Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Długosz L.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Długosz L.. Pokaż wszystkie posty

Brel - Długosz - Czułość

Jacques Brel - La Tendresse
Leszek Długosz - Czułość

Za chwilę twej czułości
Za jeden taki dzień
Zapłacę tak jak zechcesz
I policz ile chcesz
I wszystkie dni oo mam
Przed sobą w słońcu mieć
I rzek przejrzysty nurt
I nocy ostry sierp
Dziś oddam bez zazdrości
Za chwilę twej czułości

Za chwilę twej czułości
Przemierzę cały świat
Pojadę tam gdzie zechcesz
I zmienię język, kraj
Czy widzisz miła ma
Jak marynarzy tłum
Dziewczynom rzuca grosz
Dlaczego – powiedz mi
Odpowiedz jak najprościej
Dla chwili choć czułości

Za chwilę twej czułości
Popełnię każdy błąd
Zapomnę to co zechcesz
I w przyjaźń zmienię złość
Ach ten kieliszek – spójrz
Co w dłoni trzymam mej
Czy wiesz jak kusi mnie
Odsunę jeśli chcesz
Gdy tylko mnie poprosisz
Za chwilę twej czułości

Pour un peu de tendresse
Je t'offrirais le temps
Qu'il reste de jeunesse
A l'été finissant
Pourquoi crois-tu la belle
Que monte ma chanson
Vers la claire dentelle
Qui danse sur ton front
Penché vers ma détresse
Pour un peu de tendresse

Pour un peu de tendresse
Za chwilę twej czułości

Kwiecista zwiewna twa sukienka - Leszek Długosz


Leszek Długosz
Kwiecista zwiewna twa sukienka

Kwiecista zwiewna twa sukienka
I tamto lato sprzed tylu lat
Ach popatrz wszystko to pamiętam
Czuję na twarzy tamten wiatr
Rzeźby obłoków, nieba błękit
Wyraźnie każdy szczegół trwa
I niecierpliwość mojej ręki i twoje nie
I twoje nie, i twoje tak

I doprawdy było, przecież było, było tak
Ja ten obraz wciąż w pamięci
Jeszcze żywy mam
Gdy na kwiecistej twej sukience
Rumieńcem płonął po raz pierwszy
Rumieńcem płonął każdy kwiat

Ach coś się zmierzchło, coś już przeszło
I coraz dalej tamte dni
Na dnie szuflady twa sukienka
W kłębek zwinięta dawno śpi
Ach życie, życie, ludzie, sprawy
Na niebie znów żurawi klucz
Na szmatki poszła twa sukienka którejś jesieni
Którejś jesieni znikła już

I to się skończyło nie inaczej
Właśnie, właśnie tak

Ja ten obraz wciąż w pamięci jeszcze żywy mam
Pocięłaś kwiatki już na szmatki, żeby posprzątać
Żeby zetrzeć, żeby pościerać z mebli kurz

Ot historyjka, taka piosenka
Do rymu się doczepia rym

Taka muzyczna fotografia
Wyblakły urok dawnych chwil

Rzeźby obłoków w niej i błękit
W zieleni jeszcze serca dwa

A chcesz, przypomnę jeszcze więcej
Ja gdzieś to wszystko
Ja gdzieś to wszystko w nutach mam

I choć tyle już pozmieniał
Tyle zabrał, zabrał czas

Ja ten obraz wciąż w pamięci jeszcze żywy mam
Na łąkach mej pamięci jeszcze
Jeszcze wiruje, wciąż szeleści
Kwiecista zwiewna twa sukienka i tamto lato
I tamto lato sprzed ilu lat?

Hejnał wiosenny - Leszek Długosz

Leszek Długosz
Hejnał wiosenny - Krakowiak

Zielona leszczyna, zieleni się trzcina
Dzwonią, dzwonią ptaki, że to się zaczyna
Hardzieją chłopaki, pięknieją dziewczyny
Przyznaj no się, wiosno, z twojej to przyczyny

Wiosenko, wiosenko, cóżeś ty za pani
Mrugniesz, błyśniesz, świśniesz - sami zakochani
Sami zakochani znowu w twej urodzie
W niebie, co się chwieje, w twej wiosennej wodzie

