Stare dzieje jak z dawnej powieści
Kiedy z hukiem mijając dorożkę
Automobil pojawił się w mieście
I zatrąbił na środku Marszałkowskiej
Policmajster pod murem stał blady
Jak bumaga z powiestką sądową
Sklepikarze zaś weszli pod lady
I kopiejki liczyli nerwowo
Trwoga padła na żywy inwentarz
Mdlały babcie i podniósł się wrzask
Tylko z okiem patrzyły dziewczęta
I już skrycie marzyły, by raz...
Automobilem, automobilem
Pojechać choćby cztery mile
Chociaż na chwilę zostawić wszystko
Z bardzo odważnym automobilistą
Może być gruby, może być niski
Miewać podagry albo zadyszki
Może być stary, może być młody
Byleby tylko miał ten automobil
Automobilem, automobilem
Wjedzie do serca jak motylek
Znajdzie tu garaż i cichą przystań
Ach, wytęskniony automobilista
Samochody i tamte zwyczaje
Dziś wydają się śmieszne i proste
Najspokojniej przechodnie przystają
Zamyśleni na środku Marszałkowskiej
Milicjanci wręczają mandaty
Na pamiątkę codziennych wykroczeń
A nad miastem - z trabantów i fiatów
Spalinowy, niebieski obłoczek
I na odgłos łomotu syrenki
Nikt nie mdleje i nie drży jak liść
Tylko refren tej starej piosenki
Niezmieniony pozostał do dziś...
Automobilem, automobilem
Pojechać choćby cztery mile
Chociaż na chwilę zostawić wszystko
Z bardzo odważnym automobilistą
Może być gruby, może być niski
Miewać podagry albo zadyszki
Może być stary, może być młody
Byleby tylko miał tego Fiata 125p
Automobilem, automobilem
Wjedzie do serca jak motylek
Znajdzie tu garaż i cichą przystań
Ach, wytęskniony, ach, wytęskniony
Ach, wytęskniony automobilista
Było to wtedy, moi panowie
Gdym z cienkich gumek robił pstrykawki
Wtedy gdy miałem plastry na głowie
Bo zlatywałem ciągle z huśtawki
Spodnie podarte w miejscu wam znanym
Za to poręcze świeciły w domu
Do pieca kładłem matce kasztany
I na przechodniów plułem z balkonu
I miałem zwyczaj, że hasła śmiałe
Na wszystkich płotach wypisywałem, że
Adaś jest świnia, a Stasio jest głupi
Że stróż, pan Marciniak, jak bela się upił
Że Zosia Niedźwiedziak ma zakutą pałę
Nikt o tym nie wiedział, że to ja pisałem
A później - nie wiem, jak to się stało
Brązowe oczy, po prostu heca
I ona także, gdy była mała
Kasztany kładła matce do pieca
Wieczorem poznał mnie z nią koleżka
Dziewczęca buzia o ślicznych rysach
Dobrze wiedziałem, gdzie ona mieszka
Lecz się wstydziłem nawet napisać
A więc te wszystkie myśli nieśmiałe
W nocy na płocie raz wypisałem, że
Jesteś jak powiew wiosny na ulicy
Gdy wiatr ci na biodrach wygładza spódnicę
I jesteś wspaniała w tym słonecznym złocie
A ona, no cóż, wiedziała, prawda, kto pisał na...
