O, Dorothy
Twe egzotyczne imię
O. Dorothy
Twój egzotyczny seks
O, Dorothy
Muzyką taką we mnie płyniesz
Do której trudno znaleźć tekst
O. Dorothy
Tyś jakby snem na płótnie
Dosadnym zbyt
Atoli jak na sny
Więc w związku z tym
Nie mogę zasnąć absolutnie
O, Dorothy, Dorothy, Dorothy
O, Dorothy, o... O, Margareth
O, Margareth
Twe egzotyczne imię
O, Margareth
Twój egzotyczny seks
O, Margareth
Muzyką taką we mnie płyniesz
Do której trudno dobrać tekst
O, Margareth
Tyś jakby snem na płótnie
Co szepce szept
Zbyt głośny jak na sny
Więc prócz mych bied
Nie mogę zasnąć absolutnie
O, Margareth, Margareth, Margareth
O, Margareth, o...
Człek czasem zamiast na ryby,
by poszedł na syrenki.
Poobserwować jak gdyby,
czy nawet wziąć do ręki;
przeurocze pół na pół:
góra – damy, rybki – dół.
W pani najdroższej niestety,
choć skrajnie byś miłował,
zbyt dużo bywa kobiety,
w syrence zaś – połowa.
Przeurocze pół na pół:
góra – damy, rybki – dół.
Z damskim syrenkę mieć spodem
też dobrze by szalenie.
Od stóp kobieta do bioder,
a reszta jest milczeniem.
Lub pół damy w środku mieć,
a rybki– pod i nad – po ćwierć.
Staruszekdo wszystkiego -
cudowny rodzaj dziadka.
Do odgarniania śniegu!
Do podlewania kwiatka!
Do zupy nastawiania!
Do zabawiania pań!
Do wyfroterowania!
I do wymiany zdań!
Staruszek – czyn!
Staruszek – zysk!
Staruszek – klin
i – błysk!
Staruszek – brat!
Staruszek – dłoń!
Staruszek – kwiat
i – woń.
Te lata, co bez niego,
To jakby wielki post.
Staruszek do wszystkiego,
Wygrany wielki los!
Staruszek do wszystkiego –
słoneczko i pogódka.
Staruszek do wszystkiego –
do domu i ogródka!
Na zimę i na lato,
do miasta i na wieś!
Staruszek, który da to,
co w życiu chciałbyś mieć.
Któż jak ciotka cię wysłucha,
któż użyczy czulej ucha?
Któż tak otrze łzę ukradkiem,
bo się wzruszył twym wypadkiem?
Któż tak szczerze powspółczuje,
kto tak biustem zafaluje,
ucałuje tkliwie w skroń,
wsunie stówę w dłoń?
O, godzino zwierzeń słodka,
gdy ci łzy płyną ze środka
i ciurkają jak ruczaje,
bo im błogi upust dajesz.
Jak to pieści, jak to koi,
jak to płucze, jak to goi,
jak to spazmem ulgi łka:
Och, och, och, ach, ach.
Ja się zwierzam, ciocia słucha:
Mucha była zła dziewucha,
ja natomiast z tą Marynią
trochę jednak byłem świnią.
Co za ulga od wynurzeń
o naturze szefa w biurze,
z którym tę udrękę mam,
że jest drań i cham.
Ja się zwierzam, ciocia słucha,
ale mniej już ze mnie bucha,
jakby mniej już ze mnie tryska
rynną, co ją mam z ciotczyska.
Kresu zwierzeń już dobiegam,
nic już sercu nie dolega,
już je obmył rzewny szloch:
Ach, ach, ach, och, och.
Dziewczyna pachnąca szczęściem –
przedziwnym urzeczeniem –
urzeka równocześnie
wzrok, słuch i powonienie.
I nie wiesz, czy to pachnie,
czy mieni się, czy gra.
A to ta chwila właśnie
pachnącym szczęściem trwa.
Już będziesz tęsknił za nią
bez przerwy, nawet we śnie,
i dasz się wodzić za nos
dziewczynie pachnącej szczęściem.
Dziewczyna pachnąca szczęściem...
Dziś choćbym nic już nie czuł,
natrafiam czasem jeszcze
na nikły ślad w powietrzu
dziewczyny pachnącej szczęściem.
Przychodzi na mnie chwila taka
najczęściej w maju, choć i w grudniu –
ech, tak bym dziadka Pażdzierzaka
do czegokolwiek znów zatrudnił.
Przyszedłby wesół, mało wziął
i życzliwością wokół tchnął...
Po wykonaniu czego trzeba
zawiózłby dryndą w owe czasy,
gdy w Pomologu kwitły drzewa
lub szło się ślizgać na Dynasy.
Pod kopytami z drewna bruk
znów zastukotałby stuk, stuk...
Był dziadek raczej bez adresu,
tym bardziej więc bez telefonu.
Lecz go się spotykało często
po bramach ocalałych domów,
zwłaszcza gdy w domu takim bar:
dziadka zniewalał jego czar...