Wiosenko za progiem, ty już do nas przychodź
Z twej nadziei nutą, z zieloną muzyką
I co w sercach ciemne, gorzkie i zatrute
Ty to raz już rozplącz, ucisz, porozkruszaj

My już tak tą zimą długą skołowani
Sami już nie wiemy, co bardziej kochamy
Czy pod powiekami sny o tobie własne
Czy kwitnących tarnin twe welony jasne

Ty wiosno budź w gałęziach szyn
Po drogach, po rozstajach
Niech rozlega się twój jasny dzwon
W martwe ulice poleć miast
I skrzydłem wiatru w okna bij
Kto zwątpił i bez wiary
Kto w drętwocie serca tkwi od lat
Twego powrotu słysząc pieśń
Niech rzeknie - jest

Oto jest dzień, oto jest czas
Do szczęścia nas ten raz, choć raz
Odwagi niech nie zbraknie nam

Oto jest dzień, oto jest czas
Wysoko w niebo trąbko rwij
Nadziei nowej hejnał graj...


Ta chwila... - Leszek Długosz


Leszek Długosz
Ta chwila, ten blask lata cały

Ta chwila, ten blask lata cały
Ulewa światła w lipcu o poranku
Miliony iskier — lśnień tryliony
Rozbite lustro… To jezioro.
Słońc zewsząd reflektory
W powietrzu skwar i syk
Lont żółcią podpalony
Rozchodnik ten, co w pędzie obok drogi
Te skręty, żagwie, ognie nasturcjowe
Dyszące żarem grządki cynii, te cynobry!
Nagietki, floksy, szpaler aż pienisty
Ten ogród jak omdlały
W południe od południc migotliwy
Te błyski górą wśród fasoli
I spodem, gdzie się mierzwa buraczana płoni
Płomyki bladocytrynowe
Na wydmach tuż za płotem
Te kandelabry, świece półpustynne
Dziewanny te…

Ta chwila
Ten blask lata cały…
To ukryj, schowaj pod powieką
Potem?
Gdy jądro ciemne już ogarnie cię
Pojedna z chłodem
W głąb milczenia wciśnie
Potem?
To wszystko trzeba będzie
Wszystko potem oddać
Przestać
Odechcieć i zapomnieć.
Potem, powiadam, potem
Ale nie teraz…
Teraz zagarniaj jeszcze
Jedz i pij

Obrazy: Eugene J. Paprocki

Odkrycie czerwcowe - Leszek Długosz

Leszek Długosz
Odkrycie czerwcowe

Na końcu czerwca we wsi Dosłońce
Na skraju pola w kolonii maków
Jeden był taki…
Zajrzałem
Kolana się ugięły na widok majestatu:
W rozchylonym wnętrzu makowego pawilonu
Na najdelikatniejszych we wszechświecie poduszkach
Nie ma słów, żeby oddać subtelność materii
Barw walory
Leżał sobie - czyli mieszkał
Zieloniutki jak zielony groszek
Konik polny.

W letnie popołudnie kołysał się rozmarzony
Jak ktoś na hamaku.
Rewelacja!
To znaczy więcej, niżby zobaczyć
Motyla na róży?
Mrówkę w przepastnych kanionach piwonii?
To może jakby maharadżę ujrzeć
W czarodziejskim pałacu
W zaczarowaną godzinę wschodnich ceremonii?
Pomyśleć…
Umarłbym, nie odkrywszy obok
Możliwości i piękna takiego tu
Ziemskiego lokum…

O, lato…
Dniu po horyzont zbożem falujący
Wzgórze, gdzie pod kaskadą bzu czarnego
Z wiatrem w objęciach się barłożę…
Czy to nie na pamiątkę czerwcowych pocałunków
Ziemi i Słońca
„Dosłońce” nazwę na tobie ktoś położył?

