Niby nic, był wieczór w obcym mieście
Deszczu łzy i nad głową neonów blask
Nasz krótki lot ponad sny
Bo zaledwie parę chwil dał czas
Niecierpliwy jak my
Niby nic, drogi dwie, jedno serce
Prawie nic, tak jak słaby zapałki błysk
Choć nie da się pobiec wstecz
To w stopklatce losu dziwna magia jest
Miłość zamknięta w niej
Niby nic, lecz ja wiem na pewno
To pisane było nam w wielkiej księdze gwiazd
Niby nic, lecz choć chwile więdną
Będę szła do ciebie, szła, szła poprzez czas
Niby nic, ledwie ślad jasnych przeczuć
Piszę list, choć znów spłonie z papieru ptak
Od nowa wciąż szukam słów
A wśród ciszy serca stuk jest dziś jak znak
Że się nie zgubię już
Chudy bocian
Chuda żaba
Rozmawiali o
Życiu najogólniej mówiąc
Chudy bocian powiedział
Po co udawać
Pieniądze za późno
Starość za wcześnie
Rozum za późno
Dzieci za wcześnie
Namiętność za późno
Miłość za wcześnie
Kariera za późno
Śmierć za wcześnie
Po co udawać
Chuda żaba powiedziała
Po co udawać
Co to za pieniądze
Co to za kariera
Co to za rozum
Co to za dzieci
Co to za miłość
Co to amanci
Co to jest za radość
Co to za przyjaźń
Co to za szczęście
Po co udawać
Prawda
Prawda to narodziny
Powiedział bocian
Prawda to śmierć
Powiedziała żaba
Masz rację
Zgadzam się z tobą
Po co udawać
Że tego nie wiemy
Po co udawać
Po co udawać
Po co udawać
Że tego nie wiemy
Uroczystości karnawałowe w Limie
Zakłóciło gwałtowne trzęsienie ziemi
W wielkiej sali balowej hotelu "Alwarez"
Około północy pękła posadzka
Tworząc szczelinę tektoniczną o głębokości
Kilkudziesięciu metrów
W sennym Peru pod wulkanami
Czarnej lawy ukryty wąż
Zbudził się w karnawale
Bym musiała oszaleć
Bym do końca wiedziała wciąż
To było w Peru!
W sali żółte lustra się jarzą
Walc na topaz szlifuje bal
Oczy, usta na twarzach
W rytmie snu rozkojarza
Wiolonczeli gorący alt
Zbliżenie - oddalenie
Pragnienie - odrzucenie
Jak zwinnie, jak płynnie, jak lekko
Jak nam wszystko jedno
Powieki ci bledną
Szaleństwo, szaleństwo, szaleństwo!
To było w Peru!
Szkarłat, zieleń, fiolet i czerwień
Luster złoto, roztapia walc
Tak już znam twoje lęki
Wiem, że smagłość twej reki
Z relikwiarza dziś muszę skraść
To było w Peru!
Nagle ziemia ziemia zadrżała
Jak zielony pancerny gad
Popielate masz usta
Rozprysnęły się lustra
Na miliony nieszczęścia lat
Zbliżenie – oddalenie…
W sennym Peru pod wulkanami
Rośnie przepaść do piekła w głąb
Walc trwa głuchy i niemy
My giniemy, giniemy
Nasza miłość straciła ląd
Ja mam w sobie niespodziankę
Ja mam chyba w sobie coś
Obok mnie codziennie rankiem
Drzemie dosyć miły ktoś
On się budzi bardzo wcześnie
Chciałby znów całusów sto
Gdy mnie pyta, czy już nie śpię
Zawsze słodko pytam go
Zgadnij, kotku, co mam w środku
Co się dzieje w duszy mej
Przytul główkę swej malutkiej
Trochę dobrej, trochę złej
Jestem trzpiotką, plotką, kotką
Albo dziwny ze mnie ptak
Zgadnij, kotku, co mam w środku
A gdy zgadniesz powiesz tak...
