Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śpiewające obrazy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śpiewające obrazy. Pokaż wszystkie posty

Śpiewjące obrazy - Marek Grechuta

Marek Grechuta
Śpiewające obrazy – 1981, 2001

Patrz, już wszyscy poszli
Kawiarnia w nocy - Van Gogh
Cisza oddechu trawy
Niedzielne popołudnie na wyspie Grande Jatte - Seurat
Szary gołąb na ramieniu
Akrobatka na piłce - Picasso
Mieć taki deszcz, gdy świeci słońce
Parasole - Renoir
Gdyby był taki aparat
Portret Czechowskiej - Modigliani
Piruet na polnej drodze
Tancerka z bukietem - Degas
Inna kuchnia, inna moda
Śniadanie na trawie - Manet
Śniło mi się i pamiętam
Pejzaż podwawelski - Wyspiański
Księżyc w rynku
Knajpa
Marcelle Lender tańcząca bolero
Toulouse-Lautrec
Kobieta niesie chleb
Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd idziemy
Gauguin
Gioconda
Leonardo da Vinci
Dziad i baba
Czaty
Znasz-li ten kraj

Patrz, już wszyscy poszli - Marek Grechuta


Marek Grechuta
Patrz, już wszyscy poszli

Hej Vincent, patrz, już wszyscy poszli
Poszedł już ten pijany Jacques
Siądź na chwilę, chodź, odpocznij
Nie męcz się w kółko, jak możesz tak

W butli jest kolor, słowo daję
Chodź tutaj, pędzel w nim zamoczyć
On pachnie dziś złocistym rajem
Złap go i w oczy, prosto w oczy

Bzyczy nad szklanką senna pszczoła
Ta się mnie jeszcze tutaj czepia
Ale się kręci, pusto na stołach
Do mego winka się przylepia

Spróbuj ją taką namalować
Mały portrecik tej muzyczki
Śpi prawie, pędzlem poprowadź
I w oczy słodkiej publiczki

Ma takie same złote pręgi
I cięta tak samo jak ty
Ma twoje krechy, twoje cięgi
Zbiera niewidoczne łzy

Wiesz, co ja najbardziej lubię w twych obrazkach
To, że widać, że stół to stoi trochę twardziej
I jeszcze się przy tym kiwa

Tobie tu wszystko tak się rusza
Nawet ten koci łeb podskoczy
To żyje, to potrafi wzruszać
Do życia -  oczy,  smutne oczy

Vincent van Gogh - Kawiarnia w nocy

Cisza oddechu trawy - Marek Grechuta

Marek Grechuta
Cisza oddechu trawy

Grande Jatte to odludna wyspa, na której las kołysze
Nieznaną na kontynentach nadnaturalną ciszę
Na co dzień tylko słowiki i mrówek długie szeregi
Wyspę tę niepokoją wypełnioną po brzegi
Ciszą oddechu trawy, ciszą odległych żagli
Ciszą, której nie słychać wszędzie tam, gdzie czas nagli
Dlatego tak uroczyście Grande Jatte się zaludnia
Ludźmi wystrojonymi na niedziel popołudnia

Rodziny, dzieci, zwierzęta domowe i oswojone
Z hukiem, warkotem i stukiem płyną na ciszy stronę
Płyną w dni wolne od pracy na łodziach wynajętych
Na wyspę odludnych myśli, bo jej teren jest święty
Ciszą oddechu trawy, ciszą odległych żagli
Ciszą, której nie słychać wszędzie tam, gdzie czas nagli
Dlatego tak uroczyście Grande Jatte się zaludnia
Ludźmi wystrojonymi na niedziel popołudnia

I nikt tutaj nie dojedzie autem ani rowerem
Las gęsty broni tej wyspy przed żółtym helikopterem
Można na niej lądować tylko na spadochronie
Opadnie bezszelestnie w to miejsce, które wionie
Ciszą oddechu trawy, ciszą odległych żagli
Ciszą, której nie słychać wszędzie tam, gdzie czas nagli
Dlatego tak uroczyście Grande Jatte się zaludnia
Ludźmi wystrojonymi na niedziel popołudnia

Georges Seurat - Niedzielne popołudnie na wyspie Grande Jatte

Szary gołąb na ramieniu - Marek Grechuta

Urszula Kiebzak, Marek Grechuta
Szary gołąb na ramieniu - Akrobatka na piłce


Ja kocham cyrk, ja kocham cyrk
Na przykład wtedy, kiedy był gołąbek
Nagle nie ma - znikł, po prostu znikł
Jak w jednej chwili zastrzelony
Zamieniony w szare nic