Lato
Dniu i godzino…
I ty, zielny maharadżo
W makowym swym pałacu -
W taką to chwilę wszystko to jest moje?
W tę oto chwilę…

Fot. Jose Manuel Gonzales Iglesias
Obrazy: Nancy Medina

Muzyka poranna - Leszek Długosz


Leszek Długosz
Muzyka poranna

Budzę się, a tu już Jan Sebastian
Na koźle czeka
Już sunie kawalkada suity
Parskają kontrabasy
Sypią się klawesynowe iskry
A przodem flety! Flety, niczym charty
Rwą na wyścigi

Do tej gospody nad ruczajem
Gdzie karczmarz w progu w pas się kłania.
Z zapałem mknie muzyczna zgraja
Już czeladź biegnie, dudnią stoły
Już cyna brzęczy i miedź błyska
A po zielonej wnet murawie
Ot, chwila, patrzeć, słuchać tylko
Rozprysła się, już poszła kołem
Ta menuetów, allemandów, cała ta
Geometria tańców zamaszysta…

Górą?
Sielanka niewzruszona!
Cerera, macierz rubensowska
I jak przystało — wprost z obłoków
Sypie, w asyście skrzydlatych istot
Girlandy kwiatów i owoców.

Obraz cokolwiek zda się przesłodzony
Za to w konwencji trzyma się dokładnie
Daję słowo — jest biało, złoto
I błękitnie
I nade wszystko barokowo.

O, wielki, zacny jesteś, Janie
I jakże koncept przedni miałeś
Że też to przyszło ci do głowy
W te listopady
W rubieże czasów przepaściste
Zapuścić się…
I pod mym oknem wraz z kompanią
Przystanąć dzisiaj z rana?

Przyjmij ten wierszyk, co poprzez wieki
W podzięce rzucam ci przez lufcik
Imaginacji.
Weź go i przypnij do kamizelki
Albo podaruj tej dróżniczce
Co na rozstajach fal radiowych
Tak cię szczęśliwie skierowała do mnie…

Przemarsz - Leszek Długosz


Leszek Długosz - Przemarsz

Przez czerwony piach
Pochyleni i milczący szli
Czas zatrzymał się
Ile krzyży, ile już dni
Śmiało szli, gniew ich wiódł
Skronie w hełmach waliły jak dzwon
Wiatr popędzał ich
Pot przemoczył, osuszył kurz

Kto wie, kto zna
Kto drogę odgadnie im
Kto wie, kto zna
Kto przejdzie przez ogień, przez dym
Kto wie, kto zna
Kto kulę oszuka złą
Kto wie, kto zna
Kto wróci, odnajdzie swój dom

Dzień co chwilę gasł
Ogień naprzód uparcie szedł
Wybuchała noc, rozrywała gałęzie drzew
Jeszcze krok, kuli świst
Na bandaże koszulę wszak masz
Słodki jest smak krwi
Mocny zapach ma świeży piach

Kto wie, kto zna...

Fantazja styczniowa - Leszek Długosz


Leszek Długosz
Fantazja styczniowa

Biało, biało
Głęboko, wysoko
Prawie już się stykają zaspy i obłoki
Cóż, styczeń…
Gdzie nie spojrzysz przez okno
Biały szkwał światem sunie
Zaciągnięty horyzont szeroko.
A tu w oczach zachwycenie?
Srebrna zamieć, olśnienie
Od źrenicy do źrenicy?
No, styczeń…

U framugi okiennej stań rychło
Ze mną patrz synchronicznie:
Chryzantemy i lilie
Mróz na szybie jak wije
Tnie z fantazji przeczystej nam
Srebrnoszkliste, przejrzyste
Czarodziejstwo to zwykłe.

Zwykłe, może niezwykłe
Z czarodziejstwem tak zwykle
Kiedy styczeń jest styczniem
I herbata gdy jaka?
Wonność z dalekiego świata
Mocnym łykiem podbita
Więc namiętnie gorąca
Z okowitą gdy pita.

I niedziela, cóż ona?
Leciuteńko wstawiona jak muzyka Mozarta
Rozmarzona upływa…
W tej fantazji przyokiennej
(Przyokienno styczniowej)
W styczniu bywa, no bywa…
I gdy jeszcze ktoś obok
Lub na odwrót — przy „ktosiu”, no kto?
Świat za szybą drży cały
W turbulencji śnieżnobiałej
A tu w głębi ciepły piec, cichy port
Nooo…
No… i co?