Wielkie czekanie, wielkie odliczanie
Zna dobrze każdy, zna
I każdy z nas ma swój zegar, co
Inaczej liczy czas
Od złych pomysłów do tych jak najgorszych
Od SOS do dna
Od chwili strachu do wielkiej forsy
No a ja
Moje czekanie, wielkie odliczanie
Polega na tym, że
Wiem, że jest coś, co zdarzy się
I co przerazi mnie
Przemówi do mnie pogrubioną czcionką
Z dzienników pierwszych kart
Zamieni jasne rozsądku słonko
W czarny żart
I choć mój rozsądek mówi mi
Tym myślom złym daj wolne
Świtem w lot umknij myślom złym
Spójrz na życie z jasnej strony, z jasnej strony
Wielkie czekanie, wielkie odliczanie
Nieznana siostro, znasz
Te myśli złe na nocy dnie
I samotności twarz
Smutne nowenny w biały czas bezsenny
By wreszcie spłynął sen
Więc zastosować spróbuj bezcenny
Sposób ten
W którym czekanie, wielkie odliczanie
Polega na tym, że
Uwierzysz w coś, co zdarzy się
I co zachwyci cię
Może czyjś uśmiech, nagle taki bliski
I nagły serca dreszcz
Dowcipu błyski, wierszyk noblistki
Spacer w deszcz
Spójrz na życie z jasnej strony, z jasnej strony
Wielkie czekanie, wielkie odliczanie…
Joanna Lewandowska Kołysanka dla śpiących inaczej Andrzej Poniedzielski
Umrzeć
Gdyby, gdyby wiosną
Ale nie tak jakoś ostro
Na spokojnie, przez przypadek
Może we śnie, jak mój dziadek
Ze spokojem w duszy, w głowie
Właśnie, we śnie, jak mój dziadek
A nie w panice, jak pasażerowie jego autobusu
Obudź się i żyj, obudź się, nie śpij
Bo mówią: sen to zdrowie
Ale już nikt nie powie
Że kiedy sen omami cię
To możesz przespać i własne zdrowie
Filozofia zeń
Masz życie, to korzystaj zeń
Żyć się godzi, jednak żywi
Spanie nieuczciwe
To zmarnowany sens i tlen
Żyć się chciało by
Tak między "be" a "not to be"
Ale życie, aby aby, jakby dla zabawy
To zmarnowany sens i tlen
Szczęście domu nie omija
Gdzie się ktoś uwija
A nie owija w koc
I śpi
Zakręt w prawo, zakręt w lewo
I rów
Obudź się i żyj, obudź się, nie śpij
Toż nawet pośród zwierzy
Leżenie się nie szerzy
Korzysta zwierz ze swoich leż
Kiedy leżenie mu się należy
Filozofia zeń
Masz życie, to korzystaj zeń
Żyć się godzi, trochę żywe
Spanie nieuczciwe
To zmarnowany sens i tlen...
Ramię pana poznane wśród tanecznej drogi
Jest jak mur nieugięte
Jak żelazo twarde
Czy słabość wzbudza w panu litość czy pogardę
Nie proszę pani
Zachwyt pełen dzikiej trwogi W sieci
Siatka na plecach moich
Pleciona ze złota
Sczepiła się z rękawem mojego dansera
W sieci złocistych oczek uwięzła tęsknota
Tak się miota
Że siatkę musimy rozdzierać Strach
Zmęczyłam się charlestonem ach chodźmy odpocząć
Wśród parawanów chińskich gdzie się smoki droczą
O tu na tych poduszkach pod tym abażurem
Lecz o czym pan rozmyśla w milczeniu ponurem
Pan tak pobladł i oczy ma pan jak ze stali
Boże on chce mnie objąć tak jak tam na sali Obraz: Jorge Botero Lujan
Trzeba chodzić w masce Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
Poszłam w masce zwinięta w pelerynę ciemną
Z oczami zwężonymi
W migocące sierpy
Szczęście mnie nie poznało
I tańczyło ze mną
Nie wiedząc że to jestem
Ja której nie cierpi
Los też mnie nie poznał
I pomyślał sobie
Czemuż nie mam dogodzić
Tej obcej osobie.
Mirosław Czyżykiewicz, Jacek Bończyk
Życie to nie teatr Edward Stachura
Życie to jest teatr, mówisz ciągle, opowiadasz
Maski coraz inne, coraz mylne się nakłada
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra
Przy otwartych i zamkniętych drzwiach
To jest gra
Życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam
Życie to nie tylko kolorowa maskarada
Życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest
Wszystko przy nim blednie
Blednie nawet sama śmierć
Ty i ja - teatry to są dwa, ty i ja
Ty - ty prawdziwej nie uronisz łzy
Ty najwyżej w górę wznosisz brwi
Nawet kiedy źle ci jest, to nie jest źle
Bo ty grasz
Ja - cały zbudowany jestem z ran
Duszę na ramieniu wiecznie mam
Lecz kaleką nie ja jestem, tylko ty
Bo ty grasz
Dzisiaj bankiet u artystów, ty się tam wybierasz
Gości będzie dużo, nieodstępna tyraliera
Flirt i alkohole, może tańce będą też
Drzwi otwarte zamkną potem się
No i cześć
Wpadnę tam na chwilę, zanim spuchnie atmosfera
Wódki dwie wypiję, potem cicho się pozbieram
Wyjdę na ulicę, przy fontannie zmoczę łeb
Wyjdę na przestworza, przecudowny stworzę wiersz
Ty i ja - teatry to są dwa, ty i ja
Ty - ty prawdziwej nie uronisz łzy
Ty najwyżej w górę wznosisz brwi
I niezaraźliwy wcale jest twój śmiech
Bo ty grasz
Ja - cały zbudowany jestem z ran
Duszę na ramieniu wiecznie mam
Lecz gdy śmieję się, to w krąg się śmieje cały świat
Cały świat... Obrazy: Fabian Perez
Zbigniew Zamachowski Lament nieboszczyków Przemysław Borkowski
Na cmentarzach źle się dzieje
Zmarli płaczą. wicher wieje
Opuszczeni, w samotności
Chodzą smutni, gubią kości
Niepotrzebni, nieśmiertelni
Rozbitkowie wysp trumiennych
Płacz i lament wśród pomników
Nikt nie kocha nieboszczyków
Nikt nie kocha, nikt nie szlocha
Że już zmarli, to wynocha
Że już zmarli, że nieżywi
Krzyże proste wiatr pokrzywił
Kiedyś umrę, wiem na pewno
I co wtedy będzie ze mną
Kto mnie zechce, kto wysłucha
Kto pokocha jako trupa
Kto mnie zechce, kto wysłucha
Kto pokocha jako trupa
Ciężko zmarłym w wilczych skórach
Chodzą po wsiach, twarz ponura
Nikt nie kocha, nikt nie szlocha
Że już zmarli, to wynocha
Takie życie mają zmarli
Tylko przez to, że pomarli...
