Sofia Rotaru - Лебединая верность
Nina Urbano - Bądźmy sobie wierni jeszcze raz
Andriej Diemientjew - Zbigniew Stawecki
Taki dzień na pewno musiał przyjść
Bo płynie czas
Czemu to się stało właśnie dziś
Nikt nie wie z nas
Wielka miłość odwróciła twarz
Świat stracił sens
Może to naprawdę koniec nasz
A może nie
Bądźmy sobie wierni jeszcze raz
Ciepło dłoni trwa
Jeszcze wciąż to ty
Jeszcze wciąż to ja
Bądźmy sobie wierni jeszcze raz
Przez najbliższe dni
Jakże będę żyć bez ciebie
Jak beze mnie ty?
Bywa tak, że sercom braknie sił
Mrok dławi nas
Byle tylko się płomyczek tlił
Jest jeszcze czas
Los niechaj dnia spełnia dobre sny
i wróżby z tych gwiazd
Cud się może zdarzyć, uwierz mi
Raz, tylko raz
Mieczysław Święcicki - Nikołaj Mielnikow
Pamiętam dzień - Я помню день
Borys Borysow - Zofia Bajkowska
Pamiętam dzień, ach dla mnie dzień promienny
Ja pokochałem cię, ujrzawszy pierwszy raz
Na świecie zimny był, pochmurny dzień jesienny
Lecz w sercach naszych był wiosenny czas...
Pamiętam dzień, przecudny dzień wiosenny
Miłości prysnął czar, rozstałaś ze mną się
A w sercu moim był pochmurny zgrzyt jesienny
Ta wiosna ileż tęsknot dała mnie...
A w jakiś czas, znów żeśmy się spotkali
Jam obojętny był, tyś zimna tak jak lód
Nie mówiąc prawie nic na zawsze pożegnali
Bo w sercach naszych był zimowy chłód...
Maja Kristalinskaja - Я тебя подожду Halina Kunicka - A to nie tak
Andrzej Bianusz
Zobaczyłeś mnie raz
I szukałeś mnie wszędzie
Ja myślałam, że ty będziesz taki
Jak ci, których znam
Pomyślałam, że z nas
Z dwojga nas słabszy będziesz
Tylu już takich znam
Czemu ty nie masz być taki sam
A to nie tak, a to nie to
I nie wiem co, ale coś jest nie tak
I czegoś żal i trudno spać
I chyba ciebie troszeczkę mi brak
Czasem biegnę bez tchu
Kiedy ujrzę cię w tłumie
Zbliżam się, wołam cię
Nagle widzę, że obca to twarz
Czemu nie ma cię tu
Już nie umiem zrozumieć
Przecież ty musisz być, musisz być
Właśnie przy mnie być masz
A to nie tak, a to nie to
Świat wciąż ten sam
Lecz w nim coś jest nie tak
I czegoś żal i trudno spać
I tylko ciebie troszeczkę mi brak
Na parterze gdzieś gra
Jakaś zdarta już płyta
Powiedziałeś, że dziś
Może wpadniesz
Na kwadrans lub dwa
Kwadrans tak krótko trwa
Na co mi się to przyda
Będę czekać, lecz ty
Przyjdź na zawsze
Gdy przyjść masz i tak
W życiu tak się zdarza, gdy w wiosenny czas
Słonko błyśnie jak najmilszy gość
Wtedy spotka dnia pewnego pierwszy raz
Pośród ludzi kogoś ktoś
On jest chłopcem - jak to mówi się - na schwał
Dla niej próżno o lepszego proś
Coś przeszkadza, by serdeczny uśmiech słał
Spośród ludzi komuś ktoś
Ciężko chłopcu znosić smutki, trudno żyć
Sen ucieka z powiek jak na złość
Pewno musiał zbyt głęboko serce skryć
Pośród ludzi przed kimś ktoś
Choćbyś, chłopcze, całą krew wytoczył z żył
Nieuchronny los cierpliwie znoś
Bo tak jest zawsze, gdy pokocha z całych sił
Gdy pokocha kogoś ktoś... Maria Koterbska, Mark Bernes
Gdyby nie twe oczy, twój niesforny lok
Świt po każdej nocy, tak za rokiem rok
Może by inaczej szumiał w drzewach wiatr
Co innego znaczył łzy na rzęsach ślad
Gdyby nie twe ręce, ciepło twoich ust
Może by w piosence krył się smutek już
Gorzki, nieporadny, nielubiany gość
Gdyby nie twe włosy, gdyby nie twój głos
I gdyby nie słowo, jedno słowo twe
Które mi powtarzasz poprzez wszystkie dnie
Wiosną czy też zimą, słońce to czy deszcz
Pewnie by nie było tej piosenki też
Długo Troję niepokoił wróg uparty,
Ale twierdza się przed wrogiem nie ugięła,
Gdyby tylko wysłuchała słów Kasandry,
Może z mapy by w ogóle nie zniknęła.
