Maria Koterbska
Piosenka z zażaleniem Marian Załucki
Trzeba by chodzić w aureoli
Lub być aniołem, jak kto woli
Żeby wytrzymać z tobą i przy tobie być
To już doprawdy nie do zniesienia
No wciąż ten trening i ćwiczenia
Znowu chcesz iść już
No oczywiście, proszę idź
Dla ciebie bieżnia i boisko
Milsze niż miłość i niż wszystko
Dlatego myślę sobie – mam już tego dość
Lecz potem wracasz i stajesz w bramie
I tak niewinnie patrzysz na mnie
Że jak lilija więdnie, mija moja złość
Bo jestem słabsza od mego uczucia
Taka piórkowa, najwyżej kogucia
A moja miłość, wielka taka
Jest chyba w wadze Węgrzyniaka
Więc powiedz sam, no powiedz sam
Jak z mą miłością walczyć mam
Wszystkiemu winien taki szczegół
Że brak w miłości wszelkich reguł
Że paragrafów i sędziego tutaj brak
Są w boksie, w piłce i w szermierce
Ale gdy w grę już wchodzi moje serce
To człowiekowi nikt nie powie, co i jak
Tylko dlatego, mój ty miły
Nie kochać ciebie nie mam siły
I kiedy wracasz gdzieś ucieka cały gniew
Lecz ja się więcej tak nie bawię
I kiedy będę znów w Warszawie
To zażalenie wniosę do GKKF
Że jestem słabsza od mego uczucia
Taka piórkowa, najwyżej kogucia
A moja miłość w ciężkiej wadze
Więc ja jej sama nie poradzę
Niech powie Stamm, o niech powie Stamm
Jak z mą miłością walczyć mam
Biegnę, biegnę wciąż przed siebie gdzieś,
Zasuwam po tartanie,
A regulamin pić i jeść,
I spać mi też zabrania.
Może właśnie teraz poszedłbym na spacer nucąc jakąś pieśń
Lub skoczył na śniadanie.
A guzik! Biegnę, biegnę wciąż przed siebie gdzieś,
Zasuwam po tartanie.
Abisyńczyk Sem Bruch
Za wirażem znikł jak duch,
A jeszcze dziś trenerów dwóch
Mówiło mi, że Sem Bruch
To nasz - tak mówili - abisyński druh.
No proszę, do przodu druh jak burza gna,
Ja pocę się i sapię,
Lecz się pocieszam, że raz-dwa
Swój drugi oddech złapię.
W razie czego poczekam na trzeci dech,
Choć schnie mi w gardle ślina,
A już na czwartym czy piątym, choćbym zdechł,
Dogonię Abisyna.
Ładnie to tak? Prawdziwy druh
Nie ucieka, kiedy kolega spuchł.
A jeszcze dziś trenerów dwóch
Mówiło mi, że Sem Bruch
To nasz - tak mówili - abisyński druh.
W termometrze skacze rtęć,
Przegrana z góry walka.
Dla Sema kilometrów pięć
W upale to normalka.
Na takiej Syberii, jakby jeszcze padał śnieg,
Tam na klimacie by się naciął.
Tutaj, jak chce, wygrywa ze mną bieg,
A ja co? Ja nic! Tylko go rugam macią.
Mało mu jeszcze? Niech to jasny szlag!
Zdublował mnie skubany, hak mu w smak!
Szkoda słów, ładny mi druh!
Jak mu tam, zapomniałem, Acha, Sem Bruch -
Nasz abisyński druh.