Szarlatanów nikt nie kocha.
Zawsze sami.
Dla nich gwiazdy świecą w górze
i na dole.
W tajnych szynkach piją dziwne
alkohole.
I wieczory przerażają
bluźnierstwami.
Wymyślili swe tablice
szmaragdowe.
Krwią dziewicy wypisali
charaktery.
Starych w liczbach; 18,
3 i 4.
Przeklinali Jezu-Chrysta
i Jehowę.
Szarlatani piszą księgi
o papieżach.
Zawsze w nocy mówią źle o
Watykanie.
Zawsze w nocy słychać szklane,
szklane łkanie;
płaczą gwiazdy zaplątane
w szkła na wieżach.
Kiedy miesiąc umęczony
wschodzi na nów,
alkohole z przerażenia
drżą słodyczą.
Nie pomogą alkohole;
W nocy krzyczą
łzy fałszywe szmaragdowych
szarlatanów.
Bardzo cicho i boleśnie
jest nad ranem.
Dzwonią dzwony, świt pochyla
się w pokorze.
Odpuść grzechy szarlatanom,
Panie Boże,
wszak Ty jesteś takim samym
szarlatanem.
Jacek Bończyk Jerzy Satanowski Na noże Julian Tuwim
Dzika gra! Straszna gra!
Oczy płoną! Serce gorze!
Który? Dwóch nas być nie może!
Albo ty - albo ja.
Raz-dwa, raz-dwa!
Na noże!
Krwi! krwi! Tak jak zwierz,
Żarem tchnę, wzrokiem palę!
Bez litości! W męce, w szale
Wyje żądza, wyje chuć!
Celnie gódź!
Dobrze dźgniesz -
- Sam pochwalę!
Stań wprost - nie jak tchórz,
Lub ci sam pod żebro nóż
Wwalę!
Dzika gra, straszna gra:
Albo ty - albo ja!
Miękkie ciało - twarda stal,
Tu się zaczaj, tam się skryj,
Po rękojeść w serce wbij,
Po rękojeść w serce wwal,
W miękkie ciało twardą stal,
Dźgnij!
A ja też, a ja też,
Chytrze, skrycie niby zwierz,
Póki krwią się nie obroczę,
Naprzód skoczę!
Jedna chwila, jeden ruch:
Raz-dwa! Prosto w brzuch!
Wbiję nagle, szybko wtłoczę
I rozpruję i zawiercę,
I bić będzie jedno serce
Jedno z dwóch!
Dumna sprawa, ciężka sprawa,
Chuć czerwona, krwawa sława,
Harda gra! Piękna gra!
Albo ty - albo ja!
Płonę! Dwóch nas być nie może!
Raz-dwa! Raz-dwa!
Na noże!
Lecz nim błysną z nożów skry,
Poprzysięgniem, ja i ty,
Że będziemy strzec najświęciej,
My uparci, my zawzięci,
By strumienie naszej krwi,
Boże broń, nie pobluzgały
Jej - lilianej, cichej, białej,
Kiedy w strasznej naszej walce
Rękojeście ścisną palce,
Kiedy wielki gniew rozgorze,
Gdy będziemy życiu mścić,
Gdy się zaczniem strasznie bić
Na noże!
