefan Friedmann


Alibabki - Rosołek

Stefan Friedmann

Siedzi z bratem brat przy stole
Siedzi z bratem brat przy stole
I wypada po rosole
Na każdego z dwóch
Dobry rosół, gdy gorący
Dobry rosół, gdy gorący
Więc go odgrzać każdy chcący
W piecu zgasło już

Iść po drzewo każe babka
Iść po drzewo
Gdy na rosół taka chrapka
A na dworze mróz
Nie ma rady, kto chce jeść
Nie ma rady, kto chce jeść
Musi drewno do dom wnieść
Wzięli topór oraz nóż
Zimno, w lesie ciemno
Wzięli topór, nóż

W ciemnym lesie przystanęli
W ciemnym lesie przystanęli
O rosołku pomyśleli
Co miał wiele ócz
Czas się wlecze, czas się dłuży
Czas się wlecze, czas się dłuży
A na dwoje babka wróży
Bo ich było dwóch

Wtem się wrota otwierają
Otwierają
A w nich staje, zamiast stają
Tylko jeden zuch
Co się stało z twoim bratem
Co się stało z twoim bratem
Czy mam ciebie nazwać katem
Zaraz wszystko mów!

Brat mój przyjdzie trochę później
Brat mój przyjdzie trochę później
By przy stole było luźniej
Po co taki ruch?
Babka rosół mu nalała
Babka rosół mu nalała
Siwą główką pokiwała
Zjadaj i bądź zdrów

Lecz gdy łyżkę zjadł rosołu
Zjadł rosołu
Już nie podniósł się od stołu
Zaszkodziło mu
W małej chatce gdzieś pod lasem
W małej chatce gdzieś pod lasem
Babka gulasz robi czasem
Nie przychodźcie tu...

Po kompocie - Jeremi Przybora

Igor Śmiałowski, Jeremi Przybora - Po kompocie

Gdzie ta chwilka, gdy pospołu
zasiadaliśmy do stołu
twarzą w twarz?
Gwar sąsiadów, czar sąsiadek…
Gdzie ta chwilka, ten obiadek
śliczny nasz?

Po kompocie! Po kompocie!
Po chlupocie
śliw i grusz.
Po kompocie, po kompocie,
po kompocie już!

Gdzie ta chwilka mknąca bosko,
gdy spojrzenie po żydowsku
karp nam słał?
W szronie białym stała czysta,
a kawiorek, oczywista,
w lodzie stał.

Po kompocie! Po kompocie!
Po pozłocie
vol-au-vent.
Po kompocie. Po kompocie.
Un petit peu navrant…

Gdzie ten móżdżek, co na grzance
mądrzył się, a w filiżance
kraśniał barszcz?
Pierś bażanta, gorycz wina…
I ta z vis-à-vis dziewczyna!
I ten farsz!

Po kompocie! Po kompocie!
Po pieszczocie
wonnych mięs.
Po kompocie, po kompocie…
Ot, i łza u rzęs.

Gdzie ta chwila po toastach,
lekka, jak złotego ciasta
lekki puch?
I już kompot! Moi złoci!
Jak to? Jak to? Już kompocik?
Wszelki duch!

Po kompocie! Po kompocie!
Po odlocie
z tortów róż!
Po kompocie, po kompocie…
i w tęsknocie już!

Gołąbki w pomidorach - Jeremi Przybora


Alina Janowska
Gołąbki w pomidorach

Jeremi Przybora

Mija wiosna, mija lato
A ja nic nie powiem na to
Choć zmilkł słowik
I skowronek z nieba znikł
Przyjdzie zima i jej ziąbki
Lecz ja zawsze mam gołąbki
I gołąbków nie odbierze mi już nikt

Gołąbki w pomidorach
Skrzydełka kapuściane
Zwijane, zanurzane
W aromatyczny sos
Gołąbki w pomidorach
Ech, mięsem wy nadziane
Łączycie smaki znane
W szczęśliwy, wspólny los

To cóż, że tylko mięso, tomat i kapusta
Gdy wzrok się szkli z rozkoszy mi
Zaledwie was umieszczę w ustach

Gołąbki w pomidorach
Ptaszyny kulinarne
Me słowa są zbyt marne
Nie sprosta wam mój głos

Owszem, będzie i mężczyzna
Co nim wyzna mi, to przyzna
Że ma słabość do gołąbków tak jak ja
Gdy otworzę jemu kuchnię
I ten zapach z kuchni buchnie
Usta złączy nam piosenka wspólna ta...

