Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krafftówna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krafftówna. Pokaż wszystkie posty

Lubmy się - Anna Borowa


Jerzy Wasowski - Lubmy się

Anna Borowa

Życie zawsze jest za krótkie
Gdy się na nie z boku patrzy
Więc gdy wystrychnie cię na dudka
Spróbuj trochę z nim powalczyć

Możesz działać w pojedynkę
I to nawet nie jest głupie
O rozumne walcz współżycie
Gdy konflikty masz w grupie

No to, no to, no to
No to lubmy się, lubmy się, lubmy
Jeśli miłości nam nie staje
Lepszy niż żaden uśmiech smutny
Kto o tym nie wie, ten jest frajer

Lubmy się, lubmy się, lubmy
O nielubienie najłatwiej w tłumie
Lubmy się lub tolerujmy
Gdy nie możemy się zrozumieć

Niech pogardę naszą budzi
Fakt wstydliwy i perfidny
Że nic tak nie pokrzepia ludzi
Jak niepowodzenia innych

Wciąż pod sobą kopia dołki
Niezrażeni żadną klęską
Trzeba wielkie katastrofy
By złączyło ich braterstwo


Andrzej Zaorski
Barbara Krafftówna
Hanna Okuniewicz

Embarras - Jeremi Przybora

Piosenka miała swoją premierę w III wieczorze Kabaretu Starszych Panów, "Jesienna noc". Wtedy śpiewała ją Barbara Krafftówna.


Irena Santor - Embarras 💗

Jeremi Przybora

Serce tak mi zabiło –
zakołysał się bal.
Nie wiem czy to już miłość –
czy to tylko ten walc?
Czy mną serca olśnienie
owładnęło i trwa?
Czy to tylko mnie objął ramieniem
ten walc, piękny walc „Embarras”?

Czy to walca czar –
czy to walca, czy serca dar?
Kto w swej mocy mnie ma –
ty czy walc, ty czy walc „Embarras”?
A gdy się skończy bal,
kogo będzie mi więcej żal –
za kim więcej jutro zatęsknię –
za tobą czy walcem „Embarras”?
Oh, quel embarras!

Echo balu przebrzmiało –
skrzypiec sopran i alt.
Tylko jeszcze zostało
serce śród pustych sal.
I leciutko – na palcach –
przy orkiestrze jak mgła –
z tobą tańczy i tańczy wciąż walca
i to właśnie jest embarras!

Bo to walca czar –
sercu przyniósł podwójny dar.
Amor skrzydła ma dwa:
jedno – ty, drugie – walc „Embarras”.
A gdy się skończył bal,
obu jest mi  tak samo żal –
tęsknię odtąd
jedną tęsknotą
za tobą i – walcem „Embarras”.
Oh, quel embarras!...

Uszy - Maciej Zembaty

Barbara Krafftówna, Gustaw Lutkiewicz
Maciej Zembaty - Uszy

Zawsze chciałem troszeczkę za mało,
zawsze byłem troszeczkę za młody.
Moje ciało wrzucano do wody,
choć na wadze stracić nie chciało.
Odrobinka chlebusia z masełkiem,
wody szklanka, słoiczek musztardy -
w turystycznej przyczepie pod Ełkiem
wiodłem żywot surowy i twardy.

A uszy miał ogromne, muskularne,
uszami mógłby, gdyby chciał.
Niepokojące, wręcz fatalne,
przedziwne uszy miał.
A-a-a - dziwne uszy miał!
A-a-a - dziwne uszy miał!

Kiedyś, późnym wieczorem, w przyczepie
na podłodze siedziałem samotnie,
uszy miałem zziębnięte, wilgotne,
choć w przyczepie właściwie najlepiej.
Wtem, zapewne zbłąkana, panienka
weszła ufnie, naiwna, bezgrzeszna.
Zapytała: "Którędy do Ełka?"
Popatrzyła, pobladła, odeszła.

A uszy miał ogromne, muskularne...

Zaszumiało mi w uszach wzgardzonych,
gdy odeszła do Ełka panienka.
Trudno - była taka maleńka
przy mych uszach śmiertelnie zranionych.
Przed przyczepę wyszedłem zieloną,
właśnie zerwał się wicher wieczorny,
nastawiłem me uszy pionowo,
pomyślałem: a może mnie porwie?...

A uszy miał ogromne, muskularne,
a adekwatny wicher wiał.
Niepokojące, wręcz fatalne,
przedziwne uszy miał.
A-a-a - dziwne uszy miał!
A-a-a - dziwne uszy miał!

