Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kofta J.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kofta J.. Pokaż wszystkie posty

Dlaczego jestem z tobą - Jonasz Kofta


Dlaczego jestem z tobą

Jonasz Kofta

Dlaczego jestem z tobą, a nie z nim
Pytam wiosną wilgotną i tęskną
I tak bardzo to wiedzieć chciałabym
Bo na wiosnę tysiąc mam niemądrych tęsknot

Dlaczego jestem z tobą, a nie z nim
Myślę, gdy przyciskam czoło do szyby
Może to jest przypadek, obojętny jak ty
I żyjemy tak razem na niby

Jak trudno się odnaleźć, gdy domy takie same
Gdy drzewa takie małe, bo jeszcze nie urosły
Jak trudno się odnaleźć, gdy słowa takie same
Gdy świat nasz za podobny i za prosty

A potem cię rzuciłam dla niego
To tak blisko, po drodze i w maju
Bardzo proszę, nie pytaj dlaczego
Takie rzeczy się wiosną zdarzają

Dlaczego jestem z nim, a nie z tobą
Gdy jesienią wilgotno i mgliście
I tak bardzo to wiedzieć chciałabym
A wiem tylko, że już uschły drzewom liście

Dlaczego jestem z nim, a nie z tobą
Myślę, gdy przyciskam czoło do szyby
I nikogo z nas nie stać na szaleństwa i łzy
I żyjemy tak dalej na niby
Jak trudno się odnaleźć...

A potem cię rzuciłam dla nikogo
Bo tak było najdalej, najtrudniej
Bardzo proszę, nie pytaj dlaczego
To przez słońce gorące w południe

Nie jestem ani z tobą, ani z nim
Znowu wiosną wilgotną i tęskną
Na łagodnym czekaniu przemijają znów dni
Zazieleni się znów największa z tęsknot

Nie jestem ani z tobą, ani z nim
Deszcz wiosenny obmywa znów szyby
Może coś się odmieni, może coś musi przyjść
A na razie żyję dalej na niby

Z Kabaretu Hybrydy

Śpiewa Janina Ostala
z Jonaszem Koftą i Janem Pietrzakiem

Ballada o królu i błaźnie - Jonasz Kofta


Jonasz Kofta
Ballada o królu i błaźnie


Nudził się król, z nudów był chory
Memłał, kitwasił, ślinił się i czniał
Z nudów rozpisał nawet wybory
Chociaż monarchia była dziedziczna

Wygrał wybory o własny tron
I jeszcze bardziej nudził się on

Aż wreszcie nudy tak strasznej zaznał
Że do krwi obgryzł paznokcie z nóg
Zawył, zaskomlał: Zawołać błazna!
Niech się w mej nudzie doszuka luk!

Przygalopował spocony grubas
Komik-artysta, pseudo - Pic
Rzekł: Skoro jestem z wizytą u was
Wasza Wysokość, opowiem wic

Przyszła raz baba do doktora...
W tym miejscu mu przerwało coś
Z królewskiej ręki pomidora
Otrzymał w formie fangi w nos

Nie przejął się tym faktem zbyt
Bowiem tu stawka szła o byt

I z miejsca - w ekscentryczną polkę
Ruszył, ująwszy gatek kraj
Fruwał motylkiem, stawał kołkiem
W rytm krakowiaczka de volaille

Potem jaskółką wzleciał w górę
A że przyciężki trochę był
Zamiast szpagatu zrobił sznurek
Kończąc japońskim mostkiem w tył

Nie było braw, nie było ech
Jedyny dźwięk - królewski ziew

Artysta pojął już, że przegrał
Walkę o najjaśniejszą z łask
Błazen umiera jako żebrak
Kiedy sczernieje śmiechu blask

Lepiej być chociaż żywym trupem...
I gdy przemykał w stronę wrót
Poślizgnął się i padł na dupę
I stał się cud, stał wielki cud!

