Przy lampie ćma się tłucze wściekle,
prawnuczka ćmy,
co znała nas…
Gdy wstanie dzień
w matowym świetle,
nie wróci już
jej oczu blask…
A jednak wciąż
powraca myśl,
że trzeba żyć
że warto żyć…
Dwie drogi, dwie noce,
dwa życia, dwa dni…
Okręty dwa
ruszają w morze,
prowadzi je
pogoda zła…
Ach, jutro już
o zwykłej porze
nie dojrzy ich
dziewczyna twa…
A jednak wciąż…
Zraniony świat
jak wielkie zwierzę
nie tuli nas,
bo sił mu brak.
Znajomy las już nas nie strzeże,
bo nie ma drzew
i cichnie ptak…
Kobieto, cóż mogę ci powiedzieć,
kobieto,
prócz kilku zwykłych,
prostych, męskich bzdur…
że byłaś dla mnie światem,
pogodą pełną zórz,
dziś jesteś jednym latem,
co nie powraca już…
Kobieto, cóż możesz mi darować,
prócz kilku jakże znanych czterech roku pór.
Na wiosnę mamy nieba,
a w lecie nieba skłon,
jesienią – słów nie trzeba,
a zimą bije dzwon.
Mężczyzno,
cóż mogę ci powiedzieć,
mężczyzno,
prócz kilku ślicznych,
wiecznie młodych kłamstw:
że kiedyś do mnie wrócisz,
w niedzielę pełną snów,
i świat swój cały rzucisz,
by ze mną tańczyć znów.
Mężczyzno, cóż możesz mi darować
prócz kilku niespełnionych,
porzuconych, zaniechanych szans...
Europo, cóż mogę ci powiedzieć,
Europo,
prócz kilku wyświechtanych znanych zdań.
Że byłaś dla mnie damą,
powietrzem, pieśnią, snem,
dziś jesteś tylko plamą, szarego życia tłem.
Europo, cóż możesz mi darować,
prócz kilku bardzo drogich,
bardzo kiepskich dań.
Na pierwsze mamy zdradę,
na drugie zupę nic,
kelnerów stu paradę
i szampan – czyli pic...
Gdy Londyn śpi,
Milion oczu zamyka, otwiera
wśród nocnej mgły,
ktoś się rodzi i ktoś tam umiera...
Gwarna banda się toczy po Soho,
w pustym studiu na flecie ktoś gra;
co ukrywa ta noc za swą czarną pończochą,
i dlaczego szczęśliwa mam być ja, właśnie ja?...
Gdy Londyn śpi,
milion czynów dojrzewa i gaśnie,
i są też drzwi,
za którymi ktoś wcale nie zaśnie...
Blady księżyc się toczy nad City,
czarny muzyk coś śpiewa czy łka;
jaki sekret, kto wie, jest w tej pieśni ukryty,
i dlaczego szczęśliwa mam być ja, właśnie ja...
Gdy Londyn śpi,
milion wspomnień powraca i tonie...
Kto jak nie my,
znów spogląda na mniejsze wciąż dłonie...
Nad Tamizą gdzieś wzdycha dziewczyna:
Jak daleko to będzie do dna?
Czy to kończy się coś, czy to coś się zaczyna,
i dlaczego szczęśliwa mam być ja, właśnie ja?
Gdy Londyn śpi,
ktoś zegary nakręca i budzi,
a knajpa drwi
z wielkich marzeń i z małych ludzi.
Gaśnie lampa na polskim cmentarzu,
niedaleko już chyba do dnia,
cicho skrada się los, moczy nos w kałamarzu,
pyta czemu szczęśliwa mam być ja, właśnie ja?
Niektórzy ludzie są zawsze w drodze,
podobni w tym do wędrownych, samotnych gwiazd…
Jakiż niepokój w ich oczach drga
my wy wiemy, że to ty i ja!
Skrzydła dwa nieubłagany nam osmala wiatr,
wyścig trwa i wieczne wróżby z wiecznych kart,
przesiadek znój i poczekalni szary mrok,
męczy nas…
I znowu karty w tas!
O tak, umiemy kochać tak jak wy,
w oparach snu lejemy czułe łzy.
Aż nagle znów posłuszni tylko diabłom swym
pójdziemy w pusty świat,
gdzieś tam,
gdzie Rzym, gdzie Krym,
a ślady naszych stóp
skryje dym, szary dym...
Ktoś mi nalał coś do whisky,
że nie mogę wcale spać,
śmieją mi się wasze pyski,
w oczach coś zaczyna drgać.
A nad ranem w wiosce tej
stu prawiczków będzie mniej.
Czy to szumi w stogu siana,
czy to słoma gada tak,
że Liliana rozebrana,
Róży zaś podwiązek brak?
Jutro będzie w wiosce tej
o dwadzieścia dziewic mniej.
Dzisiaj Święto Dziękczynienia,
już indyki trzeba piec,
ale warto dla wytchnienia
czerwonego raczka spiec.
Jutro będzie w wiosce tej
o dwadzieścia dziewic mniej.
Jęczy daszek na drewutni,
czy to gaszek, czy to kur,
to na Hance jak na lutni
ktoś wygrywa gamy w dur.
Jutro będzie w wiosce tej
dwa tuziny dziewic mniej.
Mruczy lasek niby puszcza,
– czy szarańczy to jest sznur,
ale skądże, to się puszcza,
parafialny żeński chór!