Fot. 1. Alexander Volkov

Kantyczka mała - Leszek Długosz


Leszek Długosz
Kantyczka mała 💗


Kantyczka mała, lecz doskonała
Z ciszy się zmroku wyłania
Gdziebyś nie kluczył - usłyszysz, wrócisz
Znowu u szopy tej staniesz

Co za muzyka, że tak dotyka
Serca i lód, że topnieje
Że w noc przepastną
Widzisz znów jasność
Gwiazdę i szlak, i nadzieję
I gwiazdę, i szlak, i nadzieję

Snuj się piosneczko, utulaj dziecko
Jak śnieżna kula mknij ziemio
W bezkresną noc ciemną
Lampy krąg jasny, twarze, co zgasły
Serca dziecinną kołatką
Przywołaj, zawołaj, tu zaproś raz jeszcze

Lulaj nam lulaj, piąstki roztulaj
Siano niech pachnie jak wiosenne ziele
Moc czarodziejska przy tych jasełkach
Że czas nie za późny, że trud nie na próżny
Daj wiary, weź gorycz, a wiary, tej wiary daj wiele

Kantyczka śliczna, słów zwykłych kilka
Od zawsze znasz je na pamięć
Nagle zanucisz, a jakbyś wrócił
W świat jeszcze pełen uniesień
Drgnień serca najpierwszych, najszczerszych
Co przecież, co przecież nie kłamią

Grób Strawińskiego - Leszek Długosz


Leszek Długosz
Grób Strawińskiego


Tu, na weneckim cmentarzu
U zbiegu ziemi, morza, obłoków
I tak jak w życiu
Na skrzyżowaniu epok, stylów i języków
(Zaczynał po francusku, by przez angielskie
Poprzez niemieckie mknąc zaprzęgi, z rosyjska
Kończyć zdanie)
Tu na weneckim jest cmentarzu
Strawińskiego kamień.

Emigrant wieczny
Z kniei północnych mitów
Przez dziki ogień tanecznych rytmów
Po namaszczenie symfonii Psalmów
Od folkloru po dodekafonię
Od Moskwy, Paryża do Nowego Jorku
Przez ustawiczne — tam i z powrotem.
Czy gdzieś u siebie?
Wieczna zagraniczność.

Do końca wierny ambasador tej samej sprawy
Ach, więcej — sam był wędrującą
Ruchomą stolicą muzyki
Dwudziestego wieku.
Tu, na weneckim cmentarzu
U zbiegu ziemi, morza i obłoków
Dla jakiej miłości, dla jakiejż tajemnicy
Tutaj, dlaczego tutaj, przy Diagilewie
Między innymi z tamtych lat krajanami?
Dla przypomnienia Miasta?
U zbiegu ziemi, morza i obłoków
Co się w młodości Sankt Petersburgiem
Kiedyś nazywało?

Nie wiem
To trochę jest prawdopodobne.

Na Capri - Leszek Długosz


Leszek Długosz - Na Capri

Zdarzyło się na Capri
Jesieni niespodzianie wczesną porą
Kiedym wspinaczką utrudzony
Do ruin pnąc się Tyberiusza
Spłoszony deszczem, wiatru skrzydłem nagłym
Zdarzyło się, żem zbłądził.

I tak w ustroni, wśród skał i morza
I pośród chmur inwazji nieoczekiwanej
Zdarzyło się, żem przed gospodą stanął
Domem w okolicy sławnym.

Tam… typ — gospodarz
Ach, człek zaiste to oryginalny
Przygodnych gości wita
Winem wyłącznie stąd
lokalnym
I muzyką ze wszystkich pewnie oper świata
Wyłącznie i nieodwołalnie.

Słuchałem na balkonie
Dziwnego domu — gołębnika
Gdzie z okien jak gołębie
Coraz to inne wyfruwały arie.
Słuchałem smutnych dziejów Traviaty
I głosu Callas.
Obu naraz.
Povera donna, sola, abbandonata
Myślałem — dziwne?

I dziwne mi się zdały, bardziej niż dfx om, gospodarz
Jesień tak niespodziewana
Dzieje i sprawy jeszcze inne…
Bo ona tam?… Śpiewaczka
W Egejskim Morzu garść popiołu
Cała od kiedy morskim jest żywiołem?
A tu się płyta kręci
Tu — los Traviaty się powtarza.

I głos, co został
W zaułkach skalnych, ponad wodą krążąc
Nie operowo, lecz realnie się uskarża:
Povera donna, sola, abbandonata
A co na polski się wykłada:
Biedna sama, opuszczona.
Na scenach życia i na scenach świata...