I bieg i skok i ech przeklęty losie, Choć sukces był znów blisko, był tuż, tuż, Zawzięło się to 2.28, Nie mogę go przeskoczyć ani rusz! Czy masz styl przerzutowy czy flop, Czyś mi bracie przyjaciel,czy wróg, Musisz w chwili wybicia być chłop, Zdecydować się na jedną z nóg. Neologizmy kwitną u nas w klubie, gdyż Tę nogę zwą wybitną, co wybija wzwyż I niech tam kto wybitną lewą sobie ma, Ja mam wybitną prawą, z prawej skaczę ja! I bieg i skok! I znów na plecach leżę Poprzeczka leży obok mnie, a żal A trener na mnie krzyczy - Ej Frajerze Zdecyduj się, czy skaczesz wzwyż, czy w dal! Ej, wyrzucę cię z klubu na twarz I wypiszę opinię, że hej, Rozbieg durniu, na lewą brać masz I jak wszyscy wybijać się z niej! A ja za ogon chwycę sławę, ręczę wam Jak się wybiję z prawej - taki fason mam, Nieprawidłowa prawa wyżej wzniesie mnie Niż prawidłowa lewa tak jak trener chce! Trybuny w śmiech i grają mi na nosie I ścięgno Achillesa strasznie rwie I bieg i skok i 2.28 Z zapasem takim wziętym, ani drgnie! Choć przepadły wyjazdy i dys - kwalifikacja pewna, to cóż? Byłem w górze i to jest mój zysk I tego nikt nie weźmie mi już! Dorwałem sławę, byłem górą, nie ma co, Wyrwałem jej z ogona pióro - takie o! Na przekór masie, co posłuszną lewą ma Ja mam wybitną prawą, z prawej skaczę ja!
Śpiewa: Marek Perepeczko (na fot.)
👉TUTAJ z tekstem Jonasza Kofty
Утренняя гимнастика - Gimnastyka poranna Włodzimierz Wysocki - Wojciech Młynarski
Nie bez racji i kozery
Zwroty ćwicz i dwa, i cztery
Oto cała mądrość i polityka
Gdy nadzieje wszelkie prysną
Mięśnie oraz chęci zwisną
Wtedy w sukurs przyjdzie ci gimnastyka
Otwórz okno swe na oścież
Ćwicz przysiady - siedem, osiem
Im dumniejszy wyprost - tym korniejszy skłon
W ciele, co ma zdrowy chuch
Prawidłowy mieszka duch
Wnet polepszy ci się słuch i trafisz w ton
Gnębi ludzi w całym świecie
Wirus grypy - dziewięć, dziesięć
Chorób wszelkich ząb nas drąży wszerz i w głąb
Gdy miazmaty parzą łeb
Kubłem wody siły krzep
Zimny prysznic weź, aż cię przeniknie ziąb
Bo nie pora na rozmowy
Skłony ćwicz, a reszta z głowy
I ponurak wnet się z nami będzie śmiać
Komu tam za mało jeszcze
Kim niezdrowe trzęsą dreszcze
Temu zaraz ostre wciry mogę dać
Furda dżumy i cholery
W miejscu bieg i trzy, i cztery
Gimnastyka to ozdoba - istny cud
Po co ścigać się na bieżni
Tu jesteśmy niezależni
I wiadomo, że nikt się nie wyrwie w przód Śpiewa: Piotr Fronczewski
I cios, i zwód, i sierp, i hak, szum w głowie, w piersi ból -
Budkiejew Borys bije tak, nokautów ciężkich król
I znów zapędził mnie do lin i choć zasłaniam się,
Znów Krasnodaru dzielny syn na deski posłał mnie.
I myślał sięgając pięściami mych szczęk,
Że człowiek brzmi dum... i życie jest pięk…
Na „siedem" leżę wciąż na wznak, trybuny wyją w głos,
Na „osiem" wstaję i znów hak, i cios, i zwód, i cios,
Zniszczony czuję się doszczętnie, bo wiem, co tu kryć,
Ja od dzieciństwa czuję wstręt by w twarz człowieka bić.
I dumał Budkiejew, gdy wył wkoło tłum,
Że życie jest pięk... i człowiek brzmi dum…
A na trybunach rośnie wrzask - Pruj flaki mu! To tchórz!
I znów mnie Borys dyszlem trzask, a ja na deskach już,
Sybirak, nie daruje mi, choć sam już ledwo tchnie,
Choć jęczę mu - przyhamuj i odpocznij durny łbie!
Lecz on nie odpocznie, aż na gongu dźwięk,
Bo człowiek brzmi dum... i życie jest pięk…
Znów czort po ringu goni mnie, aż nagle strasznie zbladł,
Bo tak tym biciem zmęczył się, że sam na deski padł,
Wzniesiono w górę moją dłoń, tę, co nie biła go.
Na ringu plackiem leżał on, Budkiejew, król K.O!
