Zbigniew Zamachowski Poprowadź mnie Andrzej Kuryło
Rodzinny mój dom
Z rodzinnych mych stron
Jak żywy w pamięci mej tkwi
Kołatka u drzwi
Królestwo me - strych
Po schodach znów gnam - raz, dwa, trzy
Rodzinny mój dom
Z rodzinnych mych stron
Co drugą noc pięknie się śni
Zamieniam się w słuch
Ten obraz jak duch
Lśni w oczach zasnutych przez łzy
Poprowadź mnie za rękę, proszę
Snu kładką wąziutką przez czas
Dzieciństwo mi przywróć tu choć raz
Poprowadź mnie za rękę, proszę
Nad rzekę, przez łąkę, nad staw
Z kimś bliskim mi z tamtych lat…
Rodzinny mój dom
Z rodzinnych mych stron
Jak żywy w pamięci mej tkwi
Zamieniam się w słuch
Ten obraz jak duch
Lśni w oczach zasnutych przez łzy
Danuta Stankiewicz - W innych językach Malajkat, Polk, Zamachowski - Przejdź na żydowski Ryszard Marek Groński
W innych językach można mówić, mówić, mówić
Aż od mówienia łupie w stawach, ja to znam
Przejdź na żydowski, wnet znikną troski
Żydowski język mówi się sam
To nietrudny język w sumie
Każde słowo się rozumie
A jak pięknie po żydowsku można kląć
Kiedy kłótnia się zaczyna od głupstewka
Mów do gbura, kiedy szura
Życzę panu, żeby pan był jak rzodkiewka
Pysk czerwony, cera blada – pół na pół
A w dodatku żeby rósł pan głową w dół
W innych językach porównanie, metafora
Jest jak kanarek, który właśnie kąpiel wziął
Przejdź na żydowski, wnet znikną troski
A metafory czytelne są
Można mówić szarą prozą
I liryczną być mimozą
Nawet wtedy, gdy się wali z grubych rur
Mając pewność, gdzie jest ziarno, gdzie otręby
Mów do gbura, kiedy szura
Życzę panu, by pan stracił wszystkie zęby
Tylko jeden niech zostanie panu kieł
By ból zęba znał pan z życia, a nie z dzieł
W innych językach brak poezji, brak finezji
Ciężko wyrazić swoje wnętrze, uczuć treść
Przejdź na żydowski, wnet znikną troski
Już nikt cię nie śmie w kaszy zjeść
Widząc w gniewie twarz zakrzepłą
Emitujesz z siebie ciepło
Pod adresem swego wroga mówiąc tak
Życzę panu, żeby pan miał krótkie ręce
Tu zrób pauzę, przerwę na łzę
A na głowie, żeby pan miał świerzb
Świerzb na głowie i niewielki zasięg łap
Świerzb zaświerzbi, no a ty się teraz drap
Obrazy: Vladimir Lubarov
Dowódca baczność, spocznij mnie nauczy.
Butami naszą piękną ziemię zmierzę.
Jak dobrze być żołnierzem, żołnierzem...
Zostawię w domu troski i kłopoty.
Nie trzeba mi ni forsy, ni roboty.
Gdy każą idę, gdy nie każą leżę.
Jak dobrze być żołnierzem, żołnierzem...
A reszta mnie po prostu nie obchodzi,
Ojczyzna każe, o cóż jeszcze chodzi.
To ona cały gips na siebie bierze.
Jak dobrze być żołnierzem, żołnierzem...
Bohdan Łazuka, Piramidy Ballada amerykańskiego żołnierza
Andrzej Bianusz
Dostanę mundur, broń, do szafki kluczyk,
Dowódca baczność, spocznij mnie nauczy,
Butami naszą piękną ziemię zmierzę -
Jak łatwo być żołnierzem, żołnierzem...
Wnet wszystkie ze łba spadną mi kłopoty.
Nie trzeba mi wypłaty ni roboty.
Gdy każą - idę, gdy nie każą - leżę.
Jak łatwo być żołnierzem, żołnierzem...
A gdyby się historia jakaś działa,
Ty jedno wiesz - Ojczyzna ci kazała
I możesz w swą niewinność wierzyć szczerze.
Jak łatwo być żołnierzem, żołnierzem...
Eh, skrzynko-katarynko, Muzyczko z dawnych dni, Graj dziarska starowinko, Zwodnico - zagraj mi. Przyjaciół mam tak wielu, Co krok znajoma twarz, Lecz jakże dojść do celu, Gdy ciasne buty masz?
Robota jest robotą, I zawsze - jak na złość, Roboty mamy potąd! Roboty mamy dość. Za każdy krok fałszywy, Za każdy błędny krok, Zapłacę życiu grzywnę - Dostanę sójkę w bok. Więc idę pomaleńku, Niech starczy sił by dojść I niech nie zaznam lęku, Gdy życie daje w kość. Robota jest robotą...
