Roman Frankl Zaskoczyła nas ta miłość Andrzej Bianusz
To przecież jest najprostsza z tez
Że miłość jest niebezpieczeństwem
Że kochać się na dobre i złe
Jest w dzisiejszych czasach szaleństwem
Niejeden raz wpajano to w nas
I ta myśl drążyła nas jak kornik
Że gdy o to szło, no to już kto jak kto
Ale my mieliśmy być odporni
Taki to był plan, lecz nie wyszło to nam i
Zaskoczyła nas ta miłość, to niestety fakt
Przyszła jakoś tak znienacka
Zaskoczyła nas ta miłość, rozwaliła nam
Nasz życiowy kram - gesty, teksty i błyskotki
Cały ten nasz spokój słodki diabli wzięli przez to, że
Zdarzyło się nam bez sensu tak zakochać się
Co krok to fakt i przykład, jak
Uczucie pogrąża człowieka
Jak mogło nas zaskoczyć aż tak
Przecież my chcieliśmy z tym poczekać
Czy jest sens w tym, by ona wciąż z nim
By serca płonęły jak głownie
Każdy z nas dobrze wie, że to kończy się źle
Lecz nam z tym, lecz nam z tym jest cudownie
Plan był niezły, fakt, ale wyszło to tak, że
Barry Manilow - Copacabana - Roman Frankl Agnieszka Osiecka
Kto z nas nie marzy o wielkiej plaży
O krótkich nocach, długich dniach
Czarnych oczach, białych bzach
Tymczasem jesień listonosz niesie
I tylko, tylko gdzieś we snach
Czeka na nas chwila ta
O, chwila, chwila ta...
Wielkie nieba i wielkie plaże
Białe wzgórza fal
Tylko dla nas Copacabana
I morze ma kolor szampana
Tylko dla nas Copacabana
Piasku aksamit i złote księżyce
Aż do rana, o chwila ta...
To się zaczyna od szklanki wina
Gorącej nocy albo dnia
A do tego serca dwa
A potem cha-cha, która oznacza
Że tylko, tylko ty i ja
Tylko dla nas chwila ta
O, chwila, chwila ta...
Wielkie nieba i wielkie plaże
Białe wzgórza fal
Tylko dla nas Copacabana
I morze ma kolor szampana
Tylko dla nas Copacabana
Piasku aksamit i złote księżyce
Aż do rana, o chwila ta...
A gdy to znudzi, to pragniesz ludzi
Przyjaciół starych wołasz, bo
Nie wiesz, o czym mówić z nią
Ach, jaki spokój, lecz już po roku
Nadchodzi znowu chwila ta
Tylko ty i tylko ja
O, chwila, chwila ta...
Wielkie nieba i wielkie plaże
Białe wzgórza fal
Tylko dla nas Copacabana
I morze ma kolor szampana
Tylko dla nas Copacabana
Piasku aksamit i złote księżyce
Aż do rana, o chwila ta...
Tych kilka słów,
tych kilka nut,
to niewiele...
Za mało, by
wypełnić sny,
dzień
czy niedzielę...
A jednak gdy
przypadek zły
wchodzi ci w szkodę,
to, chcesz czy nie,
wszak przyda się
mężczyzna – na niepogodę.
Mężczyzna na niepogodę
i dwie czy trzy piosenki,
mężczyzna na niepogodę,
zwyczajny, nie odświętny,
przywróci ci urodę,
sekrety serca zna,
mężczyzna na niepogodę,
mężczyzna na niepogodę
czyli – ja.
Za kilka dni,
za godzin sto
już zapomnisz
kłopotów moc,
niedobrą noc i –
dzień bezbronny...
Nie mówię, że
uleczy cię
to, że ci pogram,
lecz przyznaj mi,
że w czarne dni
to także – jest jakiś program:
Roman Frankl Drugi kwiecień i maj Agnieszka Osiecka
Że ty nie dla mnie, ja nie dla ciebie
Już o tym wie cały kraik i gaj
A my ze sobą już drugi kwiecień
I drugi maj - drugi kwiecień i maj
Kuzynki rzewne i ciotki gniewne
Przeciwko nam niczym piekło i raj
A my przy sobie już drugi kwiecień
I drugi maj - drugi kwiecień i maj
O nas wiedzą gawrony z podmiejskich łąk
Nie podziwia nas Paryż, ni Londyn, ni kraj
Dwoje ludzi szalonych i drugi maj
To jest może niewiele
Lecz nam, lecz nam w to graj…
– Niech pan bierze Kalorynę,
może pan jej szczęście da.
Ja sam bez niej raczej zginę,
lecz niech pan ją za mnie ma.
Wspominajcie odrobinę
tego, który odszedł w cień,
żeby pan mógł Kalorynę…
żeby pan mógł Kalorynę
miewać choćby i co dzień.
– Żebym ja mógł Kalorynę?
– Żeby pan mógł Kalorynę
miewać choćby i co dzień!
– Gdym zabierał Kalorynę,
pan tak tępo patrzał w dal,
tak tragiczną miał pan minę,
że zrobiło mi się żal…
Pan się może stoczyć krzynę,
wykoleić, spić i zgrać –
więc ja zwracam Kalorynę, zwracam panu Kalorynę,
którą pan mi zechciał dać.
– Pan mi zwraca Kalorynę?
– Zwracam panu Kalorynę,
którą pan mi zechciał dać.
– Gdym zabierał Kalorynę,
pan miał taki smutny wzrok,
jak jednostka, co przed kinem
spotka pogrzeb własnych zwłok…
Niech ja, proszę pana, zginę,
jeśli ja to mogę znieść.