Ona krzyczała: „Me przeczucie mnie nie zwiedzie,
Zgotował Troi już zagładę podły los!",
Coś przepowiedzieć, albo też za dużo wiedzieć
To jak świat światem oznaczało - iść na stos...
I kiedy nocą wnętrze konia drewnianego
Śmierć, wietrząc zdobycz łatwą, opuściła,
Z tłumu, zdobywców twardą ręką karanego,
Ktoś nagle krzyknął: „To ta wiedźma zawiniła!"
Ona krzyczała: „Me przeczucie mnie nie zwiedzie...
W dniu strasznej klęski, w dniu zagłady nieuchronnej,
Który zgodnością z przepowiednią wielu zdziwił,
Tłum by na pewno wypowiedział własną wojnę,
Aby wymierzyć tradycyjnie sprawiedliwość.
Ona krzyczała: „Me przeczucie mnie nie zwiedzie...
Koniec historii można ująć w kilku słowach:
Gdy jakiś Grek się wreszcie dostał do jej domu.
Nie jak Kasandrę ją niestety potraktował,
Lecz jak zwycięzca - prosty i nienasycony.
Ona krzyczała: „Me przeczucie mnie nie zwiedzie...
Prawda subtelna, wytwornie ubrana chodziła
Każdy wesoły, choć goły, miał przykład z niej brać
A blaga prostacka tę prawdę do siebie zwabiła
”Zostań, odpocznij, wszak możesz spokojnie tu spać”
Kiedy zaś prawda naiwna na dobre usnęła
Śniła rozkosznie i miękko wtuliła się w koc
Blaga brutalnie z niej całe okrycie ściągnęła
Grzejąc swe ciało jej ciepłem spędziła tę noc
Rano gdy prawda z letargu ocknęła się wreszcie
Naga i sadzą pokryta zmarznięta na kość
Strach ją ogarnął i wstyd, jak pokaże się w mieście
Czy w tej postaci okropnej rozpozna ja ktoś
Śmiała się jednak, gdy w pierś jej kamienie ciskali
”Blaga to zwykła, choć chodzi ubrana jak ja!”
