Elżbieta Wojnowska
Mały szary człowiek
Andrzej Bursa
Mały szary człowiek...
Taki szary jak poniedziałek po niedzieli
Szary jak szara mysz na szarym polu
Dowolnie sortowany, magazynowany
I sprzedawany hurtownie
Mały szary człowiek...
Krążący w obiegu detalicznie
Jako jeden z detali ogromnej sumy
Identycznych detali
Detal właściwie zbędny
O wiele bardziej zbędny
Od cyfry, pod którą jest zapisany
Mały szary człowiek...
Człowiek zapłonął...
Zapłonął wielką...
Wielką miłością
Przecież znasz wszystkie moje chwyty
wiesz kiedy będę drapać krzyczeć i rzucać się
znasz upór moich zmagań
i drętwe pozbawione smaku i czucia wyczerpanie
wtedy zatruwasz mój sen majakami
aby uniemożliwić mi jakikolwiek azyl
życie moje…
znam twoje słodycze
które przyjmuję ze skwapliwą wdzięcznością
i po których szarpią mnie torsje
przywykłam do twoich okrucieństw
nauczyłam się śmiać z własnego trupa
znasz dobrze ten mój ostatni chwyt
znudziliśmy się sobie życie moje
życie moje... mój wrogu
cóż kiedy wkręciłeś iskry bólu w moje szczęki
aby utrudnić mi ziewanie
Roznieciliśmy nasze ognisko By odgrodzić swoje wieczory Od ludzi wszystkich jak od chorób Niech się kołysze, niech błyska Niech złote śpiewają iskry W naszym ognisku... Siedzimy wieczorami Coś niedobrze się dzieje Płomień gaśnie, ciemnieje Kopeć oczernił pokój Pyta żona: co ci kochany? - A daj mi spokój... Ja wiem czemu smutno, mój drogi My lubimy bardzo czworonogi Zwierzę najlepszy przyjaciel Już na ulicy jestem jednym skokiem Przemierzam całe miasto szerokie Wracam
Z ogromnym kotem pod pachą Siedzimy wieczorami
Coś niedobrze się dzieje
Kot straszy bursztynowym okiem
Płomień gaśnie, ciemnieje
Przeglądamy... malarstwo włoskie...
Rany boskie jak nudno, rany boskie...
No - mówię - rady nie ma
Widać się do siebie nie nadajemy
Koniec z naszym ogniskiem
Ale sprośmy na ostatek
Wszystkich naszych kamratów
Ze szkolnej ławy, z popijawy
Zrobimy zabawę...
Przyszli goście Każdy opowiada Barwna talia się układa Z prostych opowieści Chwalimy życie z całej mocy Śpiewamy pieśni do północy... Pierwsza, goście już za progiem No i cóż moja droga I nam trzeba zabierać walizki Ale popatrz, popatrz Jak się kołysze i błyska Wielkim ogniem, słoneczną iskrą Nasze ognisko I nasz kot jest bardzo piękny Z tym bursztynowym okiem
W czerwcu najpiękniej ogród zakwita Luizy
Którego nieistnienie zabija jak topór
Zawieszony na tęczy pod gwarancją wizji
Rozżarza się w olśnienie purpurowych kopuł
W czerwcu najpiękniej ogród zakwita Luizy
Luiza której lekkość gracja i swoboda
Metal z różą a krzemień z obłokiem kojarzy
Biega bezbronna w ciemnych lewadach ogrodu
Serca wyryte w korze mając na swej straży
Luiza której lekkość gracja i swoboda
Kawalkada dąbrowy czujność sarnich blasków
Gamę śmiechu Luizy powtarza gdy ona
Rozrzucająca włosów rozgwiazdę na piasku
Poddaje nagie gardło śmiechem zwyciężona
Kawalkada dąbrowy czujność sarnich blasków
Łaskę Luizy może zdobyć tylko męstwo
Pewność rzutu i nerwów szaleńcze napięcie
Zwycięzco umazany gęstą krwią zwierzęcą
Przynieś jej lwią paszczękę i serce łabędzie
Łaskę Luizy może zdobyć tylko męstwo
Prostotę tajemnicy ogrodu Luizy
Labiryntów i altan puszcz i klombów kwietnych
Ptaszarni i rykowisk gonów gazel chyżych
Pojąć potrafi tylko prawy i szlachetny
Prostotę tajemnicy ogrodu Luizy
Którego nieistnienie zabija jak topór
Realnością śmiertelnych poczekalni ziemi
Przeklęty rojeniami dzieci i idiotów
Wydrwiony mgieł nonsensem ginie w neurastenii
Którego nieistnienie zabija jak topór
Kuternoga z wiatrakiem w rogu w karty trzaska
Na policzkach kelnerki czerwonawe plamy
Dostaniesz tylko piwo gestem pełnym łaski
W gospodzie lśniącej żółtym lakierem na ścianach
I tak już się nie wydarzy co miało się wydarzyć
Za długo dawne przeżyć za krótko przyszłe dożyć
I tak już się nie wydarzy co miało się wydarzyć
Za długo dawne przeżyć za krótko przyszłe dożyć
Ej miasteczko chędogie butne rzeczywiste
Z którego wszystkie drogi prowadzą do Rzymu
Po tabakę zapałki i wodę ognistą
Wiodą w dżdżyste wieczory grząskie koleiny
Tam gdzie brunatna broda grzyba na pułapie
Szczekające kominy blaski w szklankach błędne
I ludzie co godziny mielą jak wiatraki
Kiedy im przytupuje tłusty król żołędny.
I tak już się nie wydarzy co miało się wydarzyć
Za długo dawne przeżyć za krótko przyszłe dożyć
I tak już się nie wydarzy co miało się wydarzyć
Za długo dawne przeżyć za krótko przyszłe dożyć