Pojadę tam, gdzie nie ma mnie
Zielony chłód
Spokojnie drzemią mądre, siwe pnie
I owoc ma szampana smak
Łasi się lew
I Vivaldiego rano śpiewa ptak
Dom ma oczy twe
Noc ma skrzydła dwa
Dzień ma kolor miodu
A ciebie brak
Pojadę tam, gdzie nie ma mnie
Już pusty bar
Ktoś resztkę piwa jeszcze ma na dnie
Snuje się dym palonych traw
Parowóz śpi
Zamknięta kasa, bo biletów brak
Dzień ma kolor mgły
Noc ma gorycz łzy
Nie mam nic ze sobą
Choć jesteś ty
Jest sen jak dym
I co mam zrobić z nim
Jest sen i we śnie
Nie dzieje się nic
Już za późno, za późno
Żebyś i ty ze mną usnął
Przepełza nocy czarny rak
Już za długo, za długo
Jestem mych zegarów sługą
Bo tylko zegar wciąż mi mówi "tak"
I śpią aleje
Nic się nie dzieje
Nic się nie klei
Nic nie klei nam
To za mało, za mało
By się żyć naprawdę chciało
By zacząć o nas mówić "my"
To za wiele, za wiele
Gdy w samotną, złą niedzielę
W otwarte nikt nie puka drzwi
Jest świt, a z nim
Znikają nawet sny
Jest świt, kropla dnia
To łza czy nie łza
Wciąż za rano, za rano
By w otwartym oknie stanąć
I czekać na znajomy krok
Wciąż za wcześnie, za wcześnie
Żeby zrywać z drzew czereśnie
I malin pić czerwony, chłodny sok
I śpią aleje
W nich śpią nadzieje
Troszeczkę dnieje
Trochę dnieje nam
To za mało, za mało
By się żyć naprawdę chciało
By zacząć o nas mówić "my"
To za wiele, za wiele
Gdy w samotną, złą niedzielę
W otwarte nikt nie puka drzwi
Na końcu sali, gdzie walc nie dobiegł
Gdzie w szklankach białe płyny lśnią
Stoją samotni, smutni mężowie
Bardzo uroczych, urodziwych żon
A wokół gwar wielkiego świata
Pochlebny słychać szept
"Ten pan to jest mąż pani X.
Ten pan to jest mąż pani Z."
Na końcu sali stoją zaspani dobrzy mężowie
Bardzo pięknych żon
Na dobre i na gorsze związani dobrym słowem
Wyrozumiali nadzwyczajnie są
Bo nie jest źle, panowie
Jest dobrze, każdy powie
Być mężem pięknej żony…
Częstują papierosem, kieliszek przy niedzieli
Wyrozumiali nadzwyczajnie są
I cicho wspominają, jak kiedyś bardzo chcieli
Być mężem pięknej żony…
Na środku sali, gdzie tłum szaleje
Zmysłowe walca tony brzmią
Co tam się dzieje, co tam się dzieje
Bawią się żony mężów pięknych żon
Mężowi zarost szybciej rośnie
Na skronie pada szron
A pod ścianami siedzące skromnie
Panienki się nie śmieją doń
Na środku sali bawią się dalej wspaniałe żony
Najpiękniejsze z żon
Na dobre i na gorsze związane dobrym słowem
Wyrozumiałe nadzwyczajnie są
Bo wyobraźcie sobie
Niełatwo, każdy powie
Być taką piękną żoną…
Częstują papierosem, kieliszek przy niedzieli
Wyrozumiałe nadzwyczajnie są
I cicho wspominają, jak kiedyś bardzo chciały
Być taką piękną żoną...
Na dobre i na złe
Ty, co dzień i od święta
Ty, bieg przyśpieszasz tętna
Ty, ze mnie niekontenta
Chcesz zmienić świat
Ja, hardy, nieudany
Ja, wściekle zakochany
Ja, tobie niepoddany
Wciąż bronię się
Nie sądź mnie wedle moich wad
Nie sądź mnie, jak osądza świat
Pomyśl dobrze czy źle, lecz nie sądź mnie
Nie sądź mnie jak surowy sąd
Pomyśl, że nim odejdę stąd
Może tobie czy mnie nie będzie źle
Ja, człowiek ci nieznany
Ja, nieprzystosowany
Ja, tobie dziś przydany
Ja ciebie chcę
Ty, zawsze upragniona
Ty masz pretensję do nas
I chciałabyś przekonać
I uczyć mnie
Nie sądź mnie wedle moich wad...