Zwracam panu Kalorynę,
zwracam panu Kalorynę,
utraconą życia treść!
– Pan mi zwraca Kalorynę?
– Zwracam panu Kalorynę,
utraconą życia treść…
– Po nieświeżej wołowinie
źle poczuła mi się i…
już po naszej Kalorynie!
Pustką wieje zza tych drzwi!
– Po nieświeżej wołowinie
źle poczuła się i… i…
już po naszej Kalorynie?
– Już po naszej Kalorynie!
– Pustką wieje zza tych drzwi!
– Się zdziwicie odrobinę,
lecz w dobroci swojej, ot,
Bóg wam zwraca Kalorynę.
Proszę pokwitować zwrot.
– Moment… Niech pomyślę krzynę…
Więc w dobroci swojej, ot,
Bóg nam zwraca Kalorynę?
– Bóg wam zwraca Kalorynę.
Proszę pokwitować zwrot.
– Bóg nam zwraca Kalorynę?
– Zwraca panom Kalorynę.
Proszę pokwitować zwrot!
Roman Frankl Ziemią albo niebem Błażej Perkun (Grzegorz Wasowski)
Przez wzgórza porosłe
Tu mchem, tam janowcem
Od słońca gdzieniegdzie zrudziałym
Gościńcem szerokim
Co pnie się w obłoki
Pocięty kamieni pryzmami
To kładką, to mostem
To klucząc, to prosto
Ze sobą cię wezmę w nieznane
Wezmę cię ze sobą
Gdzieś daleko stąd
Wezmę cię gdzie nigdy
Nie był jeszcze nikt
Wezmę cię gdzie trzeba
Miesiącami iść
Kabrioletem, promem
Batyskafem, łodzią
Wodolotem, słoniem
Powietrzem lub wodą
Wezmę cię ze sobą
Na bezludny ląd
Przez pola utkane
Złocistym zbóż łanem
Ucichłe w poszumie wiatraków
Uliczką zgiełkliwą
Gdzie bar, a w nim piwo
W miasteczku spotkanym na szlaku
Czy śnieg, czy deszcz będzie
Ze sobą cię wezmę
Na wschód, czy też północ
Lub zachód
Wezmę cię za siedem
Lasów, gór i rzek
Wezmę cię, gdzie niczyj wzrok
Nie sięgnie nas
Wezmę cię, gdzie żaden
Nie doleci ptak
Rykszą, toboganem
Balonem, tandemem
Ciuchcią, na barana
Ziemią albo niebem
Wezmę cię ze sobą i
Zostawię cię
W zeszły wtorek moją Dorę
Porwał letni wiatr
Gdym w zielone grał pod klonem
Z Dorą w środku dnia
A to było tak
Wzdął nagle policzki
I z Dory spódniczki
Nadmuchał czerwony balonik
Zakręcił w kółeczko
Raz w lewo, raz w prawo
I uniósł ją lekko
Hen, hen nad murawę
Na nieba gwiaździste zagony
Więc jakże mi Dorę tam gonić, jak
Ślę gołębie w nieba głębie
Za mą Dorą w ślad
Łażę polem z parasolem
I wciąż widzę, jak
W zeszły wtorek wiatr
Wzdął nagle policzki
I z Dory spódniczki
Nadmuchał czerwony balonik
Zakręcił w kółeczko
Raz w lewo, raz w prawo
I uniósł ją lekko
Hen, hen nad murawę
Na nieba gwiaździste zagony
Więc jakże mi Dorę tam gonić, jak
No jak
Pierwszy leci gołąb trzeci
Dziób zwieszony ma
Gołąb drugi gdzieś się zgubił
A pierwszego brak
Aż tu letni wiatr
Wzdął nagle policzki
I tlenem srebrzystym
Wypełnił parasol zdumiony
Zakręcił w kółeczko
Raz w lewo, raz w prawo
I uniósł mnie lekko
Hen, hen nad murawę
I złożył na nieba zagonie
Gdzie znowu gram z Dorą w zielone, tam
Na nieba zagonie
W niebieskie zielone gram
Roman Frankl
Joanna Szczepkowska Zakochamy się jak trzeba
Jeremi Przybora
- Pani nie jest w mym typie osoba.
- W moim typie nie nazbyt jest pan.
- Ale może od słowa do słowa
i od czynu do czynu
zmieni nam się na inny
ten stan.
Zakochamy się,
zakochamy się,
zakochamy się
tak jak trzeba.
Ty przychylisz mi,
ty przychylisz mi,
ty przychylisz mi
nieba.
Zakochamy się
z taką werwą jak
i na serio tak
jak w filmach.
Choć na chwilę by
choć na tyle, by
romans nasz styl miał.
- Bo ta miłość nie będzie na zawsze.
- Chyba lepiej na krótko niż źle.
- Ale zanim w pamięci się zatrze,
będzie tobie olśnieniem.
- Będzie tobie spełnieniem
i mnie.
- Potem powiesz: "Jak żal, że mi przeszło".
- A ty powiesz: "Jak żal, że mnie też".
- Jaką piękną od dziś mamy przeszłość.
- Nie wiem, jak ci dziękować.
- I mnie trudno o słowa
jest, wiesz.
Odkochamy się,
odkochamy się,
odkochamy się
tak jak trzeba.
Odkochamy się,
wypuścimy z rąk
przychylony krąg
nieba.
Odkochamy się -
nie będziemy tych
sobie słówek złych
mówili.
Odkochamy się -
żeby kiedyś tam
ktoś mógł znowu nam
nieba przychylić.