Andriej Mironow - Женюсь... 💗
Zbigniew Zamachowski, Wojciech Malajkat
Za dzień mój ślub
Bułat Okudżawa - Wojciech Młynarski
Za dzień mój ślub.
Z nadzieją w sercu lęk do spółki, Czy wielkie szczęście spotka mnie? Lecz wy, lecz wy, wczorajsze moje przyjaciółki, Wczorajsze moje przyjaciółki Nad losem mym nie płaczcie nie. Wstrzymajcie serca drżenie
Na wielkie łzy nie czas, Bo ja wam mówię do widzenia, Bo ja wam mówię do widzenia Lecz nie mówię żegnam was. Iweta, Lizeta, Mizeta, Żaneta, Żorżeta, Jak pięknie się wplata w mój los
Waszych imion winieta, Ach jakaż w nich tkwi
Niewymownie czarowna podnieta, Iweta, Lizeta, Mizeta, Żaneta, Żorżeta. Dopóki tak szeptać, powtarzać
Ożywia chęć mnie ta, Jam przy was
Jak ten co swych nut nie dośpiewał poeta.
span style="font-family: inherit;">
Za dzień mój ślub, Ostatnio biorą z mojej półki I obrączkują ciach, ciach, ciach. Lecz wy, lecz wy, wczorajsze moje przyjaciółki, Wczorajsze moje przyjaciółki, Pozostaniecie w moich snach.
Iweta, Lizeta, Mizeta, Żaneta, Żorżeta, Jak pięknie się wplata w nasz los
Waszych imion winieta, Ach jakaż w nich tkwi
Niewymownie czarowna podnieta, Iweta, Lizeta, Mizeta, Żaneta, Żorżeta. Ach Iweta, Lizeta, Mizeta, Żaneta, Żorżeta, Ach jak pięknie się wplata w mój los
Waszych imion winieta Iweta…. Соломенная шляпка - 1975
Słomkowy kapelusz
Zbigniew Zamachowski Która to już wspólna wiosna Wojciech Młynarski
Która to już wspólna wiosna Która to zim delikatna biel Zostaje w nas przeżyty wspólnie czas Rozmowa, łóżko, stół dzielony pół na pół Dzień po dniu, pół na pół Bo życie siłę i spokój ma Gdy świtem się nie boisz dnia Gdy troski dzieli się przez dwa I gdy myśli jak złote ćmy Szepczą co robić by By pokochać wciąż mocniej, mocniej Żeby nie było żal żyć Trzeba kochać, mocniej kochać Która to już wspólna wiosna Który to lat bursztynowy blask Ogarnie nas ten przeszło-przyszły czas Bym jego upływ czuł dzielony pół na pół Dzień po dniu, pół na pół
Zbigniew Zamachowski Lament nieboszczyków Przemysław Borkowski
Na cmentarzach źle się dzieje
Zmarli płaczą. wicher wieje
Opuszczeni, w samotności
Chodzą smutni, gubią kości
Niepotrzebni, nieśmiertelni
Rozbitkowie wysp trumiennych
Płacz i lament wśród pomników
Nikt nie kocha nieboszczyków
Nikt nie kocha, nikt nie szlocha
Że już zmarli, to wynocha
Że już zmarli, że nieżywi
Krzyże proste wiatr pokrzywił
Kiedyś umrę, wiem na pewno
I co wtedy będzie ze mną
Kto mnie zechce, kto wysłucha
Kto pokocha jako trupa
Kto mnie zechce, kto wysłucha
Kto pokocha jako trupa
Ciężko zmarłym w wilczych skórach
Chodzą po wsiach, twarz ponura
Nikt nie kocha, nikt nie szlocha
Że już zmarli, to wynocha
Takie życie mają zmarli
Tylko przez to, że pomarli...
Umrzeć dla kobiety, to wykwintu szczyt Umrzeć dla kobiety, to światowy sznyt Himalaje wzruszeń, Pacyfiki łez Ach umrzeć dla kobiety elegancko jest Gdy droga do Hadesu wciąż prostsza Gdy się ciągle sytuacja zaostrza Gdy można sobie umrzeć na dżumę, na trąd Ze strachu, przez pomyłkę, przez kumpla, przez rząd Umrzeć dla kobiety, to perwersji znak Umrzeć dla kobiety, to ma styl i smak Himalaje wzruszeń, Pacyfiki łez Ach umrzeć dla kobiety elegancko jest Gdy ci każdy w tym chętnie pomoże Za ostatnie wyprawi cię morze Gdy można sobie umrzeć na wojnie, we mgle I z nudów i z trudów, na jawie we śnie Ależ nie, nie, nie! Umrzeć dla kobiety, to po prostu wstyd Umrzeć dla kobiety, staromodny mit Himalaje szmiry, Pacyfiki bzdur Ach umrzeć dla kobiety jak szczur? Żyć dla kobiety, to dopiero gest Żyć dla kobiety jak rasowy pies Himalaje wzruszeń, Pacyfiki burz Ach żyć dla kobiety nie ginąc jak tchórz!