Nie sądź mnie wedle moich wad
Nie sądź mnie, nie udzielaj rad
Kochaj albo i nie, lecz nie sądź mnie
Nie smuć się, że ci za mnie wstyd
Nie martw się, że nagrzeszę zbyt
Pomyśl - być może, że źle sądzisz mnie
No i co? No i pstro
I nie ma o czym gadać
Coś było, się zmyło
Ja za to odpowiadam
Nie wiem nic i wiedzieć nie chcę
Wszystko sobie ważę lekce
Niepotrzebne odrzucam
Jak skórkę pomarańczy
Już nie tańczę, nie tańczę
No i co? No i pstro
A myślałby kto, że coś
I złapcie po fakcie
Niełatwą mą kobiecość
Więcej rozmawiać z wami
Nie mam już ochoty
I tak powiedziałam za dużo
Za chwilę mnie zabierze
Helikopter złoty z załogą
Pierwszorzędnych Francuzów
Już nie będę z wami
Ani z nikim innym
Na żarty, ani na serio.
Nie będzie telefonów
Ni związków rodzinnych
W moim Rio de Janeiro
Nie wiem nic
Wiedzcie sobie sami
Wiedza to życia dynamit
Znów trzęsienie w Hong Kongu
Ówdzie plaga szarańczy
A ja nie tańczę, nie tańczę
Już nie tańczę, nie tańczę
Obrazy: Andrew Atroshenko Muzyka: Andrzej Zieliński
Odejdę, nie spamiętam,
widać nie byłam święta,
widać mnie źle uczyli,
widać za mało bili
tata z mamą.
Nie myślcie o mnie źle,
widać nam chodzi nie
o to samo.
Polem, łąką,
bliska skowronkom
odchodzę.
Drogą, ścieżką,
tam gdzie nie mieszkam,
odchodzę.
Miedzą, rżyskiem,
sama ze wszystkim
odchodzę.
Napisz do mamy,
gdzie się spotkamy
po drodze... Muzyka: Andrzej Zieliński
Nie będę was kochać
Obce okna, obce drzwi
Nie będę was kochać
Bo to nie wy
Nie będę was lubić
Cudze twarze
Cudzych marzeń
Cudzych wzruszeń
Nie będę was lubić
Bo nie muszę
U was dla mnie miejsca nie ma
Nawet w kącie na kanapie
Takie życie nie na temat
Bywa bardzo chropowate
U mnie też zamknięte drzwi
Już jesień, już jesień
Otworzyć, wybaczcie mi
Nie chce się
Nie będę was kochać
Obce smutki, obce łzy
Nie będę was kochać
Bo to nie wy
Nie będę was lubić
Cudza sprawa
Cudzy krawat
Cudzy dramat
Nie będę was lubić
Jestem sama...
Sprzęty dnia, coś co drga
Coś co trwa lub się gubi
Zmierzchu dreszcz, jakiś wiersz
Kogoś chcesz, chociaż nie lubisz
Północ już, świata pół
Stary stół i meble gięte
Dźwięków sto, zbite szkło
Takie to niekonsekwentne
A jakby to zebrać na zawsze do kupy
To co, to co?
I młodych, i starych, i mądrych, i głupich
To co, to co?
I wszystkie przedmioty, i wszelkie ochoty
To co, to co?
I kożuch na zimę, i pierścionek złoty
To co, to co?
Ułożyć to wszystko porządnie w szufladkach
To co, to co?
Znów nie ta fryzura, znów nie ta pomadka
To co, i co?...