Obiad rodzinny - Wojciech Młynarski


Wojciech Młynarski - Obiad rodzinny

Nie ma nic milszego, niech, kto chce, mi wierzy,
niż rodzinny obiad w sielskiej atmosferze,
obrus świeży leży, 
starsi znad talerzy 
do młodzieży szczerze szczerzą się.
Wujek Leon z punktu ku kuzynkom czterem
z odpowiednim  zmierza żartem czy duserem,
dziadzio je z orderem, 
kuzyn z propellerem,
ciocia tartym serem sypie w krąg.

Tak co dnia 
obiad trwa, 
wdzięków moc
w sobie ma.

Obserwować można choćby z przyjemnością,
jak się wujek Leon zawsze dławi ością,
czyni to z godnością,
rzeczy znajomością,
wuj z natury powściągliwy jest.

A ciotunia w każde danie wciąż
sypie ser, tarty ser, żółty ser,
bo pasuje do wszystkiego tarty ser,
czasami kuzyn, co ma propeller,
twierdzi, że to jest nie fair.
A dziadunio tak zabawnie gryźć
umie wąs, prawy wąs, prawy wąs,

bo przeszkadza mu w konsumpcji, prawy wąs,
kuzynki mają przez to oczopląs,
nie chcąc sosów tknąć ni miąs!
Bo jak się na dziadzia zapatrzą to ... przepraszam.

Ciocia kiedyś chciała  skonać na anewryzm,
bo dziadziowi nagle order wpadł w hors d'oeuvre'y
i na pół go przegryzł, podśpiewując: 
"Everybody loves somebody, smaczne to!".
Tak to w atmosferze sielskiej i intymnej
zwykł przebiegać zwykle obiad nasz rodzinny,
wuj się dławił siny,
kuzyn robił miny
i ciociny tarty ser mdlił nas.

Mdliłby tak 
do dziś dnia,
gdyby nie sprawa ta....

Że raz dano zraz czy bitki zdobne w nitki,
a do zrazu zrazu chrzan, a potem grzybki,
no i przez te grzybki, 
chłód rodzinnej kryptki
nazbyt szybki dał obiadkom kres...

Butelki dno - Andrzej Jarecki


Whiskey dopita - Butelki dno

Andrzej Jarecki


Po kompocie już i herbata tuż, tuż
Więcej ani rusz, więc widelec, nóż złóż
Wyczerpana karta dań
Ukłoń się, od stołu wstań
Puste świeci szkło, to butelki dno już

Mam na mały kęs wędlin albo mięs chęć
Może zimny drób, indyk, kaczka lub gęś
Mogłoby też być też coś z ryb
Lecz to już niestety rypnęło się wszędzie
Więcej nie będzie styp

Żegnajcie mi kotlety i pasztety
I ty co nie raz
W sosie jak nelsoński zraz
Tak umilałeś uczty czas
Już nie rób mi tu apetytu
Żegnaj, schabie, cześć
Pal to sześć, dajcie zjeść
Z okna kitu

Mam na mały kęs wędlin…

Witajcie zupki, groszki i twarożki
I ty też co grasz
Rolę sznycla z jaj i kasz
A smak podeszwy starej masz
Za wieprzowiną łzy me płyną
Z gardła rwie się krzyk
No to cyk, dajcie łyk
Wina, wino

Po kompocie już…

La, la, la...
Którą tu widzicie zowią Mają
Wszyscy Maję znają i kochają
Puste świeci szkło, to butelki dno już

Kakadu - Jeremi Przybora

Chór Czejanda - Kakadu

Jeremi Przybora


Świat wytworny w „Złotej Kakadu”
swoje ma rendez-vous.
Na obiadek czy śniadanie
mkną panowie tam i panie,
bo to jest gastronomiczny raj.
Vol-au-vent! De volaille!
Z rusztu, z rożna –
wszystko można
w „Złotej Kakadu”.

W „Kakadu” się snuje
cień dawnych lat.
W „Kakadu” ucztuje
Znajomy świat.

Rosną w rachuneczkach sznury zer,
zer za żer
„wyższych” sfer
w alkazarze
plutokracji,
w słynnej „Kakadu" – rym!
Kakadu – cym!
Kakadu – rym cym!
Kakadu!
Kakadu – rym cym!
Kakadu! Kakadu! Kakadu!

