Zimno, mróz na dworze, wiatr śniegiem zacina,
W podartym mundurze idzie chłopaczyna,
Drwi z mrozu i śniegu, bo to legionista,
Maszeruje dalej i tak sobie śwista...
Haniś, moja Haniś, ty moje kochanie,
Pożycz mi sto złotych na ślubne ubranie.
Pieniądze mu dała, a on spekulista
Idzie sobie w światy i tak sobie śwista...
Nie płaczże, dziewczyno, jeszcze się nie topię,
Ożenię się z tobą zaraz po urlopie,
Syna wychowamy, będzie legionista,
Niechaj maszeruje i tak sobie śwista...
Urlop już się kończy, dziewczę śni o Janku:
Nie masz, nie masz ciebie, drogi mój kochanku.
Poszedł z kolegami, gdzieś do diabłów trzysta,
Maszeruje dalej i tak sobie śwista..
Lecą, lecą ognie złote,
lecą po niebie,
na uciechę — na pieszczotę
to dla ciebie to, żołnierzyku, lecą —
dla ciebie!
Masz, chłopczyku, gwiazdkę z nieba —
Czegóż więcej ci potrzeba?!...
Lecą, lecą gwiazdy złote
w ognistym snopie —
klęknij sobie, żołnierzyku,
klęknij w okopie!...
i paciorek tobie grzecznie
zmówić potrzeba! —
...Bo gdzie spadną gwiazdki złote,
wnet ukoisz ból — tęsknotę,
pójdziesz do nieba, chłopczyku —
pójdziesz do nieba!
Nie trąbiły Ci fanfary,
Nie kłoniły się sztandary,
W złoto strojnych straż.
Gdyś graniczne słupy burzył,
Zmartwychwstanie przez czyn wróżył,
Komendancie nasz!
Jeno duch Cię uniósł Boży,
Jeno blask wschodzącej zorzy
Opromienił twarz.
Jeno wichry Ci zagrały,
Jeno lasy się kłaniały,
Komendancie nasz!
A w wojaczce na bezdrożu,
Tyś na złotym nie spał łożu,
Nie pił z pełnych czasz.
Do snu Ci nie grały harfy,
Nie stroiły piersi szarfy,
Komendancie nasz!
Jeno strój Cię zdobił szary,
Jeno schron Ci dały jary,
Słońce piekło twarz.
Dzionkiem kule Ci zawyły,
Nocką myśli druhem były,
Komendancie nasz!
Dziś z królami na Wawelu,
Wodzu i Nauczycielu,
Wieczne łoże masz.
Stamtąd duch Twój nami włada,
Cała Polska — Twa brygada,
Komendancie nasz!
A choć pośniem już w mogile,
Gdy potrzeby przyjdą chwile,
Ty nam powstać każ!
Wstaną duchy, runą ławą
Na Twój zew, za Twą buławą,
Komendancie nasz!
Na pole bitwy szary nocy spłynął mrok, Znużona dziennym bojem wiara twardo śpi,
Na warcie młody szyldwach w dal wytęża wzrok
I o przeszłości dawnej dziwne roi sny.
I oto widzi: hen rycerzy pędzi huf,
W zwycięstwa łunie białe orły chwieją się -
Tratują, sieką, rżną, czernieje morze głów,
To nieśmiertelność mknie!
Barwny ich strój,
Amaranty przypięte pod szyją.
Ech! Boże mój,
Jak te polskie ułany biją -
Ziemia aż drga... Młody szyldwach więc oczy przeciera...
Tak, on ich zna -
To ułani spod Somosierra.
Wtem na horyzont ten czarny wypełza gad,
O, jakiż straszny sen - kartaczy sypie grad,
Lecz nie drży zbrojny szyk,
Choć śmierć się wokół szerzy.
Jęk, wrzawa, zgiełk i krzyk,
To giną bohaterzy.
Wtem mignął ktoś, a pod nim biały koń.
Armat huk
Widzi Bóg,
January Suchodolski
Krwawy plon -
Polski zgon.
Do górnych sfer
Wznosi krzyk żołnierz i adiutant:
Vive l`Empereur!
Morituri te salutant!
Wielu z nich,
Gdy trąby grały,
Zginęło tam
Dla wiecznej chwały!
Minęła noc i mrok rozproszył krwawy świt,
Żołnierze wstają, słychać wokół śmiech i gwar,
I wieszczy sen szyldwacha rozwiał się jak mit,
I tylko w piersi jego płonął dziwny żar.
Horace Vernet
Wtem przyszedł krótki rozkaz: „Na koń marsz co sił
I do ataku pędź - los bitwy waży się!"
I oto sprawdza się, co szyldwach w nocy śnił,
Hej! nieśmiertelność mknie.
Szary ich strój,
Z amarantów wyłogi pod szyją.
Ech! Boże mój,
Jak to polskie ułany biją -
Ziemia aż drży...
Ty, historio, nam o tym opowiedz,
Z ócz lecą skry -
To ułani spod Krechowiec!
Dość hańby, kajdan, mąk, więc ginie podły wróg,
Ciosami polskich rąk kieruje Władca Bóg
I nie drży zbrojny szyk,
Choć śmierć się wokół szerzy.
Jęk, wrzawa, zgiełk i krzyk -
To giną bohaterzy.
Nad nimi wzwyż Białego Orła znak,
Armat huk,
Ginie wróg,
Sławą rad
Zabrzmi świat.
Hej, krwawy plon...
Szyldwach leży już we krwi cały.
Tak zginął on
Dla Ojczyzny wiecznej chwały...
Wielu z nich,
Gdy trąby grały,
Zginęło tam
Dla wiecznej chwały!