Wszyscy biją brawo, wszyscy klaszczą w dłonie
Ale jest wspaniały ten prawdziwy cyrk
A we wszystkich oczach znów wesoły płomień
Znowu fruwa w górze, siada na cylindrze, na ramieniu
Aż go pan zamieni w muchę, albo nic

Ja kocham cyrk, ja kocham cyrk
Bo tylko popatrz, co on robi
Wsadza głowę w paszczę lwa
Orkiestra gra, a lew z otwartą gębą słucha
I apetyt tylko ma na muzykę

Ja kocham lwa, ja kocham psa
Że do muzyki, do tanecznych figur
Tak się pchają słoń i biały koń
A przede wszystkim za to, że po chwili
Znów już sobą są

Wszyscy biją brawo...

Nie boję się, bo śmieję się
Kiedy wysoko, hen wysoko w górze pod kopułą
Tnie, powietrze tnie esy floresy
Swoim ciałem akrobata na trapezie

Wszyscy biją brawo..

Ja kocham cyrk, ja kocham cyrk
Za to, że świat zamienia w małą kulę pod stopami
Patrz, jaki jest krzyk, kiedy się toczy
A ja na niej równowagę łapię w mig

Pablo Picasso - Akrobatka na piłce

Fot. Urszula Kiebzak

Mieć taki deszcz, gdy świeci słońce - Marek Grechuta


Marek Grechuta, Dorota Pomykała

Mieć taki deszcz, gdy świeci słońce

Idzie na deszcz i wszyscy wkoło
Już rozpinają kwiaty gromu
A pani ma odkryte czoło
Parasol pewnie został w domu

Parasol noszę przy pogodzie
I lubię wtedy go otwierać
Gdy pana wzrok mojej urodzie
Jak skwar i jak burza doskwiera

Proszę uważać na fryzurę
Już pierwsze krople spadły na nią
Parasol noszę widząc chmurę
A na deszcz czekam tuż za panią

Czekałam, bardzo , bardzo długo
Na pierwszy deszczyk ten majowy
A wszyscy mylą go z szarugą
I pod parasol kryją głowy

Może być burza i ulewa
Może być wielka zawierucha
Proszę się za to na mnie gniewać
Ale też proszę mnie posłuchać

Lubię się pod parasol schować
I słuchać szeptów kropelkowych
Musi być wdzięczna ta rozmowa
Ponad wszystkie inne rozmowy

Tak, parasole to altanki
W których się kryje słowa dal
Wokoło wiszą deszczu firanki
I nawet słońca wtedy nie żal

A mnie go żal, a ja bym chciała
Mieć taki deszcz, gdy świeci słońce
I stąd ma tajemnica cała
Że mój parasol został w kącie

Ja zaś tak chciałbym ujrzeć słońce
Gdy deszcz zaczyna szaro mżyć
Stąd znów życzenie me gorące
Pod mój parasol chciej się skryć

Pierre Auguste Renoir - Parasole

Fot. Dorota Pomykała

Gdyby był taki aparat - Marek Grechuta

Urszula Kiebzak, Marek Grechuta
Gdyby był taki aparat

Gasną mi powieki i szarzeją ręce
Długo tego jeszcze?
- Nie kręć się
- Nie kręcę

Uśmiech mi już więdnie
Nie będę się zmuszać
Dość tego, nie mogę
- Nie ruszaj
- Nie ruszam

A gdyby był taki aparat co zrobi w mig
Wspaniały obraz mego ciała
Spowitego w te marne szaty
Taki pstryk, co w jedną chwilę
Zrobi z tego coś pięknego...

Dłonie mi grabieją, zamarzły mi stopy
Maluj sobie kwiatki, albo antylopy
Palce mam jak sople, a oczy jak szparki
Słuchaj, ja naprawdę wolę już te garnki

A gdyby był taki aparat co pstryk zrobi
I już masz obraz mojej twarzy ulubiony
Kupiłabym, słuchaj Modi
Ale to chyba kosztowałoby miliony...

A tak co mi z tego, że płótno smarujesz
Czasami ktoś powie, że ładnie malujesz
I  pójdzie, a z tobą ja zaś muszę gnić
Słuchaj, dosyć tego, no, dosyć na dziś

A gdyby był taki aparat....

Pokaż, to ja? To chyba twoje przywidzenie
- To powleczony światłem oczu snu aksamit
- Ty ciągle śnisz
- To nie jest śnienie, to jesteś ty
Ja się nazywam Modigliani...