Król zarechotał, zachichotał
Posmarkał się, a za nim dwór
Magnaty, szlachta i hołota
Każdy się śmiał, jak mógł, czym mógł

Płynęła radość w świat szeroki
Na grzbietach akustycznych fal
Zerwane od uciechy boki
Taczkami wywożono z sal

Morał ballady - że zdrowy śmiech
Rodzi się podług reguł trzech

Po pierwsze - chwyt przez zaskoczenie
Drapieżnej puenty mocny smak
Po drugie - radość i olśnienie
Gdy aktor tak naturalnie gra
Po trzecie - co najwyżej cenię
Jako kulturotwórczy fakt
Społeczny oddźwięk i zrozumienie:
Każdy na dupę kiedyś spadł!

Adzia-badzia blues - Jonasz Kofta


Jonasz Kofta
Adzia-badzia blues


Adzia-badzia, adzia-badzia
Bije damka szach królowi
Nie jest ważne, co się mówi
Ważne jest to, co się robi
Ten gra w szachy, ten w arcaby
Tamten mocny jest, ten słaby

Adzia-badzia, adzia-badzia
Na sympozjum przyszli, wyszli
Nie jest ważne, co się robi
Ważne jest to, co się myśli
Ten wie swoje, tamten swoje
Dzieci mają razem troje

Adzia-badzia, adzia-badzia
Nikt nikomu nie przeszkadzia
Jeden chciał, ale się nadział
Teraz śpiewa już razem z nami
Adzia-badzia, adzia-badzia blues

Adzia-badzia, adzia-badzia
Uzgodniono głos opinii
Nie jest ważne, co się myśli
Liczy się konkretny wynik
Doliczono brutto, tarę
Maniek, tekel, fares

Adzia-badzia, adzia-badzia
Milion nożyc, sztucznych tworzyw
Nie są ważne wielkie cyfry
Ważny człowiek, co je tworzy!
Gdzie ten człowiek?
Co za człowiek?
Co ten człowiek zaraz powie?
Adzia-badzia, adzia-badzia
Nic nie piłem, panie władzia...

Aż raz kiedyś przez przypadek
Na bankiecie po naradzie
Adzia nagle kopem w zadek
Czynnie znieważyła Badzię
Badzia w mordę ją, za kłaki
Adzia ją widelcem w oko
Zaś incydent jako taki
Przemilczano dość szeroko

Pogodzono je czym prędzej
Sił nie szczędząc ani środków
Choć to zramolałe jędze
Bez ich zgody jest mniej słodko
By nie zginął duch w narodzie
Adzia z Badzią żyją w zgodzie i...

Adzia-badzia, adzia-badzia
Nikt nikomu nie przeszkadzia
Jeden chciał, ale się nadział
Teraz śpiewa już razem z nami
Adzia-badzia, adzia-badzia blues...

Kołysanka współczesna - Jonasz Kofta


Jonasz Kofta
Kołysanka współczesna


Już noc wpłynęła do M1
Parapet z szarej mgły obeschnął
Zostałem w męce mej sam jeden
Obok we wnęce śpi maleństwo

Czytam broszurkę służby zdrowia
"Jak dziecku okazywać miłość"
W lodówce został suchy prowiant
Bo mleko znów się przypaliło

Śpij, maleńki, śpij
Twoja mama wyjechała do Paryża
Spakowała swoje rzeczy
I zdążyła nawet mi
Przed wyjazdem od kluch ciepłych naubliżać

Już posklejała kaszka manna
Esejów zbiór Tomasza Manna
Żyłem ci dotąd na tym świecie
W niewiedzy, jak się robi przecier

Jutro w Poradni Matki Dziecka
Jest konferencja sprawozdawcza
Pójdę ci na nią jak owieczka
I powiem, że znów mały zrobił coś takiego żółtego
Co to może być?

