Wczoraj mi wręczył kolczyk złoty
I długo trzymał mnie za rękę
I pomyślałam, że zaloty
Takie niewinne są i piękne
Lecz uczyć mi się nagle nie chce
I coś w spojrzeniu się zmieniło
I jakoś dziwnie bije serce
Więc może tak wygląda miłość
W zaczarowaniu bardzo trudno dojść do siebie
Jakby przeczytał ktoś po chińsku piękny wiersz
I tylu rzeczy jeszcze nie wiem
I tylu rzeczy jeszcze nie wiem
Jeśli cię córko to pociesza, to ja też...
Wczoraj dostałam kolczyk złoty
I unikałam pocałunków
Bo pocałunek to jest motyl
Nie zna przyczyny ni kierunku
Lecz jeśli wpadnie się na amen
I człowiek gotów duszę sprzedać
To wciąż nie wiemy co jest grane
I jakże cudna ta niewiedza...
Maja Sikorowska - Głos z oddali Andrzej Sikorowski
Głos, pośrodku nocy
Głos, hen gdzieś z oddali
Jakby się zbliżał, jakby kroczył
Głos, jakby się ktoś z miłości żalił
Głos, pośrodku nocy
Głos. w tysięcznym głosów tłumie
Bo lepiej słychać gdy zamknięte oczy
Teraz zaczynam go rozumieć
Śpiew, chyba od wyspy
Chór jak morska fala
Śpiew, taki srebrzysty
Że się od niego świat zapala
I na kościółku śnieżnobiałym bije dzwon
To jest melodia z mojej matki stron
To jest melodia z jej rodzinnych stron
I nagle widzę ich jak płyną przez powietrze
Kobiety w czerni niosą chleby i owoce
Młode dziewczyny pachną jaśminowym deszczem
A chłopcy modlą się o jak najdłuższe noce
Żywiczne wino nagle spada jak ulewa
I wiem , że kocham ten korowód bliskich ludzi
I język, w którym od dzieciństwa mogłam śpiewać
Więc śpiewam z nimi i własny śpiew mnie budzi
Maja Sikorowska Zabierz mnie hen... Andrzej Sikorowski
Zabierz mnie stąd daleko
Jak najdalej od tych wszystkich złych wydarzeń
Usiądziemy nad zieloną rzeką
To najlepsze lustro dla zmęczonych twarzy
Zabierz mnie hen od wrzawy
Bohaterką żadnej bitwy nie zostanę
Niech kołyszą nas wysokie trawy
I niech rosą zakwitają, gdy poranek
Ogrodzimy nasz malutki skrawek nieba
Na ten luksus zawsze starczy nam pieniędzy
Tutaj żadnych nam idoli nie potrzeba
O przepraszam, mam jednego, to jest księżyc
Ogrodzimy nasz malutki skrawek nieba
Razem z nim będziemy czasem deszczem płakać
Przytulimy się do stuletniego drzewa
Pewnie z czasem pomyślimy o dzieciakach
Maja Sikorowska Jakby z Louisem A. Andrzej Sikorowski
Na strychu skarby, szpargały rozmaite
Wystarczy tylko starej skrzyni unieść wieko
Znalazłam wczoraj zakurzoną czarną płytę
Ojciec pokazał jak nakręca się patefon
Wolno ruszyła ta muzyczna karuzela
Chrypiała tuba, ale przecież już po chwili
W środku tygodnia pojawiła się niedziela
A ja poczułam że mi nieba ktoś uchylił
Jak oni grali, Boże mój, jak oni grali
Jakby z Louisem A. się osobiście znali
I brzmiał cudowny romans drewna oraz stali
W jedynej skali
Jak oni grali, Boże mój , jak oni grali
Jakby nutami obraz świata malowali
Jakby każdemu szczyptę szczęścia odważali
Na złotej szali
Na strychu skarby i szpargały rozmaite
Wystarczy tylko starej skrzyni unieść wieko
Zły czas odłożył do lamusa czarną płytę
I odpoczywa zapomniany już patefon
I inne hity mamy teraz na playlistach
I inne gwiazdy świecą ale przyznać muszę
Że dawna muza choć nie była taka czysta
To przecież miała w sobie pomysł oraz duszę...