Już dawno nie widziałem dziadka,
aż wczoraj w wystawowej szybie
odbicie czyjeś; radość rzadka,
toż to Paździerzak, ani chybi:
łysinka, wąs i bródka ta.
Nie, nie Paździerzak to, to ja...
Ogary poszły w las
radosną czyniąc wrzawę.
Ogarów to był czas,
więc poszły w las.
Ogary poszły w las,
bo w lesie miały sprawę,
zaginął po nich ślad
od tamtych lat.
Ogary poszły w las
zielony i niebieski
i w czarny wielki bór,
do samych chmur.
Nie chciały iść do miast
na pokojowe pieski,
więc nie wróciły już
z jodłowych puszcz.
Ogary poszły w las
z radosnym psim hałasem,
a odgłos grania ich
wciąż cichł i cichł.
Ogary poszły w las,
by zginąć razem z lasem,
by czas nam było już
żałować róż.
Jeremi Przybora Natalia, Fryderyka, Dorota Natalia!
W mych dłoniach jej talia –
a w nozdrzach – konwalia
i bez.
Natalia, Natalia, Natalia –
wciąż cierpię ten żal ja
do łez...
Natalia, Natalia, Natalia !
Jej oczu emalia
wciąż lśni.
Natalia, ach, gdzież juwenalia,
ach, gdzież bachanalia
tych dni?!
Hrabianka Fryderyka –
Ach! Wzrok hardy, dumne czoło –
A okolica dzika, dzika, dzika, tak wokoło.
Ach, kochać aż do dreszczy!
Lecz cóż to tak trzeszczy?
"Hrabianko, czy to pani” – "Ani, ani".
"Hrabianko, więc nie pani?" – "Ani, ani mi się śni"
Lecz przez ten sani pęd, gdy rwą,
Ten pęd i koni rżenie –
Trzeszczenie, to trzeszczenie skąd,
No, skądże to trzeszczenie?
Ach, myśmy sobie jeszcze wtedy sprawy nie zdawali,
Że to już w swych posadach drżał i trzeszczał feudalizm,
Tak, tak to w swych posadach trzeszczał feudalizm.
Ilekroć się zacznie brzydota
Bezśnieżnych, dżdżystych zim –
Z ich błota wykwita Dorota
W ślicznym wspomnieniu mym.
Na szarym tle dróg bezpowrotnych,
Roztopów, nagich dni –
Dorota – kwiatuszek mój słotny –
Ognikiem się ciepłym tli.
I cały się zaraz przenoszę
Do tamtych pogód złych,
I stare włożywszy kalosze
Uśmiecham się cicho w nich.
Uśmiecham się do tamtych pogód złych. Obrazy: Tito Corbella
Nawet gdyś nie tuzem –
też mieć musisz muzę.
Pióro bez jej skrzydeł
Ma coś z wideł.
Próżno dźgasz nim papier –
ono jeno drapie,
aż łkasz od utrapień
na kanapie.
Nawet gdyś nie tuzem –
też mieć musisz muzę.
Wyobraźnia gruzem
bez jej tchnień.
Za to gdy cię natchnie –
pióro aż zapachnie
i utworek machniesz
pełen lśnień.
Ach, jechać, jechać gdzieś nam
Gdzie wkoło cisza leśna
Tam na zmęczone uszy
Kłaść okład z tej głuszy
Nagle – huk! Miły Bóg
A to kruk huknął w buk
Gdyby żuk w siana stóg
Mniejszy huk, proszę panów, być by mógł
Kruk wrzeszcząc ledwie dycha
A buk trzeszcząc się rozsycha
Ach cisza, cisza leśna
Nie jest taka cicha
Ach, jechać, jechać gdzieś nam
Gdzie wkoło cisza leśna
Tam na zmęczone uszy
Kłaść okład z tej głuszy
Nagle ryk, to czy byk
Czy to byk czy to człek
Ach to drwal, rąbiąc bal
Trzasł się w palce aż żal
Drwal klnie, aż fauna czmycha
I gdzież spokój, u licha
Ach, jechać, jechać gdzieś nam
Gdzie wkoło cisza leśna
Tam na zmęczone uszy
Kłaść okład z tej głuszy
Nagle – łup, zgrzyt i chrup
Szczęki szczęk, wrzask i jęk
A to zwierz chłopa żre
Chcesz to wierz, chcesz to nie
Dla zwierza – cóż za pycha
On ćpa, mlaska i prycha>
Ach cisza, cisza leśna
Nie jest taka cicha
Niestety – nie jest
Z Dziwalewiczem Kraniak –
te złote dwa nazwiska
jak dwa zegarki łączy
ulica jak dewizka.
Tu mieszkał Dziwalewicz,
a tutaj zaraz Kraniak,
znał każdy ich z widzenia
i każdy im się kłaniał.
Atoli ciut myliły
się ludziom te oblicza –
nierzadko za Kraniaka
ktoś brał Dziwalewicza.
Gdy raz ku Trąbskiej Zosze
się Dziwalewicz skłaniał,
myślała panna Zocha,
że kocha się w niej Kraniak.