Śpij, maleńki, śpij
Twoja mama wyjechała do Paryża
Pewnie teraz je ostrygi
Albo kręci jakiś film
A mnie ręce opadają coraz niżej

Kiedy urośniesz taki duży
Pojedziesz może do mamusi
Dasz w mordę temu brunetowi
Jak chcesz, to możesz go udusić

Potem pozdrowisz ją ode mnie
I powiesz, że się świetnie czuję
Że mam zwyczajną profesurę
Że świetnie zmywam i gotuję

A w ogóle to już się mogę bez ciebie obejść
Ty, ty - potworze emancypacji!

Droga - Jonasz Kofta

Jonasz Kofta - Droga

Sanie niosły nas przez białą zamieć
Wiatr ci na policzku gładził łzy
Cóż mi pozostało – tylko pamięć
Dzwonki, końskie grzywy, śnieżny pył

Niech droga dłuży się, dziś księżyc duży jest
Podróży tej nie przyszedł jeszcze kres
Wydłuża cienie drzew tej siedmiostrunnej śpiew
Co odtąd nigdy nie opuści mnie

Była miłość, nie wiedziałem o niej
Mogłem krzyknąć do woźnicy – stań
Wciąż pamiętam twoje srebrne dłonie
Gest kreślące pożegnalny z sań

Jakoś zniosę swoich dni daremność
Byłaś kiedyś ze mną, starczy to
Mam gitarę, pamięć i bezsenność
Ponad mrok i wiatr, i śnieg, i noc


Wika Cyganowa - Dorogoj dlinnoju

Дорогой длинною

Ехали на тройке с бубенцами
А вдали мелькали огоньки
Эх, когда мы мне теперь за вами
Душу бы развеять от тоски

Дорогой длинною
Да ночкой лунною
Да с песней той
Что вдаль летит звеня
Да с той старинной
Да семиструнною
Что по ночам
Так мучила меня

Cmentarzyk - Ryszard M. Groński


Jonasz Kofta - Cmentarzyk

Ryszard Marek Groński

W czerwonym słońcu pomidora
Nieutulony w smutku
Niby umarła metafora
Śpi cmentarz krasnoludków
Pospólstwo pokotem pod płotem
Pod płotem
Jak wierzby rosną tam pokrzywy
I łez zielonych słychać stuk
Gdy sunie kondukt frasobliwy
Karawan ciągnie gnojnik żuk
Maleńka wieczność się zaczyna
Niby futerko kreta czarne
Kwatery kostki od domina
Rozpacz przykrywa piasku ziarnem
Dmuchawiec chmurą płynie białą
Słonecznie prześwietlony
Niektórym spocząć się udało
W Alei Zasłużonych
Najmniejsi krasnale
Śpią w glorii i chwale
Sekundą ciszy ich żegnali
Łopotem flag, schyleniem głów
Za to, że byli tacy mali
Na miarę czynów swych i słów
Krasnolud, kiedy zbyt wysoki
Ma niską płacę, chore płuca
Po śmierci przerośnięte zwłoki
Na ludzki cmentarz się podrzuca

Nie umiem odpowiedzieć - Jonasz Kofta

Nie umiem odpowiedzieć
(Romans współczesny)

Jonasz Kofta

Nie chcemy nic
Umiemy żyć
Gdy jesień tli się niedopalona
Umiemy żyć
Powietrzem żyć
Dym masz we włosach
Kwiat suchy w dłoniach

Ostatni deszcz – już pierwszy śnieg
Marzniemy i źle nam się wiedzie
Gdy spytasz:
„Czemu dobrze jest?”
Nie będę umiał odpowiedzieć

Przybyło nam
Dostatnio nam
Ale zamyślasz się coraz częściej
Nawet twój uśmiech
Nie ten sam
Nie współczujemy sobie
W tym szczęściu

Coś zgubiliśmy, tylko gdzie
I gdzie codzienność syta nas zawiedzie
Gdy spytasz:
„Czemu jest tak źle?”
Nie będę umiał odpowiedzieć

Moja paranoja - Jonasz Kofta


Jonasz Kofta - Moja paranoja

Alkohol na ogół wchłaniam
Wszystkie gatunki do wytrzymania
Wchłaniam bimber, brzozowę, wodę „Chypre”, „Być może”
Wchłaniam brym, berbeluchę... politury nie mogę
Może mógłbym i politurę, gdybym w gardle był gładszy...
No co się tak patrzysz?