Amadeo Modigliani - Portret Luni Czechowskiej

Fot. Urszula Kiebzak

Piruet na polnej drodze - Marek Grechuta

Dorota Pomykała
Piruet na polnej drodze
Tancerka z bukietem


Marek Grechuta

Weź, zabierz mnie tam
Tam gdzie niebo wisi jak białe runo, jak angora
Ach, jak bardzo jestem, ach, skóra jak mak
Taka słaba jak koteczek i blada
Chyba chora, bardzo chora

Nie, nic mi nie brak
Mam parasol, buty, futro i suknię, i podomkę
Zimno nie jest, ale dreszcz, dreszcze jak prąd
Gdy pomyślę, że się drapię w jeżynach
Po malinkę, po poziomkę

Czas, na mnie już czas
Kino, teatr, radio i telewizja niech pamięta
Że ja patrzę dzisiaj tam, gdzie sypie piach
Polną drogą, siano gryzie, lecz pachnie
Tam rumianek, a tam mięta

Ach, potańczyć tam
W ciepły piasek się mocno wkręcić szybkim piruetem
Potem zrobić lekki skok, niski skłon
I nazbierać w tańcu kwiatów naręcze
By ukłonić się już z bukietem

Ej, panie Degas
Pan mi każe się kłaniać do portretu scenicznego
Lecz już skoro muszę stać
Tak długo trwać w tym ukłonie
Jedźmy, daj się ukłonić drzewom Lasku Bulońskiego

Tak, tak wolno ci
Tak uśmiechać się głupio na te słowa, a zobaczysz
Jak któregoś rana gdy ukroisz chleb
Te trociny, a  z chleba wypada list
Żyję sobie wśród kołaczy

Tam gdzie biały dom
Tam gdzie niebo wisi jak białe runo, jak angora
Ach, jak bardzo jestem, ach, skóra jak mak
Taka słaba jak koteczek i blada
Chyba chora, bardzo chora

Weź, zabierz mnie tam
Tam gdzie niebo wisi jak białe runo, jak angora
Ach, jak bardzo jestem, ach, skóra jak mak
Taka słaba jak koteczek i blada
Chyba chora, bardzo chora...

Edgar Degas

Inna kuchnia, inna moda - Marek Grechuta

Edouard Manet - Śniadanie na trawie

Marek Grechuta

Inna kuchnia, inna moda
Śniadanie na trawie


Odpowiedz mi przyjacielu
Ciekawi mnie niesłychanie
Skąd to śniadanie na trawie
Takie zamiłowanie
Mrówka się pcha do kanapki
Źdźbło trawy w szczypiorek plącze
Nie szkodzi, popatrz
Co Francois zbiera na łące
Ślimaki prosto spod liści
Żabki jeszcze kumkające
Przecież tak lubisz świeżutkie
Śniadanie zdrowiem pachnące
Voila

Dziękuję ci przyjacielu
Za te przysmaki świeżutkie
Wybacz jednak, że wzgardzę
Ślimakiem i żabim udkiem
Słyszałem o tych potrawach
Lecz wolę je najpierw w karcie
Nie szkodzi, patrz na Marie
Jak się cieszy nieodparcie
Na gościa z dalekiej Polski
Co słyszał wiele o modzie paryskiej
A wie niewiele o ich modelek urodzie
Voila

To rzeczywiście niezwykłe
Uraczyć się na śniadanie
Kuchnią i modą francuską
Przez naturalne wydanie
Powiem ci jednak, że przez to
Nie ma wśród nas różnicy
Mój drogi, dlatego chciałem
Abyś na to liczył
Że w kraju o innych słowach
Innej kuchni, innej modzie
Pomysły nam wciąż podsuwa
Ten sam natury dobrodziej
Voila

Śniło mi się i pamiętam - Marek Grechuta


Marek Grechuta
Śniło mi się i pamiętam

Pan Wyspiański kreśli pejzaż pastelami
I wywija zakrętasy pod wąsami.
Osty, maki, chabry, głogi i kąkole -
Ja je czuję, ja je kocham, ja je wolę…

Ornamenty Akropolu i Paryża
Niech się srożą pod niebiosa, ja się zniżam -
By wyciągnąć z tego błota grudę gliny
I ulepić z niego wrota przez jaśminy.

Przez jaśminy? Jakie wrota? Mówże jaśniej!
Śniło mi się, lecz pamiętam – Polska właśnie!”