Z towarzyszeniem muzyków Krakowskiego zespołu Jazz Band Ball Orchestra
Ta dziewczyna była piękna jak zjawisko
A dokoła mało światła, dużo wina
Więc podszedłem do niej blisko, bardzo blisko
Jak na razie całkiem nieźle się zaczyna
Na początek przywitałem się niewiastą
i zagajam, że dziś moje imieniny
i że mogę jej pokazać nocą miasto
Fakt - na miasto nabierają się dziewczyny I co, i co, i co, i co
Co się jeszcze w tej historii wydarzyło
Ile trunków się wypiło, jakie miejsca odwiedziło
Czy w pościeli kolorowej się skończyło
I nic, i nic, i nic, i nic
Nic, kochani, więcej z nas nie wyciągniecie
Dżentelmeni oraz damy, a o takich dziś śpiewamy
O szczegółach nie powiedzą za nic w świecie
Po raz pierwszy zobaczyłam tego pana
Ale wierzcie, że nie czułam wcale strachu
Gdy tańczyliśmy zawzięcie aż do rana
Pośród anten i kominów gdzieś na dachu
Potem płaszczem mnie otulił miejsce w miejsce
Tak jak matki okrywają swoje dzieci
I słyszałam, jak mu mocno bije serce
I widziałam, jak nad nami chmura leci
I co, i co, i co, i co...
A jeśli przyjdzie taki dzień
Że wam nagle w domach zrobi się za ciasno
To uchylcie okiennice i wyjrzyjcie na ulicę
By zobaczyć, jak wygląda nocą miasto
I co, i co, i co, i co
I nic, i nic, i nic, i nic... Obrazy: Pascal Campion
Maja Sikorowska Strążyska, Giewont i księżyc Andrzej Sikorowski
Moje wspomnienia mgłą owiane
Lecz to z dzieciństwa pozostało
Przykryte śniegiem Zakopane
I wszędzie cicho, wszędzie biało
Wspomnienia plączą się i mylą
I trudno je ogarnąć wszystkie
Ale nie znika zachwyt chwilą
Spaceru z ojcem do Strążyskiej
Nad Giewontem chmura płynie granatowa
A ja chciałabym ten Giewont pocałować
Nad Giewontem noc zapada, a ja płaczę
Że go przez tych parę godzin nie zobaczę
Nad Giewontem księżyc wisi i się gapi
Moze by się po kielusku ze mną napił
Puszcza do mnie oko księżycowy błysk
Kiebyś nie był tak wysoko wziąłbyś w pysk
Dziś kiedy budzę się nad ranem
Mała kobieta w wielkim świecie
To wiem, że białe Zakopane
Przytuli kiedyś moje dzieci
Poznają domy i ulice
Halnego wiatru kołysanie
I zasłuchają się w muzyce
I ona z nimi już zostanie
Nad Giewontem...
Nad Giewontem księżyc wisi moi mili
Może czeka byśmy razem zanucili
O tych chłopcach, którzy kiedyś z nami byli
I jak wszystko pomalutku się mi myli
Przychodzili wieczorami
Rozmawiali godzinami
Wódkę pili
Przeklinali i bluźnili
O muzykę się kłócili
Dzielni byli
Wielcy, piękni i bogaci
Kopiowali ich piraci
Zero strachu
A szalone małolaty
Wyrywały autografy
Bez obciachu
Koledzy mojego taty i ja
To przecież odległe światy są dwa
Lecz wyznać muszę nieśmiało
Że chyba mi się udało
W pamięci bowiem zostało
Z tych rozmów prawdy niemało
A takiej dzisiaj, dzisiaj brak
Na mój upór nie ma rady
Idę w ich na piasku ślady
No i kropka
I nie myślę o tym prawie
Że mnie może w tej zabawie
Klapa spotkać
Dobre rady w kieszeń wzięłam
I wypływam na ocean
Małą łódką
Licząc, że sztormową nocą
Jednak przyjdą mi z pomocą
Po cichutku
Dzieciaki naszych kolegów i my
Daleko na drugim brzegu, lecz gdy
Zachodzi taka potrzeba
Że dziecko zechce zaśpiewać
To zawsze może polegać
Na starych taty kolegach
Bo idą w to jak w dym... Koledzy taty:
Zbigniew Wodecki
Grzegorz Markowski
Grzegorz Turnau