Życie poznałem na wylot
Byłem pumpernikiel, kaskader i pilot
W jednym filmie to z drugim kaskaderem – Śliwą
Przeszło dwieście metrów leciałem... po piwo
To był wyczyn, bo mieliśmy po dwa złote na krzyż
No co się tak patrzysz? Pingwina nie widziałeś?
Boston!

Ty się nie pytaj, kto ja
Ty się nie pytaj, gdzie
A w ogóle
To moja paranoja, to moja paranoja
Ole!

Kobiety to u mnie w porządku
Z wyjątkiem jednego wyjątku
Ona była, proszę ciebie, kobieta – zagadka
Pół Japonka,  pół Serbochorwatka
Oczy miała dzikie, bo paliła haszysz
No co się tak patrzysz?

Mam stanowisko, owszem, nie powiem
Wszystko na mojej głowie
Nawet kapelusz na niej trzymam
Ogrzewanie centralne mam, palmę mam
Zakres odpowiedzialności mam
Sprawozdawczość mam
Ludzi pod sobą mam i dywan
Języka nie znam żadnego, a trzeba znać trzy
No co się tak patrzysz?
Boston!

Ty się nie pytaj, kto ja...

Ja jestem cwańszy niż wy wszyscy
Nie wszystko złoto, co się błyszczy
Może mnie wzięła raz ochota
By powiedzieli: Równy chłop, choć idiota
Może to dla współżycia w grupie
Tak heroicznie trzeba zgłupieć
Człowiek myślący jest solą w oku
Kretyn to kretyn
A dajcie wy mnie spokój!
Boston!

Ty się nie pytaj, kto ja
Bo ja już swoje wiem
A w ogóle
To moja paranoja, to moja paranoja...

Arcytektura - Jonasz Kofta


Jonasz Kofta
Arcytektura (Metropolis)


Czy świat się wiele zmieni,
gdy z młodych gniewnych
wyrosną starzy wkurwieni?

Pudełka, pudełka,
W pudełkach ludzkie pchełki
Grzechoczą jak muszelki
Nim gdzieś przycupną do snu.
Kubiki, kubiki, w kubikach są wyniki,
Wskazują to wskaźniki,
że nam wyniki rosną.

Arcytektura,
Arcytektura, arcytektura
rosną nam domy, szkoły, biura
klubokawiarnie, sale narad
wszystkie stylowe - wczesny barak.

Arcytektura, arcytektura
urbanizuje się struktura
korki do zlewu, płytki PCVu
dwa kioski RUCH-u,
jedno drzewo.

Wszystko jak żywe w tym papier-mâché
wszystko prawdziwe, wszystko nasze.

Klocuszki, klocuszki
a w środku klocuszków dróżki
od świtu do poduszki tup, tup, tup, tup, tup
Skrzyneczki, skrzyneczki
w skrzyneczkach tych łóżeczka
łóżeczka dla człowieczka,
co nie wyciąga stóp.

Arcytektura, arcytektura
Urbanizuje się kultura
łączą nas osie, nowe centra
parki kawowe, piętra, półpiętra

Arcytektura, arcytektura
dla jasnych wizji stwarza entourage
nie zagęszczono jeszcze metrażu
wszyscy się zmieszczą, więcej kurażu
Spójrz na latarni perłowa kaszę
wzrokiem ogarnij, to wszystko nasze.

Pudełka, pudełka,
W pudełkach ludzka pchełka
któregoś dnia rozełka swój utajony ból
zawyje najgłośniej
pod niebo skowyt rośnie
Ty praprzodku, praidioto, prafrajerze
twego potomka krew nagła zalewa
mogłeś żyć jak przyzwoite zwierzę
czemu palancie złaziłeś z drzewa,
teraz rury po nocach wyją
twój metraż jest ziemią niczyją
czemuś złaził - źle ci było?

