Chciałbym umieć
Być jak wiatr
I rozumieć cały świat
Obok drogi
Słuchać długo
Co mi powie
Szelest traw
Chciałbym odejść
Odejść tam
Gdzie naprawdę będę sam
Nad płynącą wolno strugą
Swoich dni obmyśleć plan
Być wszędzie
Gdzie nas nie ma
To temat na poemat
Tam gdzie nas nie ma
Staje czas
Być wszędzie
Gdzie nas nie ma
Tęsknota jest
Jak trema
Wpisuje w schemat
Wolny wiatr
Gdzie mnie nie ma
Pójdę tam
Do stracenia wiele mam
Swą bezsenność w wielkim bloku
Szary bezsens swoich spraw
Kiedyś pójdę
Minę próg
Nagie pole
Siana stóg
Uspokoję swój niepokój
Moja drogą
Wiele dróg
Alkoholicy z mojej dzielnicy
siedzą na murku jak ptaszki,
slangiem najczystszym mówią mi:
"Mistrzu, zbrakło nam trochi do flaszki..."
"Jak wiele zbrakło?" - cokolwiek zakło-
potany, pytam nieśmiało,
a oni głucho i wargą suchą szepcą:
"Zabrakło na całą! "
Bilonu blaszkę daję na flaszkę,
znam ich - z tematu nie zbaczam,
w głębi jest neon i mój Panteon -
teatr z ulicy Jaracza.
A oni szczerzą gęby dziobate,
sieknięte wiślanym wiatrem,
gęby dziobate mówią mi: " Ate-
neum jest pięknym teatrem!"
A oni mówią: "Wiesz pan, dlaczego
teatr ogólnie jest piękny?
Bo teatr to jest płacz, kolego,
bo teatr to jest śmiech, kolego!
O to są te trzy elementy!".
Tak jak przywykli - poszli i znikli
w alkoholowym na Dobrej,
oczka nieduże i w gębie żużel,
łykną i bluzną: "Niedobre!"
A ja poczułem, że mi się zbiera,
zanim dobiegnę do pointy,
na płacz, cholera,
na śmiech, cholera,
no, na te trzy elementy!
Wyk. Wojciech Młynarski
Piotr Machalica
Wiktor Zborowski 👉👉👉
Na granicy z Turcją albo z Pakistanem
Jest niczyjej ziemi neutralny pas,
Z lewej strony nasza straż z naszym kapitanem,
A po prawej stronie ich patrol stoi,
A na neutralnym pasie kwiatów łan
Najurodziwszych, jakie znam.
Narzeczona kapitana szepcze mu do ucha:
- Ukochany, jutro ślub, przyszła żona twa
Musi przecież w ręku mieć choćby skromny bukiet,
Jak to zrobisz - twoja rzecz, pędź po kwiaty!
A na neutralnym pasie…
Równo o tej samej porze po stronie sąsiedzkiej
Do dowódcy przyszła panna, łezkę w oku ma
I to samo mówi mu, tylko po turecku:
- Ślub bez kwiatów - czysty cyrk, leć po bukiet!
A na neutralnym pasie…
Strzegą naszych granic doborowe chwaty,
Z kapitanem czterech aż poszło tego dnia,
Czy przewidzieć mogli fakt, że czterech Azjatów
Też popełznie kwiaty rwać właśnie dzisiaj?
A na neutralnym pasie...…
Czując przecudowną woń, zachwiał się kapitan,
Obok zaś kapitan ich - powąchawszy kwiat -
Runął w kolorowy gąszcz z tureckim okrzykiem,
Upadł i kapitan nasz między kwiaty.
A na neutralnym pasie...
Cicho śpi kapitan i śni, że już nie ma,
W krąg na całej ziemi drutów, granic, wart.
Wreszcie jest gdzie kwiaty rwać!
W końcu cała ziemia wolna być powinna, neutralna.
A na neutralnej ziemi kwiatów łan
Najurodziwszych, jakie znam.
Мать моя давай рыдать- Mamo moja, szlochaj, płacz Włodzimierz Wysocki - Wojciech Młynarski
Gdzie wywiozą?
Najpierw widziałem świat zza krat więziennej suki,
Potem proroka z sędzią, co przysypiał trochę,
A teraz tylko myślę - gdzie,
Wciąż myślę - gdzie wywiozą mnie,
Gdzie mnie wywiozą, bym pracował za darmochę.