1948


Obraz: Akseli Gallen-Kallela

Żurek - Wojciech Młynarski


Wojciech Młynarski, Wiesław Gołas - Żurek

Jakaś przykrość, nawet nieduża,
pech, przypadek, zły losu traf
innych ludzi od razu wkurza,
wciąga niby w błotnisty staw.
Zaś gdy mną zły los zakolebie,
chcąc mnie wprawić w psychiczny niż,
to ja wszystko to biorę w siebie,
a na zewnątrz marmur i spiż.
W środku wulkan na Filipinach
Co udaje tylko, że śpi
A na zewnątrz ironia kpina
Lekkie ramion wzruszenie i
Krok do domu kieruję prędki
i gdy z nerwów trafia mnie szlag,
ściany mojej skromnej kuchenki
są cichymi świadkami jak:

Marcheweczkę ciach-ciach-ciach,
pietruszeczkę ciach-ciach-ciach
porek i selerek trach - siekam.
i nastawiam gaz na ful,
rosołeczek bul-bul-bul,
a ja siadam jak ten król - czekam.
Śmietaneczka tak-tak-tak,
zasmażeczka - co za smak,
kiełbaseczka sucha jak wiórek...
Tak gotuję sobie przez
dłuższy czas, aż gotów jest
najwspanialszy lek na stres- żurek!

Aż się nasze życie ponure
odmieniło tak nagle, że
nie musiałem uciekać w żurek,
chociaż nerwy wciąż żarły mnie.
Rok osiemdziesiąty dziewiąty
czerwiec, radość i w oczach blask,
i nadziei promyczek złoty,
że się zaczął wspaniały czas!
A po chwili potwarz, obmowa,
w polskim piekle ślina i żółć,
a kto z kotła wychyli głowę,
zaraz inni wciągną go w dół.
I gazeta leci mi z ręki,
i nerwowy trafia mnie szlag,
i znów ściany mojej kuchenki
są cichymi świadkami jak:

Marcheweczkę...

Tu wam dodam na wspomnień strunie
myśl niegłupią, która tak brzmi,
że ten żurek przeciw komunie
jakby lepiej smakował mi.
Dziś mój żurek - i to mnie smuci -
nie bulgocze jak złoty sen,
jakich przypraw bym nie dorzucił,
a smak, psiakrew, jakiś nie ten!
I tak chciałbym we własnym domu
wreszcie życie normalne wieść,
nie jeść przeciw czemuś czy komuś,
a po prostu - usiąść i zjeść!
Tu Tadeusz ściśnie się z Lechem,
tam ucichnie pretensji sto,
jest normalnie, miło, jest w dechę,
a ja wtedy co robię? No?
Marcheweczkę...

1989

Kartoflanka - Wojciech Młynarski


Wojciech Młynarski
Kartoflanka💗

Gdzie są te chwile, kto mi wytłumaczy,
gdy do stołówki razem szliśmy – miła?
Za nami został dzień solidnej pracy,
przed nami na stoliku już dymiła...

Kartoflanka, biurowa kartoflanka,
która mych pierwszych westchnień była świadkiem,
zawsze w niej parę pływało skwarek,
ty je ze mną łykałaś ukradkiem.
Z wszystkich zup nam najlepiej smakowała
przyprawiona z umiarem, acz pikantna,
taka posilna, taka przymilna,
kartoflanka, kochana kartoflanka!

Niestety krótko miało trwać to wszystko,
w innej stołówce dziś pod palmą siedzisz,
przenieśli cię na dyrektorskie stanowisko,
a ja samotny płaczę nad talerzem

kartoflanki, biurowej kartoflanki,
która mych pierwszych westchnień była świadkiem,
widzę tych parę mizernych skwarek,
których ze mną nie przełkniesz ukradkiem.
Choć się zmuszam, dokończyć jej nie mogę,
nie uważam, by była zbyt pikantna,
ale wodnista i nienawistna
kartoflanka, okropna kartoflanka!

I nagle dzwonisz do mnie, ukochana,
do swej stołówki mnie zapraszasz dzisiaj,
więc patrzę na te palmy i dywany,
i w jadłospis, a w tym jadłospisie...

Potato soup, pomme de terre creme,
tak tam było napisane.
Ja to czytam i szalenie się denerwuję
bo po raz pierwszy jestem w takiej
wytwornej restauracji dla dyrektorów.
Języków obcych nie posiadam,
więc tak patrzymy sobie z tą najdroższą
panią dyrektor długo w oczy
i w tym momencie kelnerka przynosi nam
dwa talerzyki z tym całym pomme de terre,
nieważne i ja się orientuje że to jest
nic innego jak tylko:

Kartoflanka, i tutaj kartoflanka!
Znów jest twoich i moich westchnień świadkiem,
znowu w niej parę żegluje skwarek,
ty znów łykasz ją ze mną ukradkiem.
I jak dawniej, jak dawniej nam smakuje
przyprawiona z umiarem, acz pikantna,
taka posilna, taka przymilna
kartoflanka, kochana kartoflanka!!!

1965