Dwaj urzędnicy protokół rozległy spisali
W którym z godności ją chcieli obedrzeć do cna
I choć naga prawda na Boga się klęła wciąż słabła
Długo musiała się tułać i żebrać jak dziad
A Blaga tymczasem już gdzieś konia z rzędem ukradła
Na którym butnie przemierza do dziś cały świat
Mówią, że ktoś tam o prawdę zaciekle wojuje
Lecz w jego mowach tej prawdy nie widać ni krzty
Może ta prawda naprawdę nam zatryumfuje
Jeśli od Blagi nauczy się reguł złej gry
Bywa, że czasem pół litra zaszumi ci w głowie
I nawet nie wiesz, gdzie zaśniesz, bo padniesz i cześć
Mogą do naga oskubać naprawdę panowie
Patrz, chytra Blaga w twych portkach wybiera się gdzieś
Patrz, twój zegarek chce Blaga na bazar już nieść
Patrz, do historii chce Blaga z dowodem twym przejść
W co zapatrzeć się mam, czym zachłysnąć się da
Gdy powietrze przed burzą takie ciężkie
Co wyśpiewam ja sam, co usłyszysz ty tam
Ptaki z baśni śpiewają dziwnie pięknie
Jeden z nich łasi się tak radośnie do rąk
Pobratymców przyzywa z gniazd dalekich
Lecz tuż obok spuścił głowę smutny biały ptak
I nie umiem odgadnąć za czym tęskni
Niechby rozedrgało myśl
Roztańczonych strun sześć
W skrzydłach ptaków dla mnie dziś
Nadzieja kryje się
W sinym niebie rosyjskim dzwonnicami przekłutym
Dzwon miedziany, miedziany dzwon
To szaleje z radości, to z gniewu
A kopuły pokryte szczerym złotem są
Żeby częściej Wszechmocny dostrzegał
Stoję jak przed odwieczną zagadką i jak
Przed bajecznie ogromnym narodem
Przesolonym, gorzkim, skwaśniałym, błękitnym
I źródlanym, a przecież samogonem
Z błotem w chrapach, tłustym i gęstym
Grzęzną konie me, po pas, po brzuch
Ale wloką mnie, wloką przez to mocarstwo
Co rozkisłe, opuchłe od snu
Niechby rozświetliło noc
Staroruskich księżyców sześć
W skrzydłach ptaków dla mnie dziś
Nadzieja kryje się
Na mą duszę, wytartą ustępstwami co dzień
Na mą duszę wytartą jak łach
Jeśli do krwi już skrawek pocieniał
Złote łaty naszyję, niechaj złotem się mienią
Żeby częściej Wszechmocny dostrzegał
Obrazy: Aleksander Atoyan, Michaił Nesterow, Dmitrij Kołpasznikow
Żyłem sobie jak w Madrycie
Na Arbacie, razem z mamą
Teraz leżę tu na pryczy
Obandażowany cały
Co tam sława, co tam Kława
Siostra nasza - dobry śnie
Umarł sąsiad mój, ten z prawej
A ten z lewej - jeszcze nie
No i kiedyś ten po lewej
Zaszkodziło mu, czy jak
Mówi do mnie: hej, kolego
Ale nogi to ci brak
Jakże to? Nieprawda, ludzie
Toż on kłamie! Głupi żart
Obetniemy tylko palce
Doktor mi powiedział tak
Ale potem ten po lewej
Wciąż się śmiał i drwił za dwóch
Nawet jeśli przez sen bredził
Też o nodze coś tam plótł
Szydził ze mnie: Oj, nie wstaniesz
No i z żoną - szkoda słów
Gdybyś tylko tak, kolego
Z boku się zobaczyć mógł
Żebym ja kaleką nie był
Żebym z wyra mógł się zwlec
Ja bym temu tam po lewej
Gardło przegryzł w biały dzień
Chcę uprosić siostrę Kławę
Koc żeby odkryła mi
Byłby mi powiedział prawdę
Sąsiad z prawej, gdyby żył
Przez świata prawie pół, przez lata bojów krwawych
Przebiłem się, przebrnąłem z batalionem
Z powrotem za to, w zamian za odwagę
Wieźli mnie sanitarnym eszelonem