Mamo moja, szlochaj, płacz,
Całą noc na mapę patrz,
No gdzie, no gdzie wywiozą mnie?
Mamo, łykaj gorzkie łzy,
Co do mnie - nisko wisi mi
To, gdzie, to gdzie wywiozą mnie...
Cholernie długo idą paczki do Workuty,
Do Magadanu krócej, lecz co mnie to wzrusza,
Tam tyle podłych wilków, suk,
Nie ujrzę paczki - skarz mnie Bóg,
Tak jak bez lustra nie zobaczę własnych uszu.
Mamo moja...
Głęboką nocą słyszę kroki - tak, to po mnie,
Weszli do celi, półsennego za łeb wzięli
I teraz będą wieźli mnie
Gdzieś hen, daleko, ale gdzie,
Gdzie mnie wywożą - skurwysyny rzec nie chcieli.
Mamo moja...
Nareszcie stacja. Patrzę wokół - klimat ostry
I myślę sobie - nie tak sroga losu wola,
Mogli mnie wieźć na świata kres,
Tam, gdzie dobranoc mówi bies,
Ale wywieźli tylko na Półwysep Kola!
Mamo moja, szlochaj, płacz,
Całą noc na mapę patrz,
No, gdzie, no, gdzie wywieźli mnie?
Mamo moja, otrzyj łzy
I zacznij wypatrywać, czy -
Czy już z powrotem wiozą mnie.
Emilian Kamiński, Artur Barciś
Marian Opania, Wiktor Zborowski
Zawiadamiam cię, redakcjo,
Z nieszczególną satysfakcją,
Z jaką spotkał się reakcją
Twych programów nowy blok.
Miast herbatki popić z kubka,
Zastrzyk wziąć i spać do jutra,
Cały szpital, czubek w czubka
W telewizor wlepił wzrok.
Tam typ chudy i ponury
Opowiadał dłuższy czas
O Bermudach, wobec których
Świat nauki mówi - pas!
Mózg nam zbełtał tak nieludzko,
Aż go każdy zaczął kląć
I przez Trójkąt ów Bermudzki
Ekstra zastrzyk musiał wziąć.
Mógł pokazać pan redaktor
Rozruch pieca czy reaktor
Albo księżycowy traktor
I by też wykonał plan.
Lecz nas wolał robić w jajo,
Godzinami rozprawiając,
Jak te spodki tam latają
I co przez nie grozi nam.
Toż to u nas w każdej chwili
Mkną talerze tam i siam,
Myśmy na nich psa wkroili,
Jeśli kucharz nie łże nam,
Gdy medykamentów pudy
W kibel spuszczasz skoro świt,
To jest strach! A ten - Bermudy!
Oj, nieładnie, bracie, wstyd!
Nie zrobiliśmy skandalu,
Rzec to trzeba nie bez żalu,
Jest wśród nas kozaczków paru,
Lecz się boją zrobić huk.
Niemniej trzeba stwierdzić dumnie,
Że w ponurej legną trumnie
Te oszczerstwa i kalumnie,
Które na nas miota wróg.
Bo to wróg nam wody brudzi
I bermudzi plony zbóż,
Wszystko to wymyślił Churchill
W osiemnastym roku już!
Każdy jął obmyślać tu
Protest do agencji TASS,
Aż czterdziestu łapiduchów
Wpadło i związało nas.
Tęgieśmy dostali lanie
W bezpieczeństwa tkwiąc kaftanie
Paranoik wił się w pianie
Jak w kipieli morskiej wąż.
Skatowali nas okrutnie
W białych kitlach podli trutnie
I zrobiło się bermudnie,
I bermudnie jest nam wciąż!
Kiedy przyjdzie syn maleńki
I usłyszę jego miauk:
„Tata, o czym truł w okienku
Słynny ów kandydat nauk?”
Prawdy przed nim nie zataję,
Której w tym programie brak,
Wykpię sens bermudnych bajek,
Niech wie mały, co i jak!
Jest wśród nas dentysta Rudik,
Ma elektroniczny budzik,
Budzik ów jest marki Grundig
I odbiera NRD! RFN, baranie!
On handlował tam ciuchami,
A gdy wrócił, mózg mu zanikł!
Rączki spięto mu w kaftanik,
A na nóżce miał, kochani...