Jutro będzie w wiosce tej
o trzydzieści dziewic miej.
Ktoś mi nalał coś do wódki,
że nie mogę wcale spać,
weźcie, diabli, żywot krótki,
dajcie coś, co warto brać.
Jutro będzie w wiosce tej
o czterdzieści dziewic mniej.
Agnieszka Osiecka Wszystkie blondynki mają takie coś
Wszystkie blondynki mają takie coś,
coś, co je różni i co je upodabnia:
ten jakiś chłodek, jakiś miodek, tylko proś...
I to nieważne, czy jest duża, czy jest mała, i czy ładna.
Jak po szampanie boli głowa,
tak po blondynce jest jakaś dziura w snach,
i na komodzie te niemiłe słowa:
„odchodzę, wybacz, byłam twoja, ach...”
Bo te blondynki mają w sobie takie coś,
coś, co nas bierze i coś, co nas odstrasza,
ten jakiś miodek, jakiś chłodek, jak na złość.
I to nieważne: Ula, Zula czy też Masza.
Na przykład ruda, ta ma seks,
choć o niej mówią alte Hex.
Ja panu życzę rudej tej na noc...
Brunetka za to, ta ma fach,
Zapewni panu wikt i dach,
i furę pierzyn, a nie chudy koc.
Szatynka dobre nogi ma,
i na gitarze cudnie gra,
i sama powie, kiedy, gdzie i jak.
Ja nawet wolę z łysą żyć,
i z nią cieniutkie winko pić,
niż przy blondynce skakać wciąż jak oszalały szpak....
W tej poezji, która mija,
pewien wątek się przewija,
że królewna, proszę państwa, kocha pazia,
a studenta ubogiego – panna Kazia.
Ja to włożę między bajki,
niech uleci z dymem fajki,
dziś się nosi, proszę państwa, inny model,
i młodzieniec całkiem inny czyni modę.
Namiętny, majętny,
a poza tym – co za umysł nieprzeciętny.
Uważny, poważny,
zawsze gotów do dialogu – zauważmy.
Szumiący, gorący,
lecz bynajmniej od biznesu niestroniący.
Lubiący kobiety,
ale wierny do szaleństwa mnie, niestety,
niestety.
Taki, co ma parę groszy,
w naszych sercach się panoszy,
co w tym złego, proszę państwa,
co w tym złego,
że mu starcza od pierwszego do pierwszego?
W tym jest tylko jeden szkopuł,
że za mało takich chłopów,
i Kopciuszek próżno czyści pantofelek…
Żeby chociaż raz mnie zabrał na niedzielę:...
Ze szkolnego mundurka, z pokoiku na piętrze,
z fotografii z warkoczem, ze spacerów na wietrze,
coraz mniej dziś pamiętam, coraz rzadziej się śmieję,
pozostało mi jedno wspomnienie:
Mój pierwszy bal,
te walczyki leciutkie jak świerszcze,
pierwszy bal,
czyjeś oczy wesołe, na szczęście.
Pierwszy bal.
Bal z myszką, bal z łezką, bal za mgłą,
i walczyki co jeszcze się śnią...
Mój pierwszy bal, sentymentalny bal,
troszeczkę żal,
mój pierwszy, jedyny bal.
Na cóż dawne ulice, kalendarze, powroty,
po co tyle tęsknoty, ja ci wierzę: nie trzeba...
Kiedy patrzę na ciebie, nie pamiętam już o tym,
tylko tyle, a ty się nie gniewaj
Za pierwszy bal,
za walczyki leciutkie jak świerszcze.
Pierwszy bal,
za te oczy wesołe, na szczęście.
Pierwszy bal,
bal z myszką, bal z łezką, bal za mgłą,
i walczyki co jeszcze się śnią...
Mój pierwszy bal,
sentymentalny bal,
troszeczkę żal,
mój pierwszy, jedyny bal.
Jeszcze tyle jesieni nas odmieni, zamieni,
przejdą style i mody, i zabraknie urody...
Coraz więcej jest cienia, blakną stare wspomnienia,
tylko jedno się wcale nie zmienia:
Fokstroty zrobione z tęsknoty
i polki utkane z koronki,
zmagają się rzewne,
lecz piękno niepewne,
bo z tangiem nie zrówna się nikt.
Tango, lwowskie tango,
które nie przeczuwa nic
i przygląda się, jak widz,
tańcom młodszym rangą.
To tango, lwowskie tango,
bogate w urodę, bezczelne i młode,
do świtu nie zmieni się w krzyk.
To tango tańczy panna Mania,
co nic nie umie, prócz kochania,
i Czarny Józek, który w mig
z horyzontu panny Mani znikł.
To tango tańczy hrabia Kanty,
co Wasyliszki dal na fanty,
To tango tańczy cały Lwów,
a ten kto chory, na nieszpory,
no i bywaj zdrów!
Tango, lwowskie tango....
Pianista Wiktor dłonią zwinną,
rozbudza gamę zbyt niewinną
i wnet się zdziwi cały krąg,
jaki sekret kryje mowa rąk.
Tancerka Ada dziś pianiście,
przysięga miłość uroczyście,
aż się zatoczy młody nów,
eviva Wiktor, wielkiej nocy
tobie życzy Lwów!
A gdy po latach się spotkamy,
panowie starsi, starsze damy,
to tylko dłonią damy znak
i przyfrunie tamten cudny frak.