Hanna Banaszak Mirosław Czyżykiewicz Czarnolas Jan Wołek
Odchodzą w drodze, jakby w tańcu
W półkroku stygną w ruchach
Jakby ogniwo zgubił łańcuch
Zresztą bez szkody dla łańcucha
Ale karnawał wciąż się toczy
I drepcząc ramię w ramię
Nie chcemy spojrzeć prawdzie w oczy
Bo nas zamieni w kamień
Stawiamy żłobki, szkoły, groby
Roimy się, aż miło
Tak, tak, pełno nas
A jakoby nikogo nie było
I lecą poza kres nawiasów
Latawce naszych marzeń
O życiu, co nie kwestią czasu
Ani też splotów zdarzeń
Żremy, pragniemy, wydalamy
Chłoniemy dal za dalą
Świeczki na grobach zapalamy
Wierząc, że nam zapalą
Stawiamy żłobki, szkoły, groby...
A kiedy z życia już ogryzki
Wyraźnie widać teraz
We wciąż nam bliskich ciałach bliskich
Szkielety, jak z Dürera
Biją monety, biją dzwony
Wiatr hula nam po stole
Siedzisz, wykreślasz telefony
Czekasz na swoją kolej...
Justyna Szafran Tancbuda i saksofon Joanna Szczepkowska
Rozkapryszonym bogom
Polecając serce moje
Robisz błąd, skrzypku, robisz błąd
Niepokój serca mego
Sonatowym rzeźbisz smyczkiem
Nie ten ton, skrzypku, nie ten ton
Zgadujesz serce, dotykając
Strun najwyższych
Nie ten gest, skrzypku, nie ten gest
Vivaldim zatkaj uszy
Przed mym sercem uchroń oczy
Bo tam jest, skrzypku, bo tam jest
Tancbuda i saksofon
Boska nuda, fałszywy ton
Tancbuda i saksofon
Cicha nuda wciśnięta w kąt
Nie strzelać, pianista śpi
Pokera ponury pysk
Rozróba i ułuda, i tanie szkło
Tancbuda i saksofon
Stukając do drzwi moich
Con amore, non vivace
To nie tak, skrzypku, to nie tak
Zgadujesz w mym pokoju
Jakieś płacze i nastroje
Niech cię szlag, skrzypku, niech cię szlag
Przynajmniej zamknij oczy
I za progiem zostaw skrzypce
Potem wejdź, skrzypku, potem wejdź
Nieczystość mej podłogi
Niech cię, skrzypku, nie zaskoczy
Bo tam jest, skrzypku, bo tam jest
Tancbuda i saksofon
Boska ruda tańczące zło
Tancbuda i saksofon
Jedno życie za jeden błąd
Cygaro zgaszone wpół
Gdzie ciało - wie tylko stół
Ułuda, tania wóda i złoty ząb
Tancbuda i saksofon
Buro-szare świty nad ranem
Łóżka tanim oblane szampanem
Cicha łezka pod sztuczną rzęsą
Białe koty pijane i tango
Stara trąbka chora na jazz
I piosenka za jeden gest
Tancbuda i saksofon...
Jeżeli potem jeszcze
Na koncercie jakimś cudem
Będziesz grał, skrzypku, będziesz grał
Nie pojmie nikt fałszywych dźwięków
Twoich biednych skrzypiec
Tylko ja, skrzypku, tylko ja
Połamiesz smyczek, słysząc
Śmierć oklasków, tępą ciszę
Tani gest, skrzypku, tani gest
Nie szukaj już pomocy
W środku ciszy swego serca
Bo tam jest, skrzypku, tam już jest...
Panowie rzućcie okiem wokół
Wszystko to zmieni się niebawem
Pijak co moczy pysk w rynsztoku
Trzeźwy nad cichym siądzie stawem
Dzieweczkę grzeczny sen utuli
W bielonych prześcieradłach czystych
I wszystkie tego dnia speluny
W pałace zmienią się strzeliste
To jedno wiem, wiem to jedno
Przyjdzie na pewno ten dzień
Przyjdzie na pewno…
Kobieta, która męża dłonie
Zna tylko zaciśnięte pięście
Wkrótce na jego kolan tronie
Pozna swe ciche babie szczęście
Małżonek zaś co w cichej złości
Siniaczył żony czoło blade
Odnajdzie dawnej smak miłości
Odzyska polor i ogładę
To jedno wiem…
Dzieci co krów pilnują chudych
Ledwo im minie latek parę
Z nieuctwa oraz zwyklej nudy
Zrobią się brzydkie oraz stare
Lecz to się także zmieni wkrótce
Pójdą do szkół przez park aleją
I nasza utopiona w wódce
Nadzieja stanie się nadzieją
To jedno wiem…
A jeśli nas już nie zastanie
Owego dnia promienny świt
Bośmy czekali długo zbyt
To przy kotletach na śniadanie
Niechaj wam kością w gardle stanie
Naszych ostatnich długów kwit