Uśmiechnij się - Kazimierz Winkler

Barbara Krafftówna
Uśmiechnij się


Kazimierz Winkler

Uśmiechnij się, jutro będzie lepiej
Już od pierwszych godzin dnia
Gdy noc już pójdzie spać
No, uśmiechnij się, tak, jak ja do ciebie
Jutro twój szczęśliwy los o sobie da ci znać

Już dzisiaj pożegnaj swe smutki
Niech dyskretnie ulotnią się gdzieś
Bo żywot tych smutków jest krótki
Jeśli ty sam tego chcesz

Uśmiechnij się, jutro będzie lepiej
Już od pierwszych godzin dnia
Na słowo uwierz mi

Nie patrz wkoło, nie szukaj oczami
To chodzi o ciebie, właśnie tak
Chodzi o to, byś spojrzał dziś z nami
Innymi oczami na ten świat

Szkoda, że niepogoda - Jerzy Jurandot


Szkoda, że niepogoda

Jerzy Jurandot

Szkoda, że niepogoda
Upić się bodaj
Lub siąść i wyć
To ta przeklęta słota
Człowiek się miota
Nie chce się żyć

Póki słoneczko świeci
To jak mówią poeci
Marzysz, wierzysz i śnisz
Potem dzień takiej pluchy
Jeden, drugi i trzeci
I ogarnia serce niż

Szkoda, że niepogoda
Ktoś rękę poda
Ktoś powie: "Już idź"

Trudno, skłonność do burz
To nie tylko rzecz natury
Było pięknie, a już
Między mną a tobą chmury

Może zmienił się wiatr
Izobary albo styczne
Nie wiem, serce - to fakt
Meteoro-nielogiczne...

Przygoda z piosenką - 1968
Na podstawie operetki "Miss Polonia" - 1961

Męski kapelusz - Jerzy Jurandot

Przygoda z piosenką - 1968

Barbara Krafftówna
Męski kapelusz

Jerzy Jurandot

Męski kapelusz na naszym wieszaku
Oto jest sedno, wzmacniacz naszych sił
Męski kapelusz na naszym wieszaku
Jaki - wszystko jedno, byle by był

On daje jej pewność i dumę i rzewność
To godło przystani, to sztandar i straż
Wełniany, filcowy, wytarty czy nowy
Istotne to tylko, że jest, że go masz

Męski kapelusz…

Samotnej kobiecie niedobrze na świecie
Już tak urządzony nieszczęsny nasz glob
Więc choć samodzielne, rozważne i dzielne
Czujemy się lepiej gdy w domu jest chłop

Męski kapelusz…

Mężczyzna to częściej nieszczęście niż szczęście
Kłopotów z nim więcej niż z dzieckiem lub psem
A jednak bez tego nieszczęścia męskiego
Ni noc nie jest nocą, ni dzień nie jest dniem...

Szarp pan bas - Jeremi Przybora


Barbara Krafftówna - Szarp pan bas

Jeremi Przybora


Szarp pan bas!
Bo jak pan nie szarpie,
to krew się w nas
sączy zimnym karpiem.
Rwij pan bas,
aż wyrzężę, że już pas!

Szarp pan bas!
Bo gdy pan go szarpie,
to krew wre w nas,
rytmu charczą harpie!
Wal pan w bas!
I łup pan! Skub pan! Drób pan bas!

Jak pies
warczy w basie
struna w czasie,
gdy pan ją w werwie rwie!
Jak bies
bas mnie kusi,
gdy go pan dusi
i kark mu zgrabnie dla mnie mnie!

Wal pan w bas!
Bo jak pan nie wali,
to pusto w nas
jak w nieczynnej sali!
Szczyp pan w bas!
I szarp i mnij!
I duś pan bas!

A gdy zgasł i już mi nie chrzęści,
to złamał bas serce mi na części.
Z bólu się ja na ścianę pnę
I w rozpacz brnę, i szaty mnę,
i klnę ten bas!

1. Kabaret jeszcze Starszych Panów
2. Kabaret Starszych Panów

W czasie deszczu dzieci się nudzą - Jeremi Przybora


Barbara Krafftówna, Jeremi Przybora i in.
W czasie deszczu dzieci się nudzą

Jeremi Przybora

W czasie deszczu dzieci się nudzą,
To ogólnie znana rzecz.
Choć mniej trudzą się i mniej brudzą się,
Ale strasznie nudzą się w deszcz.
Milusińscy.