Ptaszkowie niebiescy nie sieją, nie orzą
A żyją ptaszkowie i nawet się mnożą
A my się męczymy i łza w oku łechce
Gdy musisz coś zasiać, a tu ci się nie chce
A znowu przyjaciel twój czuje się gorzej
Bo chciałby zaorać, lecz jakoś nie może
Ptaszkowie niebiescy nie palą, nie piją
A żyją ptaszkowie. Absolutnie żyją
A my się męczymy, by zwalczyć nałogi
Alkohol, gdy droższy to sercu mniej drogi
Więc kochasz przyrodę w kartoflach lub w życie
I popyt opada, a wzrasta spożycie
Ptaszkowie niebiescy nie mówią do rzeczy
Raz któryś zaćwierka, to znowu zaskrzeczy
A my się męczymy, ćwiczymy wymowę
I nikt nie rozumie, gdy drugi coś powie
Odpowie mu pierwszy z podobnym wynikiem
A potem już ręką, kłonicą i bykiem
Ptaszkowie niebiescy nie wiedzą, że żyją
Nic nie wyczytają i nic nie odkryją
A my się męczymy tak z tym, co nas czeka
I żeby z człowieka uczynić człowieka
Modlić się, czy śpiewać, czy strzelać, czy pościć
By odnaleźć prywatne poczucie ludzkości
Ptaszkowie niebiescy, jak wy to robicie
Dla was to igraszki, nam chodzi o życie...
Jerzy Połomski Wszystko dla pań Jonasz Kofta, Adam Kreczmar
Gdy w gąszczu drzew ptaków śpiewanie,
wiatr niesie siana woń od stogu,
zwykle zadaję sobie pytanie:
dla kogo to wszystko, dla kogo?
Owocem ciężkim wonne lato
toczy się w trawę soczystą,
czy jest odpowiedź jakaś na to:
dla kogo, dla kogo to wszystko?
Wszystko dla pań – konsumentek miłości,
wszystko dla pań – a wszystkiego nie dość im,
taki los, więc użalam się nań – wszystko dla pań.
Wszystko dla pań – sprawnych matrymonialnie,
wszystko dla pań – a dlaczego nic dla mnie,
losie zły, trochę lepszy się stań,
wszystko dla pań, wszystko dla pań.
Urody życia jasne pejzaże,
gdy nie ma ich, na ogół bledną
i ulegamy pań zwiewnym szantażom,
wciąż mając w pamięci to jedno,
więc kłaniam się, tańczę, całuję rączki,
pełen zachwytu i werwy,
choć z nóg mnie zwala atak gorączki,
ja muszę, ja muszę bez przerwy.
Wszystko dla pań – ta wiosenna nadczynność,
wszystko dla pań – na gorąco, na zimno,
z życia licznych przekąsek i dań – wszystko dla pań,
wszystko dla pań – czego chcą, czego dotkną,
wszystko dla pań – nawet moja samotność
i te noce bezsenne wśród łkań,
– wszystko dla pań, wszystko dla pań.
Jak to się stało, że cię sercem szczerem
tak pokochałem jeszcze przed weselem,
jak to się stało, że nim meble wnieśli,
tyś tylko o mnie, i w sercu, i w pieśni?
Tyś jest skrzypem bramy zamkniętej do rana,
tyś jest bezlitośnie, okrutnie ta sama,
tyś jest bzu zapachem i liści szelestem
tyś jest – ale czy ja na pewno jestem?
Jak to się dzieje, że żal serce nieci,
choć przyszła nuda, a za nią i dzieci,
jak to się dzieje, dolo nieszczęśliwa,
że tyś jest zawsze, a ja tylko bywam?
Tyś jest łyżką cukru w herbacie codziennej,
tyś jest, choć nie widzę nie słyszę, a nie mniej:
tyś jest myszą w ścianie, co nocą chroboce,
tyś jest moim światłem, poduszką i kocem.
Tyś jest tym, czym byłbym,
gdy byłbym w tym lepszy,
tyś jest – tylko oczu, już oczu tak nie trzyj,
tyś jest – moja muza, kochanka i temat
tyś jest – zdaje się, że jej już nie ma…
Jerzy Połomski Taką cię mam, jakiej cię chciałem Adam Kreczmar
Kiedy samotność letnią strugą
odpływa dzień po dniu
i kiedy wszystko trwa za długo
oprócz snu,
pytam zdumiony,
pytam skruszony,
pytam w pokorze:
jak to być może?...
Taką cię mam, jakiej cię chciałem,
a już nie wiosna, tylko jesień.
Taką cię mam, jakiej cię chciałem,
a innej chce się, a innej chce się.
Coś przegapiłem, zapomniałem,
nie strzegłem, nie dopilnowałem,
nie wyczytałem nic ze spojrzeń
i już nie zdążę, i już nie zdążę.
W bezbrzeżnym morzu wyobraźni
każdy coś złowić chce
i ludziom z tym na ogół raźniej,
a mnie nie.