I wyszła za Kraniaka,
w tym przekonaniu będąc,
bo żaden z nich dwóch nie śmiał
jej wyprowadzić z błędu.
Los to wyrównał wkrótce,
gdy Cacurzanka Frania
szła za Dziwalewicza
w mniemaniu, że to Kraniak...
Dłonie praczki Eweliny
nabawiały mnie łysiny.
Ona chciała jak najmiękcej,
ale miała szorstkie ręce.
Co przeciągnie po mnie dłoń,
pustoszeje moja skroń –
więc nim włos ostatni sczezł,
położyłem temu kres.
Mówię szczerze: „To już kres”,
a ona pierze w balii łez.
Mówię szczerze, choć żal bierze,
a ona pierze w balii łez.
Pierwszy bal –
jakich czarownych to wrażeń pole!
Płyną w dal
pary taneczne w zawrotnym kole.
Cudny walc
bierze serca i zmysły w niewolę.
Perfum zawrotny czad
odurza i przesłania świat.
„Mogę prosić panią?” – mówi on,
obejmuje władczo ją.
Wsłuchani w boski walca ton,
jak we śnie mkną.
W dłoni dłoń,
we wzroku jej jego wzrok spoczywa.
Kwiatów woń
odurza ją i jej zmysły porywa.
Nie wie nic,
ale jest taka bardzo szczęśliwa.
Wreszcie, gdzie palmy cień,
całuje ją wśród serca drżeń.
„Kochasz? – Powiedz!
Ustek twoich miód
ja bym wiecznie, wiecznie kradł”.
I toną wśród miłości złud,
znikł z oczu świat.
Te kuligi, te wyścigi przez zamiecie
Te szlichtady,galopy po bezkresie
Te lisiury, te janczary
Te brawury, te ogary
Te uprzęże, te oręże
Ach, te damy z panoramy dawnych Polek
Zachwycenie i smalenie dub i cholew
I w miłości, i w pogardzie
Od tych, co dziś może bardziej
One cudne, one trudne
Przy ognisku te popasy, te bigosy
Para z pysków, obertasy wniebogłosy
Biały mazur na rozdrożu
W starej karczmie, gdy już zorzą
Śniegi płoną tak czerwono
Niech pani się do mnie tak nie śmieje -
To we mnie ból słodki rozjątrza.
Ja nie wiem, co z sercem mi się dzieje -
Ten uśmiech to potrzask!
Niech pani przestanie już, na Boga,
Bo raną twój uśmiech mnie rani,
Na którą pomoże tylko okład
Z miłości i z pani...
A ona do mnie: "Pan wybaczy,
Na chwilę muszę na podwórko".
I zostawiła, o rozpaczy,
Mnie z jej dwunastoletnią córką.
Ty tak nie uśmiechaj się, dziecino,
Uśmiechem tym nazbyt dojrzałym...
Ze skutkiem, którego on przyczyną,
Mam kłopot niemały.
Spoważniej, dziecino, mi tu zaraz –
Twój uśmiech ci nie jest rówieśny!
I ten, co sprawiłaś nim, ambaras
Przekreślmy, przekreślmy.
Kolacja: szynka, płat łososia
Skropiony wódki zimnej chlustem.
Usługiwała nam gosposia
Z uśmiechem i wspaniałym biustem...
Gosposiu, ja proszę, niech gosposia
Uśmiechem się do mnie nie wdzięczy.
Ten uśmiech niepokój we mnie posiał,
Co jątrzy i męczy.
Tę dłoń z salaterką proszę do mnie
Kierować z powagą i serio -
Inaczej jam gotów się zapomnieć
Nad sznyclem z mizerią.
Nie mogąc z tym poradzić sobie,
Uciekłem i w wagonu szybie
Sunęły za mną twarze kobiet,
Co wszystkie były w moim typie.
O Różo, Gencjano, o Dziewanno -
Ten bukiet wciąż świeży to kara,
Żem zniszczył mą miłość zakochaną
We wszystkich was naraz.
Jest wiatr taki, co mi wciąż przynosi
Na chmurkach z dalekich stron przywianych
Ów blask uśmiechniętych ust gosposi,
Dziewczątka i mamy.
Średnie miasta,
są takie średnie miasta,
gdzie żaden dom
nad inne nie wyrasta.
W takich miastach
mężczyzna czy niewiasta
nie zwykli są
współziomków swych przerastać.
W takich miastach
nie szarpiesz się, nie szastasz.
Spokojem tchną
przedziwnym takie miasta.
Miejscowości tych nie jestem entuzjasta,
ale przyznam, urok jakiś jest w tych miastach.
Średnie miasta,
są takie średnie miasta,
gdzie żaden dom
nad inne nie wyrasta.
W średnich miastach
pomniki bluszcz zarasta,
niewielkie są pomniki w takich miastach.
Średnie miasta
wyryły zamiast hasła
nad bramą swą
jedyne słowo: „Basta”.
Gdy za tobą brama taka się zatrzasła,
trudno będzie tobie wyjść z takiego miasta.