W Kuncewiczówce - Leszek Długosz

Leszek Długosz
W Kuncewiczówce

Cóż to za miejsce?
Dom otworem stoi
Pół ogrodowy salon, a pół wokoło uroczysko
Błękitna tli się przy ścieżce hortensja
Lampa tu zostawiona dla turystów?

Po białym kamieniu kolumny
Na tarasie
Liszka się wspina miedzianozłota
Przystaje i zawraca
Więc kluczy, dąży?
Więc z rozmysłem?

Na biurku parę fotografii
Jakiś niewieści bibelocik
Kajet przeciągiem targany zaszeleści
W dawnym stylu westchnie.
Pan Jerzy wyjechał
Już ostatecznie.
Pisarka słała listy
Do niego
Lecz już nie za nim.
Za trochę sama, swoją koleją
Udała się w wieczność.

Dom otworem stoi
Co jest, co było, wszystko się jednoczy
W trwaniu realnym i z kart powieści
Pożyczonym
Natura i Fantomy.

Po latach drzewko widzę
„Bez poniemiecki”.
Przy schodach jak stał, stoi
I cudzoziemska trzyma się na ścianie chusta
Z Taganrogu.

Na horyzoncie po odrzutowcu
Ślad pisma wznosi się… Gdzieś dąży?
I widzę z progu, jak się rozwiewa
W przestworzu ginie
Poza widzeniem już stąd
I ponad domysłem…

Fot. Maria Kuncewiczowa

Żydy kazimierskie - Leszek Długosz

Leszek Długosz
Żydy kazimierskie

Zobaczyć ich s p r z e d
Ujrzeć ich — t a m t y c h
Z tamtego i przynależnych
Do tamtego jeszcze świata.

W dzień szabasowy, tak by było lepiej
Lecz niechby i w zwyczajny.
Kadr — w środę, ot, przez chwilę
Znów na Małym Rynku
Ujrzeć hałastrę handlującą
Pod Celejowską?
Albo na Lubelskiej?
Co za powaga w chałatach i w surdutach czarnych
W białych pończochach kroczy?
Te adwokackie kamizelki
Niecierpliwe trzaski kopert szwajcarskich patków
Kontrolujących wedle studni w Rynku
Spóźnienia autobusów od Lublina.

Zobaczyć ich — letników
Kolonie leżaków, tobołki, siatki pełne
Papierówek
Te stada sfruwające tu na sezon
Miriamy czarnookie
Błonkoskrzydłe
Na imion wiele rozpisane i przeznaczeń
Po werandach
Przy sztalugach
Likier na nóżce
Literatura na stoliku
Prekursorki nadwiślańskiego nudyzmu…

Zobaczyć ich — wczesnowieczornych
W migocie chanukowych świeczek
Noski i pukle za szybami
Josków, Chaj, małych Icków
Na progach domów piersiaste mamełe
Huśtające dziecka i żelazka
(Wrzask w niebo — równo wrzask, wiązki iskier).

Zobaczyć ich w bożnicy — te rozmodlone
Na płask, a jednak w uniesieniu — mycki?
Tałesy rozpostarte
W święto namiotów
Lisiury czuwające wśród zieleni
Nad ówczesną Wisłą.

Zobaczyć ich tak znów…

Jak do czeluści
Przez uchylony zajrzeć lufcik
Do tamtego świata
Bo potem nie.
Zasłonić oczy, uszy
Głosy z powrotem tam odrzucić
Bo potem nie.
Krzyk
Strzały, psy
Krzyk, strzały, szyn, kół stukot
Ach, niedaleko tak, to Lublin
Bełżec
Treblinka, tak
Bo potem nie.
Bo potem jak zasłona — kadr.
W tym kłębowisku
Napis z dymu
To słowo z dymu pośród dymów

Gdzie zwykle — koniec
Światu nieznane przedtem słowo — Shoah
W dymach i z dymu — co się objawiło
I oni — Żydy kazimierskie
W tym słowie, za tym słowem
Za tą zasłoną odtąd.