Zimą w parku z ciemnych drzew wieje chłód
Zimą w parku ziemi sny, szelest grud
Zamarzł staw i łódek dna srebrzy szron -
Furażerki chłopców, co w polu śpią
Pustym parkiem idę w biel wszystkich zim
Nagle widzę - śnieg przysypał czarci młyn
Czarci młyn, czarci młyn
Wtedy byłam razem z nim
Diabelski młyn nas porwał i cofnął czas
Ech, kłam mi te słowa jeszcze raz
Że kochasz mnie tak jak noc swe gwiazdy
Jak obłok kocha wiatr
W starym parku z zimna drży srebrny klon
W starym parku śniegu biel, krepa wron
Tańczy śnieg, brzmi biały walc na trzy pas
Wieszcz ze spiżu uszy już sine ma
W pustym parku spotkać cię chciałabym
By mógł porwać nas znajomy czarci młyn
Czarci młyn, czarci młyn
Tyle wspomnień łączę z nim
Janusz Słowikowski
W naszym parku milczą dziś rzędy brzóz
Na fontannach krople ściął szklany mróz
Krzaki róży zgarbił puch śnieżnych czap
Znieruchomiał w białym śnie cały świat
Czy pamiętasz, kiedy tu w letni dzień
Młyn diabelski razem z nami kręcił się
Kręcił się, kręcił się
Teraz wiatr w nim śpi i śnieg
Diabelski młyn niech dziś znowu kręci się
Ech, znów przez wiatr słowa krzyczeć chcę
Że kocham cię i że będę kochał
To jedno tylko wiem
W naszym parku dzisiaj śnieg, cichy śnieg
Wodny zegar swoich kół wstrzymał bieg
Na cokole usnął koń, jeździec śpi
Białym nimfom marzą się wiosny dni
A ja widzę, widzę znów, jak we śnie
Młyn diabelski razem z nami kręci się
Kręci się, kręci się
Słyszę twój radosny śmiech Jan Pietrzak
Zima w parku sypie z drzew białe skry
Mróz uwięził klonów szmer, szelest lip
Odwrócona ciemnym dnem leży łódź
Jak żołnierska furażerka w porze snu
Tylko pamięć przywołuje wiosny dni
Na diabelskim kole w parku ja i ty
Ja i ty, ja i ty
Porwał nas diabelski młyn
Wiruje świat dookoła, cały świat
Ech, a ja wciąż wołam poprzez wiatr
Że kocham cię tak jak wiatr i gwiazdy
Jak wirujący świat
Opuszczony miejski park przykrył śnieg
Przysypała miłość nam smutna biel
Dyskobola zmienił mróz w zimny gips
Krąg taneczny lodowatą taflą lśni
Na diabelskim kole gwiżdże diabeł-wiatr
Tamte słowa dwa jak jedno - ty i ja
Ty i ja, ty i ja
Miga w tle twych oczu blask
ЧЕРТОВО КОЛЕСО Jewgienij Jewtuszenko
В зимнем парке тополя так грустны,
Липы просят подождать до весны.
Кверху дном все лодки молча лежат,
Как пилотки задремавших солдат.
Но ты помнишь, как давно по весне
Мы на чёртовом крутились колесе,
Колесе, колесе…
А теперь оно во сне.
Но я лечу
С тобой снова.
Я лечу – Эх!
И одно слово я кричу,
Кричу: «Люблю!», -
И лечу я к звёздам,
Кричу и вновь лечу.
Кричу: «Люблю!», -
И лечу я к звёздам,
Кричу и вновь лечу.
В зимнем парке так бело, так бело…
Словно парк, мою любовь замело.
Дискобол, грустя, в снегу так увяз,
Танцплощадке под снежком
Снится вальс.
И как будто позабыл я про всё…
Только чёрт заводит снова колесо,
Колесо, колесо…
И летит твоё лицо!
W dziwnym mieście, w którym nigdy deszcz nie pada
i gdzie ratusz ulepiony jest z cynfolii,
co dzień rano kolorowy kram rozkłada
potargany stary handlarz parasoli.
I zachęca małych ludzi cienkim krzykiem,
w rękach trzyma parasolki kolorowe,
parasolki maciupeńkie, jak guziki: białe, żółte, fioletowe i różowe.
Parasolki, parasolki dla dorosłych i dla dzieci!
Parasolki, parasolki - kropla przez nie przeleci!
Parasolki, parasolki. parasolki bardzo tanie!
Parasolki, parasolki proszę brać panowie, panie!
Mali ludzie mają małe domki z piasku
i maleńkie samochody z plasteliny...
Mali ludzie mają bardzo mało czasu,
bo maleńkie są zegary i godziny...
Muszą robić złote kule, być w teatrze,
potem jeszcze wpaść na chwilę do sąsiada.
Na sprzedawcę parasolek nikt nie patrzy,
zresztą u nich przecież nigdy deszcz nie pada.
Odszedł z miasta, w którym kramik swój rozkładał
potargany stary handlarz parasoli,
wtedy deszcz z małego nieba zaczął padać
na ulice i na ratusz - ten z cynfolii.
I spostrzegli mali ludzie z małych domów,
kiedy mieli mokre brody, mokre głowy,
że na Rynku, przy Ratuszu nie ma kramu
i sprzedawcy parasoli kolorowych.
Parasolki, parasolki. parasolki bardzo tanie!
Parasolki, parasolki proszę brać panowie, panie!
Proszę brać, panowie, panie!
Parasolki! Parasolki!
Obrazy: Claude Theberge