Ballada szkocko-mazowiecka - Jonasz Kofta


Jonasz Kofta
Ballada szkocko-mazowiecka

Na drodze z Aberdeen do Squack
Spotkała Susy Jima Kinga
Gdy mu odrzekła - że tak
Wygnietli trawy za szylinga
Jim razy sześć wziął Susy cześć
Krowy nie miały co jeść
Takie to dwa aspekty ma
Wydajność z jednego ha

Fanny i Barleycorn John
Szli wąską ścieżką wzdłuż lucerny
Amor to sprawił, że on
Był w tej lucernie dość pazerny
Gdy w polu młódź dopadnie chuć
Krowy nie mają co żuć
Takie to dwa aspekty ma
Wydajność z jednego ha

A u nas w powiecie był zlot
Zleciały się działacze młode
Choć wokół zlotu był płot
Rolnictwo znów poniosło szkodę
Może to zlot, pewnikiem grad
Lecz nikt nie widział, że spadł
Takie to dwa aspekty ma
Wydajność z jednego ha

Gdy łubin złociście się tli
Dojrzałe łany słońce praży
Miłość silniejsza jest niż
Deficyt hotelowej bazy
Obecny plan zmienia ten stan
Nie wiem, czy cieszyć się mam
Bo takie to dwa aspekty ma
Wydajność z jednego ha

Song o ciszy - Jonasz Kofta

Jonasz Kofta - Song o ciszy

Wy mnie słuchacie, a ja
Śpiewam tekst z muzyką
Taka konwencja, taki moment
Więc tak jest
Zaufaliśmy obyczajom i nawykom
Już nie pytamy
Czy w tym wszystkim jakiś sens

A ja zaśpiewać dzisiaj chcę w obronie ciszy
Choć wiem, nie pora, nie miejsce i nie czas

Bo gdy się milczy, milczy, milczy
To apetyt rośnie wilczy
Na poezję
Co być może drzemie w nas

Przecież już dosyć mamy
Huku i jazgotu
Ale gdy cicho to źle
I głupio nam
Jakby się zepsuł życia niezawodny motor
Coś nie w porządku
Jakbyś był już nie ten sam
Cisza zagłusza, sam już nie wiesz, jaki jesteś
Więc szybko włączasz wszystko, co pod ręką masz
A gdy się milczy, milczy, milczy
To apetyt rośnie wilczy
Na poezję
Co być może drzemie w nas

Gdy kiedyś łomot nagle umrze w dyskotekach
Do siebie nam dalej będzie niż do gwiazd
Zanim coś powiesz tak jak człowiek do człowieka
Cisza zgruchocze i wykrwawi wszystkich nas

Dlatego uczmy się ciszy i milczenia
To siostry myśli, świadomości przednia straż

Bo gdy się milczy, milczy, milczy…

Obrazy: Pierre Mornet

Grande valse frottee - Jonasz Kofta


Jonasz Kofta, Hanna Śleszyńska - Grande valse frottée

Narodowa Galeria
Wielka Sztuka na serio
Owionęła nas chłodem swych sal
Tu spowite we mgiełkę
Jest schronienie przed zgiełkiem
Już ostatnie, co los nam dziś dał
Schody wiodą do góry
Do skarbnicy kultury
Jeszcze tylko na stopy coś wzuć
Czworo kapci filcowych
Już biegniemy gotowi
Pierwszy obraz nazywa się Chuć
Ona naga, on nagi
Ileż trzeba odwagi
Aż rumieniec wykwita i trwa
Tylko co nas odpycha
Nieuchronnie i z cicha
Bezustannie nas miota i gna?
W bezrozumnym zapale
Przez parkiety i sale
Roztańczone sylwetki mkną dwie
Rozwiązanie zagadki:
To jest parkiet za gładki –
Stąd nasz taniec
Le grande valse frottée