Benedykt Jerzy Dorys
Obrazy z cyklu „Kazimierz nad Wisłą”
(lata 30. ub. wieku)










W Kazimierzu... - Leszek Długosz

Leszek Długosz
W Kazimierzu,
czyli o kolejności westchnień


Kawałeczek świata, gdzie tak wszystkim
Bogu, ludziom i roślinom
Pięknie wyszło
(I Historii gdzie się trochę ocaliło…)
Góra, wąwóz, baszta, fara
I chałupki, i attyki
Co za czasu ostalina?
Renesansu nadwiślański odprysk
Cudny
Że się Wisła w łuk wygięła
(To z zachwytu)
Wysrebrzyła się wiklina.

Siąść w wiosenne przedpołudnie
Na ryneczku, gdy świat cichy
Stolik, kawa — o Madonno, nie do wiary
Jak tu wszystko umajone!
Rozsupływać w tej oprawie
Malowidło
Wśród zieleni i błękitu
Kłębowisko bezszelestne
W stronę rzeki z wiatrem mknące
Ponad wzgórzem, nad dachami
Flakon perfum rozpylony:
Primavera in Casimir.

Oczy przymknąć
Tak przez chwilę w oddaleniu
Za plecami mieć świat cały
Co uwiera, serce mroczy
To zapomnieć i pominąć…
Potem smugą światła tknięte
Unieść znów powieki
I ujrzawszy, że jest jawą
Co zdawało się przyśnione
Nie do wiary — westchnąć.
I potrzeby, i ochoty nie mieć innej
Jak znów westchnąć
I z uśmiechem
Z przypomnienia jakby, szepnąć:
„A obłoki”?
A obłoki?
Samą górą, w Kazimierzu, białą pianą
Piano, pianissimo płyną…

Obrazy:
Krzysztof Michalski (1,3)
Maciej B. Kaczmarczyk

W czwartek wygrasz ty - Leszek Długosz


Zbigniew Wodecki
W czwartek wygrasz ty

Leszek Długosz

Kto szaleje, niech szaleje
A ja się tylko śmieję
Tyle ludzi tak się trudzi
Żeby ktoś ich chciał polubić
Tak się trudzi tyle ludzi
By się potem komuś zgubić

Nadzwyczajne dni
Ciągle człowiek śni
Niedzieli tylko wciąż by chciał
Chciałby się śmiać lub spać
Ale dobrze tak nie ma
I w czwartek, w piątek trzeba wstać

Chociaż pecha masz
Miej pogodną twarz
W tę prawdę chętnie zawsze wierz
Że raz jest dno, raz szczyt
Ktoś tam wygrał dziś w środę
No ale w czwartek wygrasz ty...

Kochałem panią kilka chwil - Leszek Długosz


Zbigniew Wodecki
Kochałem panią kilka chwil

Leszek Długosz

Kilka chwil, gdyśmy wtedy szli
W tamten dzień - pani wie
Bardzo chcę, chcę to wyznać dziś
Proszę wybaczyć mi
Tych kilka chwil w tamten piękny dzień
Kochał ktoś panią, ktoś - może ja

Wiem, że nic, nic nie wolno mi
Tak jak jest - musi być
Lecz to tylko chcę, bardzo wyznać chcę
Proszę wybaczyć mi
Tych kilka chwil w tamten piękny dzień
Kochał ktoś panią, ktoś - może ja...

Rzuć to wszystko co złe - Leszek Długosz


Zbigniew Wodecki
Rzuć to wszystko co złe


Leszek Długosz

Rzuć to wszystko, wszystko co złe
Co gnębi cię
Zostaw troski za sobą gdzieś
I ze mną pędź - właśnie ze mną

Ty ze mną obok, ja z tobą
Niech szampan strzeli nam na drogę
Zwyczajne w nadzwyczajne
Znów odmieńmy dni

Słuchaj, proszę
Niech inni w grudniu, my w kwietniu
Niech inni w deszczu, lecz my słoneczni
I w kolorowe zmieńmy te bezbarwne sny

Uwierz nagle w różowy czas
Przecież mnie masz
Rzuć to wszystko, zostaw co złe
Lepiej już mnie, mnie pokochaj

Niech inni w grudniu, my w kwietniu
Niech inni w deszczu, lecz my słoneczni
I w kolorowe zmieńmy te bezbarwne sny

Słuchaj, proszę
Co było przeszło, nie wróci
Wczorajszy smutek niech już nie smuci
Wiec zostaw, zostaw wszystko
I zatrzymaj mnie

Fot. Pinterest