Jakże niespodziewanie, śmiało
Brzmi głos kobiecy w telefonie,
Ile rozkosznych drga harmonii
Jedynie w głosie tym bez ciała!
Szczęście w jasności nieboskłonu
Czasem na krótko się zatrzyma:
Słodszaś od lutni Serafina
Nawet w słuchawce telefonu!
Pomarańczowo-czerwone niebo...
Wiatr porywisty kołysze
Krwawą kiść jarzębiny.
Chcę dognać konia, co biegnie
Blisko szyb oranżerii,
Krat prastarego parku i łabędziego stawu.
Obok mnie ryży, kosmaty
Pędzi mój pies,
Milszy mi stokroć
Niż brat rodzony;
Psa będę zawsze pamiętał.
Jeżeli zdechnie.
A tętent coraz szybszy,
Kurz wzbija się wciąż wyżej.
Trudno jest ścigać konia
Czystej arabskiej krwi.
I trzeba będzie przysiąść
Z zadyszką na kamieniu,
Szerokim i płaskim,
I wpatrywać się tępo
W pomarańczowo-czerwone niebo
I tępo się wsłuchiwać,
Jak przenikliwie krzyczy wiatr.