Nic już nie myśląc,
z lekką walizką
biegnę na dworzec,
jak to być może?...
Takiego masz, jakiegoś chciała,
ale mnie po peronie nie goń.
Takiego masz, jakiegoś chciała,
a chcesz innego, a chcesz innego.
Coś przegapiłaś, zapomniałaś,
nie strzegłaś, nie dopilnowałaś,
aż spadło to w pustkę i ciszę…
Pisz, ja napiszę, pisz, ja napiszę.
Jerzy Połomski Nie mów mi prawdy kochanie Adam Kreczmar
Być może nie jestem piękny
Jak polnej róży pąk
Być może nie ma chętnych
Żeby mnie wziąć do rąk
Może piję za dużo
Co się nie zdarza różom
Lecz jeśli nawet tak jest
Zrób przecie mały gest
I nie mów mi prawdy, kochanie
Choć kusi, oj, jak kusi
Nie mów mi prawdy, kochanie
Nie musisz
Przecież, panowie, panie
Nic się złego nie stanie
Gdy ktoś czasami skłamie
By milej było nam żyć
Być może i mnie na koniec
Zanudzi miłość twa
I gdzieś po świecie pogonię
Za tym, co w sercu gra
Może spotkam dziewczynę
Której już nie ominę
Lecz jeśli to zdarzy się
Możesz mi wierzyć, że
Nie, nie powiem prawdy, kochanie
Choć kusi, oj, jak kusi
Nie powiem prawdy, kochanie
Znać jej nie musisz
Nie powiem nic, kochanie
Nic się złego nie stanie
Ścisnę zęby i skłamię
I możesz na mnie liczyć...
Jerzy Połomski Miłujcie tedy ile chcecie Adam Kreczmar
Komu zależeć może na tem
Żeby kobiety nie bić kwiatem
Żeby całować ją po rękach
Włóczyć po wierszach, po piosenkach
Żeby ją stawiać na piedestał
Na którym nie wiem kto już nie stał
I żeby czci podarkiem płonym
Darzyć kobiety, dziewki, żony
Miłujcie tedy, ile chcecie
Miłujcie tedy, ile w mocy
Bo na tym nierozważnym świecie
Tyle się pustych zbywa nocy
Miłujcie tedy, ile chcecie
Miłujcie tedy, ile wola
Bo na tym nierozważnym świecie
Jedna dla mężów, niewiast dola
Komu zależeć może na tem
Żeby kobiety nie bić kwiatem
Żeby ją kochać słowem pustym
Zapomnieć oczy, ręce, usta
Tęskniąc troszeczkę - wolną chwilą
Równać ją z kwiatem czy z motylem
Prowadzić w pusty park jesieni
Dziewczyny, które chcą się żenić
Miłujcie tedy, ile chcecie...
Komu zależeć może na tem
Żeby kobiety nie bić kwiatem
By na miłości krzew kolczasty
Patrzeć niechętnie jak na chwasty
Hodować kwiaty i płeć słabą
Bo róża różą - baba babą
By piął się męski gniew jak powój
Wyżej i wyżej - do rozwodu
Miłujcie tedy, ile chcecie
Miłujcie tedy, ile w mocy
Bo na tym nierozważnym świecie
Tyle się pustych zbywa nocy
Miłujcie tedy, ile chcecie
Miłujcie tedy, ile siły
Bo na tym nierozważnym świecie
Trzeba coś robić, by był miły
Nie przyznam się do swoich wad
Że mi się źle ułożył świat
To może wina świata, a może moja
Do swoich strat, do swoich klęsk
Do marzeń, co straciły sens
Do moich licznych wad
Nie przyznam się
Nie wiem, co przynieść ma mi czas
Długi wiek, piękną starość
Czy może wymierzy karę
Za to, że dziś trochę wiary mi brak
Nie przyznam się do swoich łez
Bo wiele lat uczono mnie
Jak nie przyznawać się i jak przetrzymać
Nie przyznać się, co niesie lęk
Przetrzymać noc, przeczekać dzień
Do moich licznych łez nie przyznam się
Nie przyznam się do swoich słów
To było znów nie to, co chciałem wyznać
Ten próżny żal, spóźnione łzy
Gdy je przypomnisz mi
Nie przyznam się...