Do flaszeczek złapią muszek,
Wypuszczają puch z poduszek
Żyletkami krając je
i śpiewając słowa te:

W czasie deszczu dzieci się nudzą...

Nie pogardzą również gratką,
By drzemiącym dopiec dziadkom;
Podpalają brody im
Wraz z refrenem cichym tym:

W czasie deszczu dzieci się nudzą...

Nieraz też i cała chatka
Zajmie się od brody dziadka,
A choć ją ugasi straż,
Czy to stąd nie płynie aż,

Że w czasie deszczu dzieci się nudzą,....

Więc tu trzeba by zalecić
W czasie deszczu nie mieć dzieci,
A już jeśli one są,
To uważać strasznie, bo

W czasie deszczu dzieci się nudzą....

2 wykonanie:
Jeremi Przybora, Maria Janecka,
Edward Dziewoński, Hanna Skarżanka

Odrobina mężczyzny - Jeremi Przybora


Wiesław Michnikowski, Barbara Krafftówna
Odrobina mężczyzny na co dzień

Jeremi Przybora


Myślę nie raz i nie dwa:
Cóż po ciele jak jedwab?
Cóż po talii jak dalii łodyga?
Cóż po kuchni twej świetnej –
i po duszy szlachetnej,
gdy na jednym jedynym ci zbywa?

Odrobina mężczyzny na co dzień –
jakże życia odmieni ci tło!
Z odrobiną mężczyzny na co dzień
wszystko będzie inaczej ci szło.

Może nawet cię nie brać na ręce,
gdyby na to on nie miał sił –
byle rano zaśpiewał w łazience,
lubił rosół i tkliwym on był.

Zanim spojrzysz na panów,
ty się wszakże zastanów
i od wzrostu po prostu zacznijże.
Nadmiar mięśni i kości
czyż nie spłyci miłości?
Czy do chuci uczuć ci nie zniży?

Odrobina mężczyzny na co dzień
mały męski akcencik czy ton.
Odrobina mężczyzny na co dzień
od przesytu uchroni złych stron.

Przenocujesz w niedużej go wnęce –
dniem on w biurze będzie tkwił.
Kilogramów pięćdziesiąt, nie więcej,
które strzepniesz - gdy znudzą - jak pył.

Odrobina dziewczyny na co dzień - Jeremi Przybora


Barbara Krafftówna
Odrobina dziewczyny na co dzień


Jeremi Przybora

Cóż, że masz stanowisko
Te pobory i wszystko
Coś przeżywasz, w coś grywasz
Gdzieś bywasz
Cóż z postaci twej świetnej
Co po duszy szlachetnej
Gdy na jednym, jedynym ci zbywa

Odrobina dziewczyny na co dzień
Jakże życia odmieni ci tło
Z odrobiną dziewczyny na co dzień
Wszystko będzie inaczej ci szło

Możesz nawet jej nie brać na ręce
Gdybyś na to nie miał sił
Byleś rano zaśpiewał w łazience
Lubił rosół i tkliwym był

Możesz nawet jej nie brać na ręce
Gdybym na to ja nie miał sił
Byleś rano zaśpiewał w łazience
Lubił rosół i tkliwym był

Lecz nim spojrzysz na panie
Bądź rozsądny kochanie
I od wzrostu po prostu zacznijże
Nazbyt duże kobiety spłycą ciebie niestety
Będziesz chuciom niż czuciom ty bliżej

Odrobina dziewczyny na co dzień
Mały żeński akcencik czy ton
Odrobina dziewczyny na co dzień
Od współżycia uchroni złych stron

Przenocujesz w niedużej ją wnęce
Dniem na małą posadkę pchniesz
Za półtora patyka, nie więcej
Które przecież przydadzą się też

Ile dziewczyn się marnuje - Jan Pietrzak


Jan Pietrzak, Barbara Krafftówna
Ile dziewczyn się marnuje


Jan Pietrzak

W związku z nabytym zawodem
Jeździłem trochę po świecie
Od Tatr po Szczecin - panowie
Siedzicie tu i nic nie wiecie

Ile dziewczyn się marnuje, proszę panów
Jakie cechy charakteru są niczyje
Koafiury, makijaże i wymiary
I nie tylko, proszę panów, nie jedynie

Jakie dobra narodowe przepadają
Niewymierne areały nieużytków
Zbyt poważny to dobytek w skali kraju
By nas głowa nie bolała od przybytku