Razu pewnego na balu maskowym Wśród paziów, Hamletów i dam Wśród czarnych domin, krynolin różowych Zwyczajny pojawił się pan Wśród czarnych domin, krynolin różowych Normalnie ubrany pan Wszyscy w krzyk, z kątów rozległ się śmiech Co za wstyd, co za heca i grzech Jak on śmiał, tak bez maski na bal Jak on mógł sali przestąpić próg Każdy na balu tym kogoś udawał I każdy pod maską się krył Tak urządzano w tych czasach karnawał Lecz jeden wyjątek tam był Niechby choć małpę lub czajnik udawał Lecz smutnym wyjątkiem był Głupio mu, damy śmieją się zeń Wkoło szum, on pod ścianą jak cień Co za gość, szepce masek tłum zły Ma już dość, patrzcie w oczach ma łzy Wreszcie ciekawe spytały go damy A coś ty za jeden, co grasz Jam za prostego człowieka przebrany Ta maska to jego jest twarz Gość za prostego człowieka przebrany Ten kostium, te ruchy, ta twarz Co za strój, sala szumi od braw Każda z dam rada idzie z nim w tan Co za strój, pełen wdzięku i barw Że też mu świetny pomysł ten wpadł
Zbigniew Zamachowski Piosenka o łaziku Agnieszka Osiecka
Idę sobie po ulicy
Wielka dziś na dworze plucha W butach pełno wody mam Ale kto by się z tym liczył Łażę, gwiżdżę, w dłonie chucham I nie jestem przecież sam Pod Palladium straszne tłumy Neon mruga pstro Panie, tramwaj nie jest z gumy Już się sypie szkło Srebrne robią się kałuże Srebrna lampa nad podwórzem Chcę by wieczór trwał najdłużej Nie chcę spać Idę sobie po ulicy... Pędzą jak na karuzeli Diabli wiedzą gdzie Ten się złości, ten weseli Ten znów mówi, że Ja już panią gdzieś widziałem Pani oczy ma wspaniałe Idźmy przejść się choć kawałek Proszę cię Idę sobie po ulicy... Kawał nocy przełaziłem Piszczy mokry but Księżyc zrobił śmieszną minę Wiatr się uczy nut Mostem złoty tramwaj jedzie Pod nim płynie w czarnej wodzie Pięciolinia złotych świateł Złoty cień Kto by tam godziny liczył Łażę, gwiżdżę, w dłonie chucham Chociaż jestem już zupełnie sam
Mój ojciec bardzo lubił France'a
i palił Przedni Macedoński
w niebieskich chmurach aromatu
smakował uśmiech w wargach wąskich
i wtedy w tych odległych czasach
gdy pochylony siedział z książką
mówiłem: ojciec jest Sindbadem
i jest mu z nami czasem gorzko
przeto odjeżdżał na dywanie
na czterech wiatrach Po atlasach
biegliśmy za nim zatroskani
a on się gubił W końcu wracał
zdejmował zapach kładł pantofle
znów chrobot kluczy po kieszeniach
i dni jak krople ciężkie krople
i czas przemija lecz nie zmienia
na święta raz firanki zdjęto
przez szybę wyszedł i nie wrócił
nie wiem czy oczy przymknął z żalu
czy głowy ku nam nie odwrócił
raz w zagranicznych ilustracjach
widziałem jego fotografię
gubernatorem jest na wyspie
gdzie palmy są i liberalizm Obrazy: Doug Knutson
Jaromir Nohavica - Stanice Jiřího z Poděbrad Na stacji Jerzego z Podebrad Antoni Muracki
Widzimy się co dzień na schodach w metrze,
gdy ona jedzie na dół – ja na powierzchnię
Ja wracam z nocnej zmiany,
a ty pracujesz rano
Ja jestem niewyspany,
ty z twarzą zatroskaną
A schody jadą, choć mogłyby stać
na stacji Jerzego z Podebrad
Praga o szóstej jeszcze sennie ziewa
i tylko my naiwni – robimy co trzeba
Ja spieszę się z kliniki, gna do kiosku ona
Zmęczone dwa trybiki,
dwie wyspy wśród miliona
A schody jadą, choć mogłyby stać
na stacji Jerzego z Podebrad.