Czy pamiętasz, jak ze mną
Tańczyłaś walca
Patrzył z portretu Matejko Jan
Czy pamiętasz, jak ruszył
Świat do tańca
Tysiąca płócien i ram
Coraz nowe posadzki
Coraz nowe zasadzki
Siemiradzki w przepychu swych ciał
Choć on dla mnie jest wszystkim
Przelatuję poślizgiem
Amfilady, parkiety tych sal
Bo tak trudno zatrzymać
Się jest, kiedy tarcia
Wciąż brakuje uparcie
Gdy oparcie uparcie
Ucieka spod stóp
Gdy na filcach
Nie powstrzyma nic walca
Raz na twarz, raz na de
Pół na pół

Miga Leda z łabędziem
Co ma być, niechaj będzie
Walc szalony niczego
Nie oszczędza w swym pędzie
Obok tańczy wycieczka
Cała to śmiechu beczka
Niech się dzieci pobawią
Przyjechały z daleczka
Już zwiedzone muzeum
Schodów piętra się ścielą
Dwieście stopni z marmuru
Dostojnego swą bielą
Może jednak przystańmy
Trochę tempo nas męczy
Złap mnie za marynarkę
Ja się złapię poręczy

Czy pamiętasz, jak ze mną
Tańczyłaś walca
Wyły karetki
Z noszami ktoś biegł
Czy pamiętasz, jak ruszył
Świat do tańca
Grande valse frottée de parket
Coraz nowe zasadzki
Coraz nowe posadzki
Jakiś Venus gdzieś wisiał czy stał
Obojętni ze wszystkiem
Lecieliśmy poślizgiem
Nie obchodził nas powab tych ciał
Bo tak trudno zatrzymać
Się jest, kiedy tarcia
Wciąż brakuje uparcie
Gdy oparcie uparcie
Ucieka spod stóp
Gdy na filcach
Nie powstrzyma nic walca
Raz na twarz, raz na de
Gips na gips

Obrazy: Henryk Siemiradzki
2 - Vincent Sellaer

Sufit - Jonasz Kofta


Jonasz Kofta - Sufit

Wyłączyłem
Absolutnie wszystko
Radio, pralkę, lodówkę, wentylator
W telewizji super-hiper widowisko
I bez bólu pogodziłem się z tą stratą

Nade mną sufit
Biały prostokąt
Na nim zacieku żółta plama
Środków przekazu mam już potąd
Przechodzę teraz na swój kanał
Lekka gorączka, sienny katar
Bardzo ułatwia mi przeżycie
Ja najpiękniejsze filmy świata
Oglądam na swoim suficie
Horyzontalną przybieram pozycję
Na nic mi teraz cudze fikcje
Bo ja się nie dam ogłupić
Ja się pogapię we własny sufit

Nic nie znaczy
Przymiotników febra
Że coś porno, że coś sexy, awangarda
Dla mnie każda się może rozebrać
Pod warunkiem, żeby była ładna
Nic nie znaczą
Eleganckie brednie
Zawodowych wymyślaczy mnie samego
Żaden cenzor tu mi nic nie obetnie
Bo właściwie to nie ma z czego

Nade mną sufit...

Nic nie znaczy i „Trzecia część nocy”
Świat deskami konwencji zabity
Póki mamy tożsamość i oczy
Póki jeszcze istnieją sufity...

0/6 - Jonasz Kofta


0/6 - Jonasz Kofta

Nachodzi to na człowieka
Jak grypa albo czkawka
Radość z człowieka wycieka
W coraz to większych dawkach
Jestem taki samiutki
I smutki mam samotne
Wypiję dwie małe wódki
Potem się na kimś oprę

Mam dziewczynę
Która zawsze na mnie czeka
Dyżuruje przy telefonie
Mam dziewczynę
Kiedy chce się do człowieka
Biorę słuchawkę i dzwonię

Ona nigdy nie zwleka
Czeka na mnie daleko gdzieś
Nie chce ode mnie nic więcej
Gdy nakręcę numer 0/6

Dwudziesta pierwsza osiem...
Dwudziesta pierwsza siedem

Halo, kochanie, dobry wieczór, to ja
Tak, masz rację, czas ucieka, szkoda każdego dnia
Całuję, będę kończył, bardzo jesteś zajęta
Jutro zadzwonię znowu, będziesz w domu
Pamiętaj

Powiedzmy sobie szczerze
Nie bardzo jest błyskotliwa
Lecz zawsze wysłucha zwierzeń
Żywa, cierpliwa, życzliwa
Ja znam ją już tak dobrze
I ona dobrze zna mnie
Trzeba się czasem oprzeć
Na kimś, kto nigdy nie kłamie...