Pod sam rodzinny próg powieźli półtonówką
Za rogiem pewnie zaraz ta drynda się rozkraczy
Jak oniemiały stałem, a z komina dym
Unosił się, lecz jakoś tak inaczej
Jakby okna bały spojrzeć w oczy mi
Gospodyni nie zaniosła się płaczem
Do piersi nie przylgnęła, zaskrzypiały drzwi
Rękami zamachała i do chaty
I zaszczekały na łańcuchach psy
Ręką im pogroziłem i wlazłem do sieni
O coś obcego potknąłem się i
Szarpnąłem drzwi, kolana się ugięły
Patrzę: za stołem, na moim miejscu, tam
Nowy gospodarz, nachmurzony cały
Kufajka na nim, gospodyni przy nim
Więc to dlatego psy mnie obszczekały
A więc to tak? Więc w tym samym czasie
Kiedy ja w ogniu pędziłem wroga
Ten mi tu wszystkie rzeczy przewiesił
I poustawiał na swoją modłę
Służyliśmy „bogu” - wojna to zły bóg
Nieraz w nas artyleria biła
Ale śmiertelną ranę dostałem właśnie tu
Zdrada od tyłu w serce strzeliła
I pomalutku zgiąłem się w pół
Zebrałem całą siłę woli
Wybaczcie, towarzysze, że zbłądziłem tu
Przez pomyłkę, w obce progi
Więc pokój wam, szczęście, chleba na stół
Żeby w tym domu zgoda gościła
A on ni słowa nie raczył rzec
Jakby to właśnie tak trzeba było
I zaskrzypiała podłoga w sieni
Zamknąłem drzwi, wyszedłem z domu
Okna się tylko za mną otwarły i
Zapłakały po kryjomu
A okręty jak wiatr, dzisiaj tu, jutro tam.
One jednak wracają, choć deszcz i słota.
I pół roku nie minie, zobaczymy się znów.
Potem znowu odejdę na pół roku...
Wszyscy wrócą i tak, prócz przyjaciół sprzed lat
I prócz kobiet kochanych i oddanych najbardziej.
Wszystkich możesz znów mieć, oprócz tych, których chcesz.
Ja nie wierzę losowi, a sobie już najmniej...
Lecz uwierzyć bym chciał, że nie musi być tak,
I że już wkrótce przestanie się palić okręty.
Wtedy wrócę i ja, wśród przyjaciół i w snach.
I pół roku nie minie, zaśpiewam jak kiedyś...
Biegnę, biegnę wciąż przed siebie gdzieś,
Zasuwam po tartanie,
A regulamin pić i jeść,
I spać mi też zabrania.
Może właśnie teraz poszedłbym na spacer nucąc jakąś pieśń
Lub skoczył na śniadanie.
A guzik! Biegnę, biegnę wciąż przed siebie gdzieś,
Zasuwam po tartanie.
Abisyńczyk Sem Bruch
Za wirażem znikł jak duch,
A jeszcze dziś trenerów dwóch
Mówiło mi, że Sem Bruch
To nasz - tak mówili - abisyński druh.
No proszę, do przodu druh jak burza gna,
Ja pocę się i sapię,
Lecz się pocieszam, że raz-dwa
Swój drugi oddech złapię.
W razie czego poczekam na trzeci dech,
Choć schnie mi w gardle ślina,
A już na czwartym czy piątym, choćbym zdechł,
Dogonię Abisyna.
Ładnie to tak? Prawdziwy druh
Nie ucieka, kiedy kolega spuchł.
A jeszcze dziś trenerów dwóch
Mówiło mi, że Sem Bruch
To nasz - tak mówili - abisyński druh.
W termometrze skacze rtęć,
Przegrana z góry walka.
Dla Sema kilometrów pięć
W upale to normalka.
Na takiej Syberii, jakby jeszcze padał śnieg,
Tam na klimacie by się naciął.
Tutaj, jak chce, wygrywa ze mną bieg,
A ja co? Ja nic! Tylko go rugam macią.
Mało mu jeszcze? Niech to jasny szlag!
Zdublował mnie skubany, hak mu w smak!
Szkoda słów, ładny mi druh!
Jak mu tam, zapomniałem, Acha, Sem Bruch -
Nasz abisyński druh.