I myślał, że człowiek brzmi dumnie, że hej,
A mnie czasem brzmi,a czasem ciut mniej…
Panna Jadzia, chociaż mała
Ale bardzo, bardzo chciała
Przodownicą być Więc skakała wzwyż i w dal
I biegała, że aż ha
By podrosnąć
I rekordy nowej normy bić
Więc biegała, biegała…
Że ojra - ech
A wszystkich wokoło…
Brał czasem śmiech
Lecz Jadzia biegała…
I hop la la
Aż normę pobiła…
Tak na sto dwa
Józio gwizdek, zwykły chuchrak
Też się kiedyś bardzo uparł
Przodownikiem być Brał więc wciąż za dysk i młot
Czasem rzucał kulą w płot
Chciał on zmężnieć
I rekordy nowej normy bić
No i rzucał i rzucał….
Że ojra - ech
A wszystkich wokoło…
Brał czasem śmiech
Lecz kiedyś jak rzucił…
Ej hop la la
Rekordy leżały, leżały, leżały
Tak na sto dwa
Więc gdyś młody bracie miły
Na zamiary mierz swe siły
Z innych przykład bierz
Razem z nami w nowy czas
Nieć pogodę, słońca blask
I pod niebo roześmiane
Rzuć piosenkę tę
Sport to radość i siła, i siła…
Że ojra - ech
Sportowiec przy pracy przegoni…
Ot choćby trzech
Tak jasne jak chabry, jak chabry…
Ma ślepia dwa
I nuci wesoło, wesoło…
I hop la la...
Już mistrzostwa świata blisko, będzie wielka gra
Ludzie mówią, ludzie wierzą – Polska szansę ma
Na boiskach nasi chłopcy bronią się jak lwy
Długi przerzut, szybka centra oni albo my
A ty się bracie nie denerwuj tam Lubański gra
Nerwy swoje zwiąż na supeł obok Deynę ma
A ty się bracie nie denerwuj damy pokaz gry
Tylko dłonie ściśnij mocno sprawdzą nam się sny
A ty się bracie nie denerwuj nie żałuj gardła dziś
Wielki finał złotą NIKE wygra lepszy z nich
Piłka nie jest okrągła piłka jest kanciasta
Łatwiej stracić gola niż go wbić
Trudny puchar Rimeta wszystko dzisiaj przysłania
Szansa, co cztery lata, gdy NIKE w słońcu lśni
A w sektorze numer siedem siedzi Jacek Gmoch
Z jego banku informacji szczęście wyjmie los
Obok niego jak dyrygent trener Górski siadł
Grajcie z zębem, ale fair play nie poskąpię braw
A ty się bracie nie denerwuj...
Tomaszewski w pięknej akcji piłkę wybił znów
Włoski trener mamma mia graczy zmienia dwóch
Już do końca kilka sekund sędzia sprawdza czas
Na Okęciu ich spotkamy nie żałujcie braw
Niedziela, piąta pięć
stadion Banika
Dwa piwka wprowadzę –
-lubię przykirać
Nie gap się, frajerze,
bo bedzie kicha,
jak który mnie wkurzy
dostaję świra
Sie stoi, no bo jak
Nie pchaj się, wale!
Spartanie, hak wam w smak!
Ostrawa, dalej!
Całe trybuny wrą,
te, zamknij paszcze!
Witamy. vivat sport,
a futbol zwłaszcza.
Na rogi zero trzy
lecz nie ma gola
Skoście go, chłopaki!
Liga to liga.
W robocie druga zmiana,
więc żem to olał,
hej, koleś, nie zasłaniaj!
Dajcie dwa piwa.
Trawa zielona jest,
hej, sędzia, czyś pan ślepy?
Ostrawa dalej, fest,
Nasz Kula gra najlepiej
Dychę za bilet chcą,
więc im pokażcie!
Witamy, vivat sport,
a futbol zwłaszcza.
Gdzie leziesz, łachmyto
Chovanec – kartka
Ale mu sprzedał sito!
Walcie na bramkę!
Dokopcie Prażanom,
chromolić Spartę!
Po trupach, iść na całość –
pięć żółtych kartek
Ja razem z kibicami,
bo w końcu to mój klub.
Spalony ?– nie ma bramy?
Sędziemu rozbić dziób!
Już autokarów rząd
stoi na kapciach.
Witamy, vivat sport,
a futbol zwłaszcza.