Numereczek ten i ten.
Słyszał on na własne uszy
Pieśń, co poruszyła świat,
Że badawczy nasz Iljuszyn,
Też w Bermudzki Trójkąt wpadł.
Na kawałki się rozprysnął,
Spłonął niby suchy śmieć.
A pilotów dwóch bez zmysłów
Jakiś kuter złowił w... - Cześć!
Po tej wpadce niesłychanej
W pesymizmu skrajnym stanie
W klatce ich przywieźli szklanej
Prosto przed szpitala sień,
Znamy ich relacji strzępek,
Że ten trójkąt niepojęty
To otwarty ziemi pępek
I że wszystko wpada weń.
Jeden z nich, swój chłop, mechanik,
Opowiedzieć więcej chciał,
Ale miał pamięci zanik,
To zapłakał, to się śmiał...
To mamrotał: „Kopsnij szluga”,
To znów jeżył się jak jeż,
Po co gadać o złym długo?
Zakręcony, sam pan wiesz.
Naukowcy ukochani,
Miast nas zgłębiać audycjami,
Zmieńcie z nami się miejscami
I być może to coś da!
Bo ten trójkąt wam okropnie
Mózgi ćmi, a nam odwrotnie,
Więc opłaca się stokrotnie
Wszystkim nam zamiana ta!
Taki pomysł dom wariatów
W sprawie tych Bermudów ma,
Z poważaniem, podpis, data,
Odpisujcie nam raz dwa,
Bo jak nie, to o tych spodkach
I Bermudach, psia ich treść,
Ruchniem list do Totolotka
I trafimy razy sześć!
Marian Opania i Wiktor Zborowski
Rozdwojenie jaźni
Zwyczajna całkiem rzecz
Moja wyobraźnia
Zupełnie wolna jest
Osobno tupie każdy but
Poduszka zmienia rogi swe
A moja ręka waży już
Na pewno tonę albo dwie
Za co tu jestem? Za niewinność
Pod celą siedzę trzeci rok
Tak detalicznie to faktycznie
Połaskotałem kosą go
Na dyskotece się dobierał
Do mej kobiety, bądź co bądź
Dla niego być powinna cela
Jego wysoki sądzić sąd
Za co tu jestem? Za niewinność
W szpitalnym łóżku szlugów brak
Ta sama za czynnością czynność
Ciągle śni mi się sznur i hak
Panie doktorze, spać nie mogę
Mam samobójczych myśli sto
Może konsylium mnie pomoże
Jezdem już niżej, niż jest dno
Piekło w mojej głowie
Trójwymiarowe jest
Z tamtej strony powiek
Zupełnie nie ma mnie
Osobno krąży moja myśl
A ciało w innej sferze tkwi
Potrafię fruwać tak jak liść
Przenikać przez zamknięte drzwi
Za co tu jestem? Za niewinność
Pod celą siedzę trzeci rok
Tak detalicznie to faktycznie
Połaskotałem kosą go
Na dyskotece się dobierał
Do mej kobiety, bądź co bądź
Dla niego być powinna cela
Jego wysoki sądzić sąd
Za co tu jestem? Za pokutę
Z kasiarzy królem za pan brat
Widzę już we śnie papiery żółte
Otwarte okno już bez krat
Gdyby zwolnienie warunkowe
Przyniósł mi w darze klawisz-Bóg
Dopadnę ją, a jego potem
Na wszystko gwizdać będę mógł…
Na podwórzu, gdzie co wieczór, jak zabawa, to się hula - wszystkie pary tańczą! gapiów cały rój! chłopaki szanowali nade wszystko Lońkę Króla i nie wołał nań nikt: "Lońka", tylko: "Król.".. Był nasz Król jak to król - i gdy coś nie zagra komu, coś nieklawo i w ogóle jakiś ból, nie zdarzyło się jeszcze, żeby w biedzie nie pomógł, żeby ręki nie podał mu Król. Ale kiedy messerschmitty czarnym krzyżem znaczone nadciągnęły jak te kruki, w huku dział, włożył Król, jak to król, cyklistówkę jak koronę i na wojnę wyruszył, jak stał...