Marnych artystów trzeba truć
Prowincjonalną scenę rzuć
Czy to jest teatr, pytam
Czy psychicznie chorych dom
Prorocza wizja spełnia się
Do wariatkowa wzięli mnie
Mięciutkie ściany, okien brak
A drzwi bez klamek są
Na korytarzach świrów tłum
W oczach agresja, w głowach szum
Sanitariusze lubią bić
Lub zimną wodą zlać
To medycyny nowy cud
Terapia poprzez lęk i głód
Z jedzenia okradają mnie
Boję się jeść i spać
Dziś do czytania dali mi „Idiotę”
Dostojewski drwi z normalnych ludzi
Zło jest złem, nie metaforą zła
Gogola nie wspominam już
Bo tutaj nie ma martwych dusz
A każda żywa dusza
Na kaftanie numer ma
Literatura testem jest
Każdą reakcję, każdy gest
Wyśledzą, zanotują
Jaki efekt impuls dał
Ktoś w izolatce wali łbem
O ścianę, krzycząc, że jest psem
Pawłowa, pielęgniarki gryzł
Bo Nobla dostać chciał
Dziś pan profesor wyznał mi
Ja tracę zmysły, a czy ty „Lolitę” znasz?
Do gabinetu w nocy musisz wpaść
O Boże! Jest naprawdę źle
Wolę cenzurze poddać się
Nie leczą nieprawomyślności
Prochy ani maść
Dlatego czytam zamiast śnić
Analfabetą wtórnym być nie umiem
Choć z przypadków te najcięższe tylko znam
Błagam ja, ze mną, dla was, was
Puśćcie kto kogo, komu czas
Do domu jego, jemu, nim
Nim się zabije sam
No, po co szukać wciąż nowego kraju?
Już lepiej w starym żyć jak młody bóg!
Dzień wspominając, gdy cudowny brzeg Hawajów
Odkrył przypadkowo żeglarz Cook.
Najpierw pomyślał, że przypłynął do Australii,
Daleki ukrył się za mgłą...
A na tym lądzie kanibale wśród azalii
Jedli - specialite a la maison.
I właśnie tam Aborygeni zjedli Cooka.
Dlaczego? Przyczyn nie zna nauka.
Ja myślę, że się nikt sensacji nie doszuka -
Jeść im się chciało, więc zjedli Cooka.
A może ich zawiodła translatorska sztuka
I zdanie: Świetny smak ma kok w załodze Cooka!
Zabrzmiało jak zachęta, żeby go zaciukać,
Lecz zamiast koka stuknęli Cooka.
Kok miał w kokpicie kokę, Cook na koka fukał:
Nie roznoś koki po kajutach, do kaduka!
Zginiemy, gdy wśród nocnych wacht powstanie luka!
I Cook miał rację, bo nie ma Cooka.
Kok zrozpaczony zażył koki na frasunek
I krzyknął: Dzicy zjedli Cooka przez szacunek!
Inną teorią niech pamięci nikt nie bruka -
Chwilą milczenia uczcijmy Cooka!
Więc wódz krajowców, chociaż miał naturę mruka,
Przeprosił koka, gdy mu zwracał kości Cooka,
A kok kokilką kokosową się z nim stukał...
Już mu się śniła Cooka peruka!
Do dziś Aborygeni z Cookiem kłopot mają,
Gryzą się i kuku na muniu wprost dostają,
Gdy na historii ludożerstwa uczeń duka,
Że dobry człowiek był z tego Cooka!
Tu drzewa są smutne i drżą cały czas,
Tu ptaki śpiewają trwożliwie -
Ja wiem, pewnie ktoś zaczarował ten las
I żyć tu nie można szczęśliwie.
Usychają czeremchy i wiatr wieje zły,
Zimny deszcz ziemię tnie z pasją dziką
Ja cię muszę stąd zabrać, zaufaj więc mi -
Pałac mam wypełniony muzyką.
Ten las czarnoksiężnik przede mną chce skryć
Na tysiąc lat świetlnych. Daremnie.
Nieprawda, że świat taki ciemny ma być
Jak ten, w którym żyjesz beze mnie.