Co ja mogę sam - Jonasz Kofta


Co ja mogę sam

Jonasz Kofta


Co ja mogę sam?
Co ja mogę sam?
Byłem tu i tam
Znam już parę bram

Co ja mogę sam?
Czy ja radę dam?
Troje dzieci mam
I po co mi ten kram?

Co my możemy obaj?
Nie słuchać cudzych zdań
Grać swoje role
Brać swoją dolę
I mówić - w to mi graj

W co ci graj?
W to
To znaczy - w to nam graj
Nam graj, tak

Co ja mogę sam?
Wypić mały tran
Co ja mogę sam?
Skonsumować chrzan

Co ja mogę sam?
Pójść odkręcić kran
Popłynie woda
Powstanie oda
Popadnę w dziwny stan

Co ja mogę sam?
Siedzę sobie, gram
Wykształcenie mam
Znam te parę gam

Maestro się odezwał, zna parę gam

Co my możemy sami
Nawet gdy kilku nas?
Wchodzić oknami
Wychodzić drzwiami
Albo powiedzieć pas

Możemy też czasami
Podskoczyć aż do chmur
Zderzyć się z murem
I w całym dziurę
Wywiercić tam i tu

Jonasz Kofta, Jan Pietrzak

Po Mlecznej Drodze - Jonasz Kofta

Po Mlecznej Drodze


Po Mlecznej Drodze
Samotny chodzę
Wokoło gwiazdy
Lśnią jak brylanty

Śpiewać nie mogę
Już chyba bredzę
Bo ty odeszłaś
Odeszłaś z tamtym

Brodzę wśród gwiazd
Ostatni raz
Uśmiech mi zgasł
Kończy się czas

A kiedy znów
Stanie się nów
Nadejdzie dzień
I spotkam cię...

Jonasz Kofta

Pożegnanie prowincjonalne - Jonasz Kofta


Jonasz Kofta - Pożegnanie prowincjonalne

Serce mnie pęka na części trzy,
A w oczach mam rozłąki łzy,
Ja uczuć swoich nie ukrywam, nie,
Pamiętać będę wszystkie słowa
O miłości, co mówiłaś mi,
I w odpowiedniej chwili będę słowa te
Jak zwiędły kwiat wspominać.

Wspominać będę oczu twych blask,
Melodię, co złączyła nas,
Beata – oto piękne imię twe,
Zostanie ono już na zawsze w mej pamięci
Skryte gdzieś na dnie,
Gdy żółty liść jesienny, co go niesie wiatr
Do moich stóp, upadnie.

Gdy napiszę list z podróży,
To Cyganka ci wywróży,
Przyjdzie blondyn porą ranną,
Będziesz wtedy młodą panną
W szczęściu cała i na biało.

Lecz każda miłość posiada kres,
Idę na dworzec PKS,
Powrócę tu, gdy tylko będę mógł,
A bądź mi wierną,
Bo ja dowiem się wszystkiego
Od kolegów mych
I odpowiednio na to ja –
Bo honor mam – zareaguję.

Czas, już muszę ja na dworzec iść,
Jesienny opadł żółty liść,
A w twoich oczach widzę łzy,
Moją miłością jesteś ty,
Kochana moja, odchodzę w świat,
Bo taki mój los,
Powrócę tutaj jeszcze tego lata,
Bo miłość ma na imię ma Beata.