Znów zabawa na podwórzu, znowu słońce nam świeci, nikt po Królu łez nie leje, proszę was. A dlatego, że sam jeden był na całym bożym świecie, o królową nie postarał się na czas. Ale gdzie bym się nie ruszył, jakim śladem czy tropem, w interesach, spacerkiem przez świat - wciąż się zdaje mi, że tuż, za najbliższym zaraz rogiem, czeka Król, taki sam jak sprzed lat... Bo choć kula nie wybiera, choć wojenka nie pieści, nie dla niego grób - mogiła pośród pól! Bo, darujcie, ale w głowie mi się Moskwa nie mieści bez takiego króla jak Lońka Król!
Pan Darling doznaje wyrzutów sumienia po wyrządzeniu krzywdy suce Nanie
Coś ty zrobił, panie Darling?
Suki takiej szukać gdzież?
I przyniesie palto z pralni,
i telefon przyjmie też.
W sklepie nikt jej nie nabierze –
dzieci nie wypuści z ryz.
I jest śliczna w pewnej mierze,
choć ma ciut wadliwy zgryz.
O, nieszczęsny panie Darling!
Gdyby znali wyczyn twój –
z grobów wstaliby umarli
i krzyknęli chórem: „Fuj!”.
Tak zapłacić za Ararat
suczych cnót i czystość łap –
może tylko głupi baran –
albo jeszcze głupszy cap!
Niech cię, Darling, piorun jasny! –
za to twoje serce złe.
Mieć nie chciała szczeniąt własnych,
żeby niańczyć dzieci twe.
Wolisz, suko ma bezmięsna,
bukiet z jarzyn, od tych mięs –
a jam puścił łzy, przestępca,
przez firanki twoich rzęs.
Pysku miękki, jedwabisty –
co w dotyku jest jak mech!
Psiej urodo odaliski,
która nie wie, co to grzech!
Ucałuję w skrusze wielkiej
wszystkie cztery łapy psu
i odszczekam me obelgi:
- Hau! Hau! Hau! Uu! Uu!
Piraci my i chamy
z odrażającą mordą.
Na gębach szramy mamy,
a kolor nosa bordo.
Plugawi i zwycięzcy,
podstępni, chciwi i
niezmiernie męscy,
nadmiernie męscy,
cholernie męscy –
śmy!
A kolor nosa siny
miewamy, kiedy w złościach
jak gęsi puch z pierzyny
prujemy flaki z gościa!
Kochamy się bogacić,
plądrując, łupiąc, bo
myśmy piraci,
bośmy piraci,
bośmy piraci –
o!...
Nie szczędzą nam estymy
portowe piękne damy.
Choć my się nie żenimy,
jedynie zaręczamy.
Krostami świństw zakwita
rozbojów naszych szlak.
A to – kapitan!
To nasz kapitan.
Wiwat, kapitan
Hak!
Otruty wróg mój śmiertelny –
drużyna jego pojmana –
i otom książę udzielny
piratów na oceanach!
Lecz miast z mej czarnej sławy
garściami radość brać –
zapadam w smutek łzawy,
choć łez nie ma skąd brać.
I znów do forte wzrasta
zbolałej duszy śpiew.
Ja tak nie znoszę chamstwa!
Ja tak nie znoszę chamstwa!
Nie znoszę go, psiakrew!
Ach, synem byłem ja rodu
wysokiej rangi i sfery –
łączyłem z wdziękiem, urodą,
nieskazitelne maniery.
Wytwornych strojów gamą
pieściłem oczy dam.
A dziś na czele chamów
być dżentelmenem mam!
Choć za mną ta hałastra
na każdy stanie zew –
to straszne żyć wśród chamstwa!
To straszne być wśród chamstwa,
nie znosząc go, psiakrew!
Zdobyłem rozgłos, fortunę,
królestwo strachu i złoto.
Lecz czuję – wkrótce już runę.
I czuję - runę z ochotą.
Obmierzła mi hołota,
choć wszedłem z nią na szczyt.
Więc też i nie dziwota –
z hołotą byt mi zbrzydł!
Bo nie ma cienia kłamstwa –
na Amfitryny pierś! –
w tym, że nie znoszę chamstwa,
nie znoszę go na śmierć!
Jeremi Przybora W otwartym oknie Pani Darling
Nie! Nie zamknę tego okna!
Nigdy, nigdy go nie zamknę!
Pan Darling
Aura raczej jest wilgotna,
więc bym przymknął je
przynajmniej…
Pani Darling
Oczy dawno mi już wyschły –
dawno w nich zabrakło łez.