Zamiast rosy o świcie na trawie lśnią łzy,
Księżyc mrokiem się dzieli z gwiazdami.
Ja cię muszę stąd zabrać, zaufaj więc mi -
Pałac mam wypełniony wierszami.
Ten dzień musi nadejść. Nadzieję wciąż mam,
Że kiedyś mnie szeptem zawołasz,
A ja - ja na rękach zaniosę cię tam,
Gdzie nikt nas odnaleźć nie zdoła.
Wyrwę cię z tego świata, lecz szansę mi daj,
Mroczny las zmienię w jasne przestrzenie.
Dla nas dwojga w szałasie też może być raj,
Jeśli pałac był tylko złudzeniem... 👉TUTAJ w przekładzie Pawła Orkisza
Przewrotu widmo znów nawiedza kraj
Przewraca nam się w głowach, niby zdrowych
Zapragnął szatan piekło zmienić w raj
Dla starych diabłów i pokoleń nowych
A jeden czart przy kotle numer sześć
Co rajskim był agentem już od dawna
Szyfrogram wysłał – oto jego treść
Zabawa w raj piekielnie jest zabawna
Właściwie wszyscy tylko dobra chcą
Ku pięknu dąży każda kreatura
Więc zlikwidować czas placówkę mą
Już niepotrzebna w piekle agentura
A szatan obciął ogon, wyrwał kły
I z takim odmienionym wizerunkiem
Przemawiał w radiu, ocierając łzy
Że tylko raj dla piekieł jest ratunkiem
Rozległo w piekle się hip hip hura
Niech wspólny cel uświęci wspólną pracę
W społecznym czynie każdy diabeł ma
Po siedem grzechów głównych dać na tacę
Do boju wzywał trąb piekielnych dźwięk
Wygramy tę batalię – Boże drogi
Grzeszników w piekle nie opuszczał lęk
Aniołom w raju wyrastały rogi
Do piekła szły, co rajem było już
Ku światłu wiodła ciemna droga w błocie
A szatan szydził z nieśmiertelnych dusz
Bezwarunkowo wróci dożywocie
Czy szatan był kretynem? Raczej nie
Choć z tajnych akt i kretyn coś wygrzebie
I diabły i anioły bały się
Na wszystkich miał papiery, oprócz siebie
Tak raj się zmienił w pomyleńców dom
Gdzie nawet diabły czuły się jak w matni
Podniosły bunt, a on porzucił tron
I zaklął szpetnie, chyba raz ostatni
Na ziemię uciekł, nie wie nikt kim jest
Stosuje jednak wciąż sposoby stare
Wymusza skomląc litościwy gest
W kościelnej kruchcie złóżcie mi ofiarę
Jakiemu Bogu służy? Czort go wie
Za kogo się podszywa w naszym kraju?
Tak łato raj zamienia w piekło się
A szatan w piekle może żyć jak w raju…
Kto się potrafi wczuć w rozterki wiernej duszy?
Dziś mundur mi przynosi tylko wstyd.
Wypijmy jednak za funkcjonariuszy.
Za tych z milicji nie pije nikt!
Wziąłem pół litra w restauracji „Berlin” -
Są tu panienki, co lubią śmiech i gwar.
Może zaproszę je? Mam w domu dwie konserwy.
Będzie zakąska, gdy zamkną nocny bar.
Wiem, że alkohol tej nostalgii nie zagłuszy.
Dziś mundur mój to towarzyski zgrzyt.
Wypijmy jednak za funkcjonariuszy.
Za tych z milicji nie pije nikt!
Tu byle dziwka ma kosmiczne honorarium,
Ja - urodziny i pustkę w sercu mam,
Łzy gorzkie muszę lać i wódkę do akwarium
I z glonojadem do świtu gadać sam.
Kto bryłę świata dziś z wygodnych posad ruszy,
Jeśli nie my - za taki marny wikt?!
Dlatego pijmy za funkcjonariuszy.
Za tych z milicji nie pije nikt!...