Przecież nad życiem społecznym
W naszej wspólnocie plemiennej
Ktoś czuwa, ktoś ostatecznie
Je reguluje codziennie

A tyle dziewczyn się marnuje, proszę panów
Marnotrawstwo sił i środków karygodne
Czy nie można by odgórnie objąć planem
Tę oddolnie nieobjętą ilość objęć

Takie skarby narodowe nam niszczeją
Złote serca, kryształowe charaktery
Proszę bardzo, panowie tu się śmieją
Miast postawić jakiś wniosek w tej materii

Najwyższa pora (prawda) wzmóc nacisk
I śmielej (prawda) sięgnąć do rezerw
Poważne środki (prawda) przeznaczyć
I wachlarz bodźców (nieprawdaż) rozszerzyć

Bo tyle dziewczyn się marnuje, proszę panów
Uprawnionych równo współobywatelek
Jeśli panom nie są obce ideały
Czas uświęcić stratę sił tym wdzięcznym celem

Tyle wdzięku społecznego się marnuje
Więc jeżeli sytuacja się nie zmieni
To ostrzegam, ja w tych sprawach nie żartuję
Sam się zajmę rozłożonym tym problemem

Łukasz - Jacek Korczakowski


Barbara Krafftówna
Łukasz

Jacek Korczakowski

Ma niemodne trochę imię, jasne oczy
Czarny sweter, wąskie spodnie, włosy blond
Ma na pewno dużo czasu, zwłaszcza w nocy
I gitarę, którą budzi cały dom

Łukasz, czego ty tu szukasz
Łukasz, przestań wreszcie grać
Łukasz, po co do drzwi stukasz
Łukasz, przecież pora spać

Inna byłaby gościnna
Zrozum, że trafiłeś źle
Ze mną już przegrałeś w ciemno
Łukasz, nie oszukasz mnie
Łukasz, nie oszukasz mnie
O nie, nie

Do redakcji list w tej sprawie dzisiaj piszę
Że nie daje spać, że stuka wciąż do drzwi
Lecz nie wyślę tego listu, bo nie przyszedł
Dokąd poszedł i pod czyim oknem tkwi

Fizyczne hobby - Maciej Szwed


Barbara Krafftówna
Fizyczne hobby

Maciej Szwed

Mało takich na ulicy
I nie w każdym żyją mieście
Wprost na palcach można zliczyć
Kilku jeszcze

Kilku panów co po prostu
Nie z okazji świąt jakowychś
Lecz na co dzień swoim paniom
Dają kwiaty doniczkowe
Nie cięte

Bo kwiat cięty, co tu mówić, to już nie to
Choć przyjemność innym sprawia wciąż kobietom,
Ale nie da się porównać z doniczkowym
Z doniczkowym
To zupełnie inny ciężar gatunkowy
Przyznacie.

Jeśli spuścić go swobodnie z pięter paru
No to choćby chłop był goliat - leży

Skąd te dziwne we mnie chęci
Zapytania miewam liczne
Odpowiadam - to jest hobby me fizyczne

A szczególnie ciał spadanie
Wciąż frapuje mnie na nowo
Co się z ich energią stanie
Gdy się zderzą z męską głową
Pytanie

Bo kwiat cięty, weźmy pierwszy lepszy z brzegu
W doświadczeniach tego typu do niczego
Płatki opór wytwarzają dodatkowy, dodatkowy
Spadek wtedy jest, wybaczcie, nietypowy
Zupełnie

A w doniczce, z górnych pięter kwiat strącony
Spada ruchem jednostajnie przyśpieszonym
I jak trafię takim kwiatkiem w czubek głowy
W czubek głowy
Świeży chłop mi jest potrzebny
W dalszych celach naukowych
W dalszych celach

Obrazy: Linda Jacobus

Maszynka do mięsa - Konstanty Ildefons Gałczyński


Barbara Krafftówna
Maszynka do mięsa

Konstanty Ildefons Gałczyński

Kosztowała niedrogo:
pożyczyłam od kogoś,
ten ktoś zgasł i wygasła pretensja.

Dziś jest ona na wieki
chlubą mej biblioteki,
ta kochana maszynka do mięsa.

Kiedy obmyślam meniu,
to przez kuchnię w natchnieniu,
że tak powiem, jak anioł płynę;

i tę maszynkę w ręce
biorę, i na niej kręcę
wieprzowinę, cielęcinę, baraninę.

Maszynko ma-a-a-a,
ty mi służysz wciąż znakomicie,
ity.ija-a-a-a
zawsze razem płyniemy przez życie.