Nie zaszkodzą deszczu mi łzy. Pan Darling
A mnie przeciąg szkodzi, wiedz!
Pani Darling
W otwartym oknie,
już na palce wspiętych
wszystkich ich widzę
jak jaskółek rząd:
Piotrusia Pana,
Jasia, Misia, Wendy,
już wniebowziętych,
nim się zerwą w lot… Oboje
W otwartym oknie
oczy ich dziecięce
Niebywalencję
w dali widzą swą.
I tym rodziców
mają mniej, im więcej
skrzydlate ręce
się do lotu rwą. Pan Darling
Przed Piotrusiem okno zamknę,
gdyby łotruś wrócił z nimi. Pani Darling
Okno musi być otwarte!
Czemu mi na przekór czynisz?
Piotruś to nie łotruś ani
święty, choć nam z nieba spadł.
Wkrótce wróci tu z chłopcami,
z Wendy, i z wyroku gwiazd…
Po kompocie już i herbata tuż, tuż
Więcej ani rusz, więc widelec, nóż złóż
Wyczerpana karta dań
Ukłoń się, od stołu wstań
Puste świeci szkło, to butelki dno już
Mam na mały kęs wędlin albo mięs chęć
Może zimny drób, indyk, kaczka lub gęś
Mogłoby też być też coś z ryb
Lecz to już niestety rypnęło się wszędzie
Więcej nie będzie styp
Żegnajcie mi kotlety i pasztety
I ty co nie raz
W sosie jak nelsoński zraz
Tak umilałeś uczty czas
Już nie rób mi tu apetytu
Żegnaj, schabie, cześć
Pal to sześć, dajcie zjeść
Z okna kitu
Mam na mały kęs wędlin…
Witajcie zupki, groszki i twarożki
I ty też co grasz
Rolę sznycla z jaj i kasz
A smak podeszwy starej masz
Za wieprzowiną łzy me płyną
Z gardła rwie się krzyk
No to cyk, dajcie łyk
Wina, wino
Po kompocie już…
La, la, la...
Którą tu widzicie zowią Mają
Wszyscy Maję znają i kochają
Puste świeci szkło, to butelki dno już
Ogień w łaźni mi rozpal i wódki wlej,
Bo dreszcz zimny mnie przeszył na skroś...
Może gdy się zanurzę w gorącą biel,
Zdołam rozgrzać wystygłą już złość?
Wiatr za duży dokoła na moją sierść -
Dech z parzącą pomieszał się mgłą
I tatuaż zsiniały zdobiący pierś
Pulsującą nabiega już krwią.
Rozpal w łaźni polana, kamienie grzej,
Aż na skórze pojawi się sól...
Żar prawdziwy potrzebny jest duszy mej,
Żeby z potem wytopił się ból.
Czy potrafię o wszystkim powiedzieć wam?
Ludzie w śnieg się walili jak las...
Z tamtych czasów ten profil Stalina mam,
A z późniejszych Marinkę en face.
Jasną przyszłość zwiastował nam czarny chleb.
Raj tworzyliśmy, żeby w nim żyć
I strzelaliśmy wrogom z nagana w łeb,
Święcie wierząc, że tak musi być!
Rozpal w łaźni polana, kamienie grzej,
Aż na skórze pojawi się sól...
Żar prawdziwy potrzebny jest duszy mej,
Żeby z potem wytopił się ból.
Przyszli zaraz o świcie, pamiętam, że
Jeden młodszy mógł być niż mój brat
I z Syberii na Sybir pognali mnie,
Do więzienia bez murów i krat.
Do kopalni skierował mnie naród nasz,
Sztolnie w skale kazali mi tłuc,
Lecz na piersi wykłułem Stalina twarz
Bo wierzyłem, że rację ma wódz.
Rozpal w łaźni polana, kamienie grzej,
Aż na skórze pojawi się sól...
Żar prawdziwy potrzebny jest duszy mej,
Żeby z potem wytopił się ból.
Ja nienawidzę skarg próżnych - nie, nie jest źle!
Przecież żyję, a życie to cud!
Od przeszłości koszmarnej uwalniam się,
Zmywam z siebie cierpienie i brud!
Ruszam z witką brzozową w ostatni bój!
Smagam ciało aż płyną mi łzy
Na tatuaż Stalina - ideał mój,
Który jawę zamienił w złe sny.