Co się śniło, nic śniło, zawsze było
Widok zwykły z wieku na wiek zwykle miło
Pan Wyspiański zwraca honor tej kałuży
Której zmrok najbardziej zwykle  zwykł się nużyć
Pól stulecia to już sto lat jak kałużą
Wyżłobioną na asfalcie szosy burzą
Mkną i warczą zgrzebne wózki kolorowe
Popod Wawel gdzie pejzaże pastelowe
Były, będą jak witraże gdy powietrze
Jest po burzy i po ostrym halnym wietrze

Gdy powietrze dziś w Krakowie spopielałe
Patrz naprawdę te pejzaże są wspaniałe
Czarne kreski z oficyny jak wirusy
W wodzie na herbatę niewidzialne fusy
Wielkie wrota, wiek cywilny nowych spleenów
Pozłacane złotem żyta wśród jaśminów

Przez jaśminy? Jakie wrota? Mówże jaśniej!
Śniło mi się, lecz pamiętam – Polska właśnie!”

Obrazy: Stanisław Wyspiański



Księżyc w rynku - Józef Czechowicz

Marek Grechuta
Księżyc w rynku

Józef Czechowicz

Kamienie, kamienice,
ściany ciemne, pochyłe.
Księżyc po stromym dachu toczy się, jest nisko.
Zaczekaj. Zaczekajmy chwilę -
jak perła
upadnie w rynku miskę -
miska zabrzęknie.

W płowej nocy,
po kątach nisz głębokich,
po bram futrynach i okien
załamany,
bez mocy,
cień fiołkowy uklęknie.

Gwiazdy żółte, które lipcowy żar ściął,
lecą - kurzawą - lecą,
firmament w złote smugi marszczą,
za Trybunałem
na ślepych szybach świecą
cichym wystrzałem

Noc letnia czeka cierpliwie,
czy księżyc spłynie, zabrzęknie,
czy zejdzie ulicą Grodzką w dół.
On się srebrliwie rozpływa
w rosie porannej, w zapachu ziół.

Jak pięknie!

Fot. Lublin nocą, źródło: Pinterest

Knajpa - Józef Czechowicz

Marek Grechuta - Knajpa

Józef Czechowicz


Tłumnie mijały auta cętkowane kręgami lamp,
Wracano z rautu.
Nagie ramiona w bransoletach
Pochylały się nad brukiem
Równolegle, poziomo i w ukos.
Z gestów dam wynikało, ze chcą
Spędzić wieczór w gabinetach.
Pić wesoło i długo, o, o, o, o...
Błysła zabawa, nie było gwiazd.
Nie wiadomo było czy noc już schodzi.
W cieniu jedwabnych ścian nie ma ulic, miast
I nikt nie przechodzi...
Z gestów dam wynikało, ze chcą
Spędzić wieczór w gabinetach.
Pic wesoło i długo...

Glosy w pijaństwie gasły,
Głaskały się coraz dalej.
Smukły pan całował ażurowe pantofelki.
Jedna para tańczyła.
Spadała komenda: Pij! Pij! Nalej!
Z ust panienki w sukience lila.
Gulgotały nad kieliszkami butelki,

Nagle!
Zaczęły się przesuwać kąty gabinetu,
Żeby nie upaść musieli osiąść.
Czarne, nocne okna błądziło
Ze ściany, na ścianę.
Kwadraty posadzki goniły, goniły
Za daleka metą...
Wydęte banie portier
Wirowały nad stołów oceanem,
Wirowały nad stołów oceanem.

Usiedli, usnęli, gabinet jak wagon
Pomknął ku świtowi. pomknął ku świtowi!
Głowy pijane odrzucili w tył!
Żyły im nabrzmiewały krwią i alkoholem!
A z niemocy tych głów, z gorączki żył
Realizuje się fantom golem.
Realizuje się fantom golem!
Byłby może zmiażdżył te gromadę...

Ale oto w liryce dalekiego tanga
Zaczął dźwięczeć codzienności motor
Zmieniło się niebo blade...
Zmieniło się niebo blade!
W jaskrawy, prześwietlisty hangar!

Obrazy: Juarez Machado

Marcelle Lender tańcząca bolero - Marek Grechuta


Marek Grechuta
Marcelle Lender tańcząca bolero

Jak namalować tańczącą bolero
Chyba, że z takiej pamięci
W której zostaje kwiecistą banderą
Kaskadą rytmów i chęci

Tak malowniczą, że każdy spamięta
Lender tańczącą bolero
Kiedy Toulouse-Lautrec się zapęta
On zapamięta dopiero

On wie, że tańczyć będą z czasem inne
Opętane rytmem damy
Ale dziś zachwyt i ochy nagminne
Trzeba wtopić w trwałe ramy

Bowiem w pamięci jak pochodni błyskiem
Jak z błyskawicy migania
Chwile pamięta się dłużej niż wszystkie
Wieczory przypominania

Z takiej pamięci można namalować
Jeśli się wie i pamięta
Jak ma w bolerze figura wirować
I jak układać się pięta

Marcelle zna dzisiaj dobrze cały taniec
I z niego rysunek ciała
Wszystko ułożył jej karzeł-przebraniec
I sława z nimi została

Sława jak sława, co to za sława
Gdy dziś inaczej się tańczy
A taniec to jest tylko zabawa
Do rytmu ukłon poddańczy

Ale do rytmu, ale do werbli
Do kantyleny Ravela
W której zostawił karzeł ślad wdzięku
Jakim Ravel poniewiera...