A życie trwa-a-a-a
i trwa miłość w mym sercu ogromna,
i wciąż kocham jednako,
i wciąż dźwięczy jak akord
ta maszynka, miłość i ja.

Szklane oko - Marek Dagnan

Barbara Krafftówna
Szklane oko

Marek Dagnan

Słońce zaszło, mróz się wzmaga
Kot nie mruczy, marzną dzieci
Na ulicy po kolana śnieżne zaspy
Trzeszczy mróz

Mróz się wzmaga, płaczą dzieci
Bo nie mają na choince
Żadnych szklanych dupereli
Bo nie mają nic a nic

Ojciec Sebastian ma szklane oko
Świecące w mroku jaśniej od gwiazd
Ojciec Sebastian ma szklane oko
Żółta tęczówka, wytworny blask...

Wybacz ojcze Sebastianie
Ma Wigilia swoje prawa
Twoje oko topazowe
Na coś wreszcie przyda się

Przez zielony gąszcz igliwia
Żółty blask rozsiewa wkoło
Szklane cacko choinkowe
Już wesoło dzieciom jest...

Ojciec Sebastian miał szklane oko
Świecące w mroku, firma Carl Zeiss
Ojciec Sebastian miał szklane oko
Żółta tęczówka, Jenaer Glas

Żółte słoneczka - Anna Przemyska

Barbara Krafftówna
Żółte słoneczka

Anna Przemyska

Babunie, jesienne wróżki
Sfrunęły z ławek w parkach
Kiszą ogórki, smażą gruszki
Chcą jesień zatrzymać w garnkach

A dzieci, grzeczne wróbelki
Ćwierkają nad książkami w szkole
Wróble z jazgotem, wróble z jazgotem wielkim
Z gniazd lecą psocić na pole

Jabłka, uśmiechy sadu
W szufladzie kluczyk chroni
A palta bez ładu i składu
Wietrzą się na jabłoni

A drzewa, żółte słoneczka
W ogrodach świecą dla ciebie
A blade słońce, drżąca świeczka
Gdy dmuchniesz, zgaśnie na niebie...

A jednak najprościej - Halina Stefanowska

Fot. Zofia Nasierowska
Barbara Krafftówna
A jednak najprościej

Halina Stefanowska

Przyznajmy, że kochanie bez serca jest i głowy
Codzienne rzęs wklejanie, golenie co dzień brody
Nie wolno czoła marszczyć, agrafką spinać palt
Powracać do najstarszych buciorów, swetrów, łat

A przecież najprościej zaufać miłości
Zaśpiewać -  ty i ja
I tango w kamaszach na krzywych obcasach
Odtańczyć na dwa pas

Z księżycem pod rękę przypomnieć kaczeńcem
Że pora razem śnić
Wąsiki przebaczyć, na piegi nie patrzeć
Nie widzieć nic a nic

A jednak źle czasami, jesienie są okrutne
Kolejki pod kinami, a filmy takie smutne
W kawiarni miejsca nie ma
A nawet jeśli jest,  gdzie znaleźć inny temat
Niż drugie ciastko zjedz...

Ballada o Imogenie - Maciej Zembaty


Ballada o Imogenie


Maciej Zembaty


Zaraz już zacznę - zacznę już za chwilę
Pewną balladę o pewnej dziewczynie
Która, niestety, już od urodzenia
Nosiła dźwięczne imię - Imogena

Zawsze chodziła ubrana na biało
Cała na biało - nic nie wystawało
Poza tym trzeba dodać, że panienka
Fizycznie była nieźle rozwinięta

Dokładnie nie wiem - tak bez centymetra
Miała w ramionach gdzieś półtora metra
Wzrostu pół metra, duże czarne oczy
I bardzo długi cieniutki warkoczyk

Każdy jej schodził z drogi i to szybko
Ona duszyczkę miała romantyczną
Ale tej cechy nikt w niej nie dostrzegał
Nad czym bolała nieraz Imogena

I tak to trwało, aż wreszcie się stało
W końcu się biedne dziewczę zakochało
A on był łajdak - starszy mężczyzna
Przy tym żonaty i w dodatku Ignac

Bardzo brutalnie obszedł się z dziewczęciem
Zaraz jak tylko spostrzegł co się święci
Nawet powiedział jej ten straszny człowiek
Ja, Imogeno, niestety nie mogę