Ty łajzo, zamknij twarz,
no ty, w tym ortalionie,
gówno się na tym znasz,
znalazł się, kurna, Boniek
Mógłbyś już cicho siedzieć,
nim coś się stanie,
a w ogóle – wypad, zgredzie,
bo strzelę w banię!
Po meczu, oczywiście,
pije kto umie pić
Hej, kelner – można szybciej,
sześć wódek, ino w mig!
Partacze, niech ich czort,
skopać im kuper!
Witamy, vivat sport,
futbol jest super
Przez dwa tygodnie, mówię wam
Serce mi wali, oko płonie
Gdy jako widz okazję mam
Spędzić chwil parę na stadionie
Bo atletycznych mięśni spiż
Helleńską krzepi mnie radością
Zwłaszcza porywa mnie skok wzwyż
Walka człowieka z wysokością
Dokoła stadion huczy, gra
Ech, ra ra ra, ech, ra ra ra
Przez dwa tygodnie, mówię wam
Znajduję potem siebie tam
Znajduję potem siebie tam
Nie na trybunach - na tartanie
Stoję, za chwilę skoczyć mam
I tłum ma do mnie zaufanie
I demonstruję relaks, luz
By widz mną każdy oczy napasł
A potem sus, a potem kłus
I skaczę, i mam taki zapas
I znowu stadion szumi, gra
Ech, ra ra ra, ech, ra ra ra
A potem nagle cichnie wraz
Bo ja nie z tych, co mówią pas
Zaraz kolejny oddam skok
Więc na stadionie cisza mieszka
Serce mi wali, płonie wzrok
Wezmę, nie wezmę, orzeł, reszka
Poprzeczkę mam przed sobą wprost
I stoję z podniesionym czołem
Biegnę i skaczę, i o włos
Już miałem nie wziąć, ale wziąłem
I znowu stadion szumi, gra
Bo kto sens takich zabaw zna
Wie, że na placu zabaw tych
Jest najpierw cisza, potem krzyk
Lecz przecież sytuację znam
I z dużą widzę ją ostrością
Kiedy przychodzi stanąć nam
Przed zgoła średnią wysokością
Wysokość z trudem weźmie się
I bez mydlenia sobie oczu
Każdy wyczuwa, każdy wie
Że wyżej długo się nie skoczy
A jednak, proszę, stadion gra
Ech, ra ra ra, ech, ra ra ra
Że to jest mało dla nas, gdyż
My potrafimy jeszcze wyżej
Ej, że wnet będzie nowy skok
Skok, co nas wszystkich uszczęśliwi
I tak za rokiem mija rok
I trudno się tu czemuś dziwić
I trudno pytać tu, ki czort?
Próżno się szczypać czy kłuć szpilką
Bo tu nie chodzi już o sport
A w każdym razie już nie tylko
Gdy tych okrzyków słucham tak
Jednego mi w tym właśnie brak
Strasznie mi brak, jak długi rok
Tej ciszy, co poprzedza skok
Maria Koterbska
On gra na skrzydle Ludwik Jerzy Kern
Ja się nie daję, ja się trzymam, ja się staram
Ja uśmiechniętą jeszcze czasem miewam twarz
W istocie to nie człowiek jestem, a ofiara I już wszystkiego tego to mam potąd aż
Będę musiała chyba zacząć leczyć nerwy
Chociażbym miała nawet wydać złotych sto
Do tego doszło już, że trzęsę się bez przerwy
Trzęsę się notorycznie, bo
On grana skrzydle, on gra na skrzydle
W jakiej drużynie - mniejsza z tym
Raz gra przepięknie, a raz gra przebrzydle
Lecz zakochana jestem w nim
I to jest właśnie cały ambaras
I to jest właśnie cały kram
Że raz to tak gra, a tak znów gra raz
I stąd ja takie życie mam
Dla mnie niedziela nie istnieje ani święto
Bo czy pogoda, czy ulewa, czy tez mgła
Każdą niedzielę co niedziele mam zajętą
I to od ślubu już tak drugi rok coś trwa
Zdenerwowana papiloty sobie kręcę,
Na obiad w barze mlecznym szybko zjadam ryż
Potem na stadion jak wariatka jakaś pędzę
I na trybunie siadam gdyż
On gra na skrzydle…
Jakich ja rzeczy od znajomych się nasłucham
Jakich złorzeczeń, jakich biadań, jakich rad
Jedni to na głos mówią, inni zaś do ucha
A ja natychmiast jestem jak ten ścięty kwiat
I muszę robić do nich jeszcze głupie miny
Chociaż ze wstydu, to aż w dołku gdzieś mnie ssie
I naturalnie z idiotycznej tej przyczyny
Wszystko dlatego, że
W związku z MŚ utwór ten zamieszczam, choć i tak zamieściłabym bez żadnego związku. Na meczu byłam bodaj 2 razy. Raz na stadionie w Chorzowie (nie mam pojęcia, kto mnie do tego namówił), a raz na wakacjach, w Pasymiu, bo Wujek grał w miejscowej drużynie, prawdopodobnie takiej jak ta z Kapuścina, więc wypadało pójść. To całe moje doświadczenie. I jeszcze napisy kredą na murach: Wisła Pany, Cracovia Dziady!. A może odwrotnie? Na szczęście mój chłopak piłki nie kopał.