Obraz: Henri de Toulouse-Lautrec
Fot. Marcelle Lender

Kobieta niesie chleb - Marek Grechuta

Marek Grechuta
Kobieta niesie chleb


Kobieta niesie chleb
Nie w siatce, lecz na głowie
Na wasz zdziwiony wzrok
W ogóle nie odpowie
Ciężki ten chleb jak sen
Jej wygłodzonych dzieci
Niesie go, byś widział
Jak pięknie w słońcu świeci

- "Tatusiu, co to jest?" -
Syn pyta, ojciec powie:
"To samo, co i ja
Mam co dzień na swej głowie"
- "Czemu ty zdejmujesz
Kapelusz i się kłaniasz?
Skąd ty ją znasz, odpowiedz?"
- "Z codziennego wstawania"

Spróbujesz kiedyś ty
Prostej sztuki, bo człowiek
Codziennie musi wstać
Z ciężkim chlebem na głowie
Zobaczysz, jaki wtedy
Zrobisz się silny, trzmielu
I jak widząc ten chleb
Uchylisz swój kapelusz

Skąd przychodzimy... - Marek Grechuta



Marek Grechuta
Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd idziemy

Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd idziemy?
Przecież my wiemy, że nie bardzo pasujemy
Do takich pytań i do braku odpowiedzi,
Sąsiedzi słońca, wody, nieba, ziemi sąsiedzi.

Tak nas zostawił na kształt znaku zapytania
Ten, kto przyjechał i nie pytał, lecz się kłaniał.
Tak układamy ręce, jak nam kiedyś on ułożył,
Który tu z nami  wiele piękna w słońcu dożył.

Tu było wiele spraw, tysiące, taka moc,
Że przegadany dzień nie starczy ani noc.
A jak zamilczeć w słońcu, do księżyca grać,
I robić to po prostu, na co nas jest stać.

Nauczył nas ten malarz, który odkrył nam,
Jaki nas bawi kształtów, błysków wielki kram.
Wypełnić nimi można wiele pustych scen,
Gdzie nie ma słów, a wisi tylko barwny len.

Wśród pięknych krzeseł i portretów białych dam
Uderza w ściany mocne serce, nasz tam-tam.
Wstawcie go w ramy, w których zimna cisza lśni,
Niech go zobaczy tamten, ten i ty, i ty.

Pozwoli przyjrzeć się, jak się zachowujemy,
Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd idziemy...

Paul Gauguin - Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

Gioconda - Marek Grechuta


Marek Grechuta - Gioconda

Nie wiem, czy wypada w ogóle się zajmować
Portretem, co sławę ma wystarczającą
Weź, napisz piosenkę, melodię poprowadź
Pod refren ten temat z uśmiechem wiążącą

Piosenka z uśmiechem to banał okrutny
Chcę być w tym temacie trochę oryginalny
Zaśpiewam pod uśmiech bardziej rezolutny
Choć temat w piosence - nietykalny

Gioconda, zaśpiewam o tobie
Bo jakaś piosenka się tobie należy
Gioconda  i słowo po słowie
I nuta po nucie ten uśmiech się szerzy

Piosenka z uśmiechem, ona ma rozchmurzyć
Codzienną udrękę i pracę niewdzięczną
Lecz wiem, w tym temacie może ona nużyć
I w ogóle wydawać się nieporęczną

Po co się wysilać i śpiewać melodię
Pod uśmiech, co nigdy się nie rozchmurzy
Choć sam jest poezją, zna życia prozodię
I wie, z jaką miną życie się nie dłuży

Gioconda, zaśpiewam o tobie...

Oglądam foldery świata dwudziestego
Który wszedł w niejedną życia tajemnicę
Są już odpowiedzi na słowo - dlaczego
I widać wyraźniej niejedną różnicę

Więc choć lat czterysta dzieli cię od chwili
Gdy śpiewam o tobie piosenkę z uśmiechem
Wiem, że niejednemu życie ty umilisz
Gdy się nie uśmiechasz, czego jesteś echem...

Leonardo da Vinci
.