Z tego wszystkiego jeszcze bardziej zbrzydła
Przeżyć nie mogła, że ją Ignac wygnał
Odtąd wyłącznie już o zemście marzy
I bardzo często patrzy w kalendarzyk

Pod koniec stycznia, po krótkiej modlitwie
Na starym pasku wyostrzyła brzytwę
Ucięła sobie sama całą głowę
Żaden by tego nie zrobił fachowiec

W pobliskim sklepie wyprosiła skrzynkę
Włożyła głowę - zrobiła przesyłkę
Na Pocztę Główną ledwo to zaniosła
Potem umarła - ale paczka poszła

Doszła - ze sznurkiem męczy się Ignacy
Wreszcie otworzył, stanął tak i patrzy...
Nie spodziewałem się, że ta dziewczyna
Będzie pamiętać o mych imieninach

Barbara Krafftówna, Maciej Zembaty

Dramat w ogródkach działkowych - Maciej Szwed


Barbara Krafftówna
Dramat w ogródkach działkowych

Maciej Szwed

Na alejce posypanej świeżym piaskiem
Przy rabatce obsadzonej pelargonią
Ktoś udusił panią sznurkiem, albo paskiem
Kto? Nie wiemy. Przypuszczalnie chyba on – ją

A poza tym, nic na działkach się nie dzieje
Co niedziela działkowiczów barwny tłum
Każdy coś tam sobie plewi, coś tam sieje
Na natury łono z żoną pędzi tu

Z papierowej torby, co stała w altance
Dzikim winem gęsto wokół obrośniętej
Zamiast marchwi wydobyto cztery palce
A za nimi kciuk i resztę, czyli rękę

A poza tym nic na działkach się nie dzieje
Co niedziela działkowiczów barwny tłum
Pośród kwiatów głośno dziecię się zaśmieje
Bo wesoło, bo beztrosko jemu tu

Obco brzmią tu straszne słowa: powódź, pożar
Nikt się gazem nie zatruje w swej altanie
Co najwyżej z nieprawego znajdziesz łoża
Dziecię, w grządce groszku zręcznie zakopane

A poza tym, nic na działkach się nie dzieje
Co niedziela działkowiczów barwny tłum
Gwoździkami zbijesz ławkę, gdy się chwieje
Pszczółki brzękiem ukołyszą cię do snu

Tam poziomek w krąg czerwienią się jagody
Gruszki wiszą, ciężkie sokiem, na gałęzi
Nie zakłóca nic radości i pogody
Choć w wspomnianych już poziomkach ktoś zarzęzi

To poza tym wciąż na działkach pięknie będzie
Co niedziela działkowiczów barwny tłum
Z parcianego węża wodą sięgniesz wszędzie
W szumie drzewek ledwie słychać ciche : bul, bul, bul

Biżuteria - Jeremi Przybora


Barbara Krafftówna - Biżuteria

Jeremi Przybora

Skarżyła mi się wujenka
Że gdy kochał wuj, to męka
Zadręczały ją te szały i brewerie
Za to radość niepomierną
Niosła jej wuja niewierność
Bo jej całą zawdzięczała biżuterię
Hop, hop, hejże ha
Całą biżuterię
Złotą broszę za tę Olę
Co z nią młócił wuj w stodole
Bransoletę za konkietę madame Lili
A ten pierścień ze szmaragdem
To wuj dał jej za tę Magdę
Co go w życie z nią o świcie wykosili
Hop, hop, hejże ha
W życie wykosili

Pektoralik wuj na święta
Kupił wujnie za bliźnięta
Co je wzięła z nim poczęła
Panna Zocha
Krzyżyk z kości i emalii
Za tę praczkę co do balii
Głową wpadła
Gdy ją z nagła wuj pokochał
Hop, hop, hejże ha
Z nagła wuj pokochał

Wachlarz z pereł i szylkretu
Za chanteuse’ę z kabaretu
A egretkę za subretkę
Teklę Pośpiech.
Brylantową aureolę
Dał wuj wujnie za pacholę
Gdy zabronił mu kanonik
Kobiet w poście
Hop, hop, hejże ha
Ksiądz kanonik w poście.

Tak szafując zdrowiem bujnem
Wuj obumarł Hanię, żonę – wujnę
Pewnej doby wpadł w choroby
Na ostatek
A gdy zapalała świce
To wuj jeszcze, zakonnicę
Po czym – Haniu
Szepnął – za nią
To już spadek
Hop, hop, hejże ha
Wieczny odpoczynek

Władysław Czachórski