Choć o tej samej porze - randki są ruchome,
bo w tym tandemie każdy jedzie w swoją stronę
Ja w lewo, ona w prawo
nie ma odwrotu
ją czeka Rude pravo
a na mnie pusty pokój
A schody jadą, choć mogłyby stać
na stacji Jerzego z Podebrad.
Na czarodziejskich schodach czuję w sercu drżenie,
gdy kioskareczka Ewa śle mi swe spojrzenie
W pospiechu ledwie zdążę
powiedzieć - „witam z rana”,
bo całowania w biegu
surowo się zabrania
A schody jadą, choć mogłyby stać
na stacji Jerzego z Podebrad
A Praga drzemie i nic jeszcze nie wie
o dwojgu zakochanych, zapatrzonych w siebie
Już tęsknią nasze włosy
pędem rozwiane
do tego, co nas czeka
do tego, co nieznane
A schody jadą, choć mogłyby stać
na stacji Jerzego z Podebrad.
Zbigniew Zamachowski Miłość od pierwszego wejrzenia Wisława Szymborska
Oboje są przekonani,
że połączyło ich uczucie nagłe.
Piękna jest taka pewność,
ale niepewność piękniejsza.
Sądzą, że skoro nie znali się wcześniej,
nic między nimi nigdy się nie działo.
A co na to ulice, schody, korytarze,
na których mogli się od dawna mijać?
Chciałabym ich zapytać,
czy nie pamiętają –
może w drzwiach obrotowych
kiedyś twarzą w twarz?
jakieś „przepraszam” w ścisku?
głos „pomyłka” w słuchawce?
– ale znam ich odpowiedź.
Nie, nie pamiętają.
Bardzo by ich zdziwiło,
że od dłuższego czasu
bawił się nimi przypadek.
Jeszcze nie całkiem gotów
zamienić się dla nich w los,
zbliżał ich i oddalał,
zabiegał im drogę
i tłumiąc chichot
odskakiwał w bok.
Były znaki, sygnały,
cóż z tego, że nieczytelne.
Może trzy lata temu
albo w zeszły wtorek
pewien listek przefrunął
z ramienia na ramię?
Było coś zgubionego i podniesionego.
Kto wie, czy już nie piłka
w zaroślach dzieciństwa?
Były klamki i dzwonki,
na których zawczasu
dotyk kładł się na dotyk.
Walizki obok siebie w przechowalni.
Był może nawet pewnej nocy jednakowy sen,
natychmiast po zbudzeniu zamazany.
Każdy przecież początek
to tylko ciąg dalszy,
a księga zdarzeń
zawsze otwarta w połowie. Trzy kolory: Czerwony - 1994
Jaromír Nohavica - Starý muž Zbigniew Zamachowski - Starszy pan Antoni Muracki
Gdy będę starszym panem
Będę grzebał w stercie ksiąg
I młode wino zlewał w dzban
Gdy będę starszym panem
Uczuć swych rozproszę mrok
I komu zechcę swą miłość dam
Pergamin kupię też i piórko, i tusz
I będę tkwił, jak mędrzec z Chin
Na brzegu rzeki
Gdy będę stary już
Gdy będę starszym panem
Kupię sobie stary dom
I jedno stare radio
Gdy będę starszym panem
Będę miał swój własny kąt
Przy oknie w kawiarni Avion
Pergamin kupię też i piórko, i tusz
I będę patrzył na idących dokądś ludzi
Gdy będę stary już
Gdy będę starszym panem
Sprawię sobie czarny frak
I szarą muszkę do fraka
Gdy będę starszym panem
Zamiast wody będę chciał
Pić lekkie wino z bukłaka
Pergamin kupię też i piórko, i tusz
I będę milczał, tak jak milczą ci
Co znają plan
I będę starszy pan
I wtedy nagle brat mi zbladł Zatoczył się i wpadł pod blat
Cholera, myślę taki świat Taki był z niego dobry brat I wpadł pod blat Mój ten rodzony drogi brat Jak ten podcięty kwiat tak padł A ja z nim czasu spory szmat I nagle widzę taki mat Gdy wpadł pod blat Ja z bratem zawsze fertig, git A tu o jeden litr ten wstyd To twarda walka o ten byt Taki był z niego dobry chwat I wpadł pod blat Bo lekkomyślny był mój brat Nie słuchał rad za mało jadł A trzeba przegryźć chociaż gnat I taki na czczo ze mną siadł I wpadł pod blat My od takiego tyle lat Z jednej mamusi z kilku tat I nagle widzę taki mat Gdy wpadł pod blat Mój brat pod blat Zbudź się braciszku nie da rady Muszę dokończyć sam biesiady Bo o co, po co, szarpać się? Leży pod blatem jak ten kwiatek Życie nasze niebogate Na co mi taki brat pod blatem...