Maja Sikorowska Blues dla blondynek Andrzej Sikorowski
Kiedy nie klei się rozmowa
Kiedy z imprezki nie wychodzi nic
Koniecznie trzeba się ratować
I opowiedzieć jakiś wic
Gdy w prawej nóż, widelec w lewej
A na talerzu smutna szynka
Zawsze pomoże ci w potrzebie
Najnowszy kawał o blondynkach
Bo to jest blues dla blondynek
Które ponoć nie czują bluesa
Rozumku przecież mają odrobinę
Nie odróżniają Eskimosa od Zulusa
Bo to jest blues dla blondynek
Które dziwnym zrządzeniem losu
Gorsze od innych są dziewczynek
Tylko przez kolor swoich włosów
Kolor to przecież tylko pozór
Jak u motyla skrzydła strojne
Nie wolno nigdy ufać morzu
Jeśli błękitne i spokojne
Podobna sprawa jest z kobietą
Więc zapamiętaj dowcipnisiu
Że to nie śniło się poetom
Chociaż bez przerwy o tym piszą
Bo to jest blues dla blondynek
Które czasem się mogą zmienić
W automatyczny karabinek
I już za późno, żebyś umiał to docenić
Bo to jest blues dla blondynek
Więcej powie o nich niźli czarna skrzynka
Jeśli nocą przejdziesz z nim przez Rynek
Wtedy szybko zmienisz zdanie o blondynkach...
Listopadowa mglista noc
nad szarą rzeką długi most
wtulony w ciemność stoi facet
podeszłam bliżej chyba płacze
ma na policzkach krople trosk
Już mu się znudził życia kram
bo w tłumie ludzi ciągle sam
więc postanowił hen daleko
popłynąć razem z szarą rzeką
a ja do domu wracać mam
Gdy argumentów mi potrzeba
przestaję mówić wolę śpiewać
więc wyśpiewałam aż do nieba cały żal
i nagle tutaj na tym moście
łatwiej zrobiło się i prościej
jakby ktoś wydał ucztę w poście albo bal
Listopadowa mglista noc
już opustoszał długi most
i tylko w dole szara rzeka
myśli że jeszcze się doczeka
kogoś kto ma za wiele trosk
A my objęci w blasku świec
i świadkiem w kącie stary piec
jak on wpatrzony w moje oczy
wyznał że nigdy już nie skoczy
i nic lepszego nie mógł rzec...
W fotelu u fryzjera zasiadam jak królowa
I nagle się otwiera komnata jaśminowa
I lecę wśród zapachów, o których nikt nie słyszał
Pode mną morze dachów, nade mną wielka cisza
I nigdy tego dosyć i ciągle krzyczę jeszcze
A moje włosy spadają złotym deszczem
I niech tę burzę włosów nad miastem każdy widzi
To uśmiech losu, że można się nie wstydzić
A potem leciuteńka powracam na ulice
I ktoś przede mną klęka, bo skrywam tajemnicę
Zamkniętą w perfum flakon otworzę go w potrzebie
I spłynie na nasz balkon i pewnie też na ciebie
I nigdy tego dosyć i ciągle krzyczę jeszcze
A moje włosy spadają złotym deszczem
I jeśli w noc lipcową napotkasz tę ulewę
To daję słowo wyrośniesz nowym drzewem...
Kolejna nocka zarwana
znowu wypiłeś za wiele
oj nie ucieszy się mama
tą defiladą butelek
W jedzeniu nie znasz umiaru
oglądasz się za paniami
i ciągle idziesz na całość
z najwierniejszymi kumplami
Zbytecznie sobie zawracasz głowę
i twoje troski córko daremne
życie ogólnie jest niezdrowe
ale cholernie przyjemne
To nie jest żadne odkrycie
i za to Nobla nie dają
ale gdy kiedyś o świcie
stanę na wielkim rozstaju
to zlekceważę przestrogi
jakby ich nigdy nie było
i tam poniosą mnie nogi
gdzie jadło, trunki i miłość
A ja bez zastanowienia
ruszę za tobą po cichu
bo przecież od urodzenia
w jednym mówimy języku
Więc próżno sobie łamiemy głowę
i wszelkie troski daremne
życie ogólnie jest niezdrowe
ale cholernie przyjemne