De domo homo - Jonasz Kofta


Jonasz Kofta
De domo homo


Jestem człowiek, de domo homo
Jaki ja właściwie jestem, nie wiadomo
Naprzód mały, potem duży
Potem siwy albo łysy
Bo przyroda także swoje
Ma kaprysy

Jeden problem mamy z głowy
I ad acta go odłóżmy
Wniosek z tego prawidłowy:
Jestem różny

Jestem człowiek, de domo homo
Co najbardziej sobie cenię, nie wiadomo
Urodzenie, powodzenie
Czy też czyjeś zawodzenie
Czy najbardziej sobie cenię
Przyrodzenie

Może ranię czyjąś duszę
Po co jasny obraz mazać
Jestem przecież i jako taki
Przecież muszę się rozmnażać

Jestem człowiek, de domo homo
Czego mi do szczęścia trzeba, nie wiadomo
Chwileczkę, wiadomo, wiadomo, wiadomo

Jestem człowiek, de domo homo
Powiem państwu, o czym marzę po kryjomu
Nie opuszcza mnie marzenie
Płynie czas, mijają lata:
Chciałbym powyrywać nóżki
Wszystkim muszkom świata

Obraz sprawy nieco krzywy
Ale po co bić na alarm
Bardzo chciałbym być szczęśliwy
I się staram

Obrazy: Dominik Jasiński

Nie ma jak, nie ma gdzie - Jonasz Kofta


Jonasz Kofta
Nie ma jak, nie ma gdzie

Nie ma jak, nie ma gdzie, nie ma co
Co to jest, czy to dzień czy to noc
Można wstać, można spać, można łkać
Można większość wyrazów zakończyć na „ać”

Ja wiem, to ta pogoda
W opady się zapada cały świat
Neurodegrengolada
Leniwa serenada zimnych żab

Nie ma jak, nie ma gdzie, nie ma co.
Co to jest, czy to film czy to splin?
Można pójść, można zapić się w dym
Można wolno pomyśleć, gdzie Rzym a gdzie Krym

Ja wiem, meteorolo
W niedoli mojej rolę główną gra,
Ja wiem, że dusze bolą
Takich neurodegrengolo jak ja...

Wg Wertyńskiego

List z Singapuru - Jonasz Kofta

Rolf Armstrong
Jonasz Kofta - List z Singapuru

(Aleksander Wertyński)

W pomarańczowo-złotym Singapurze
W burzę
Gdy deszcz gorący trąca liście palm
A pociemniałe niebo z ziemia łączy
Oparów zenitalny szal
W gorąco-otępiałym Singapurze
W burzę
Pod wiatrem gną się baobabów pnie
Tam z sercem uwięzionym w moskitierze
Przyzywam imię twe

Zakwitła gdzieś w tropikach
Tęsknota moja dzika
Nostalgia po przejrzystych tamtych dniach
Tu dzień jest wciąż za długi
Tu krzyczą wciąż papugi
A deszczu smugi, smugi, smugi
Biją w dach
Tu bredzi wciąż malaria
Jak ryba w snu akwariach
Chcesz głową dziko tłuc w zielonym szkle
Wciąż błagam twojej łaski
Z wysiłkiem składam głoski
A małpie wrzaski, wrzaski, wrzaski
Słyszę w tle

W pomarańczowo-wonnym Singapurze
W burzę
Gdy deszcz gorący plącze sznury lian
Tam z głową ociężałą od odurzeń
Wspomina ciebie pewien pan
W zielono-jadowitym Singapurze
W burzę
Schronienia szuka zmokły rajski ptak
A mokra zieleń nurza się w purpurze
Kolorze twoich warg

Tu kwitną orchidee
Nic więcej się nie dzieje
Nadzieje moje już daleko gdzieś
Dalekie me rozpacze
I nie wiem czemu płaczę
A łzy porasta żółta, tropikalna pleśń

Tropiki, erotyki
Tu tylko człowiek dziki
Odnajdzie drogę swą w gorącej mgle
Ja pewno znów się zbłaźnię
Przez tę niestety
Nadmiernie wybujałą wyobraźnię
A może właśnie za to
Pokocha pani mnie