Maria Koterbska
Mój chłopiec piłkę kopie
Eugenia Wnukowska
Codziennie bierze mnie złość
I codziennie mam tego dość
Codziennie mówię, że nie
Lecz w końcu idę na mecz
Bo on mówi, że to zdrowo
Że zaprawę trzeba mieć sportową
Jeśli zimno, mogę włożyć jego płaszcz
Bo on musi przecież grać
Bo mój chłopiec piłkękopie
Wczoraj bramki strzelił dwie
Od niedzieli do soboty
Ciągle tylko mecz, mecz, mecz
Czasem w głowie mi się kręci
Od tych wszystkich trudnych nazw
Tu ktoś gola strzelił z rogu
A ta linia to jest aut
Bo mój chłopiec...
Codziennie bierze mnie złość
I codziennie mam tego dość
Codziennie proszę, że nie, nie
Lecz w końcu idę na mecz
Kiedy chcę pójść z nim do kina
By zobaczyć ładny nowy film
Wtedy słyszę: "Czemu zapominasz znów
To dziś właśnie gra mój team"
Bo mój chłopiec...
Że drużyna z Kapuścina
Ma półgórny system gry
Że Prędkiemu brak kondycji
A Dynamo ma swój styl...
Rozpędzam się, wybijam, idę w górę,
Poprzeczkę strącam, nie wyszło, niech to szlag
Te dwa czterdzieści stoi twardym murem.
Odpadłem, choć niewiele było brak.
Tak to jest, gdy uprawia się sport,
Tak to jest, kiedy skacze się wzwyż -
Długi rozbieg, wybicie i lot -
Potem całym ciężarem na pysk.
Ja się wybijam z prawej, tę metodę mam,
Za ogon złapię sławę i pokażę wam.
Niech inni skaczą z lewej, jak tak dobrze im,
Ja się wybijam z prawej - to mój styl.
Rozpędzam się, wybicie, idę w górę -
I znowu spada ta cholerna żerdź,
Trybuny już się ze mnie śmieją chórem,
A trener na mnie zawziął się na śmierć:
"Z klubu, łajzo, polecisz na łeb!
Potem oddam cię, durniu, pod sąd.
Z lewej skakać masz, czy chcesz, czy nie!
Twoja prawa to gorzej, niż błąd".
Choć widzę - kiepska sprawa, trener mordę darł,
Nie umiem skakać z lewej, choćbym chciał.
Ta prawa, choć nieprawa, się do skoku rwie,
A lewa mi omdlewa. Tak to jest.
Trybuny w śmiech, znów na rozbiegu stoję
I prawą nogą lekko macam żwir.
Wybijam się... I dwa czterdzieści moje!
Przeszedłem, tego mi nie weźmie nikt.
Niech kontuzja w pachwinie mnie rwie,
Niech kuleją obie nogi moje dwie
Przetrzymałem ruganie i śmiech,
Byłem w górze. No co? Może nie?
Co z tego, nic takiego, rekordowy miałem skok.
Złapałem ogon sławy, przytrzymałem go.
Niech inni skaczą z lewej, jak im dobrze tak,
A na zdrowie, proszę bardzo.
Ja się wybijam z prawej. To jest fakt. Marian Opania