Elżbieta Wojnowska
Z malarstwa niedzielnego
Leszek Aleksander Moczulski
Ona stwarza drzewo
Z jednego, niepozornego liścia
Domyśla się coraz bardziej rozkwitłych gałęzi
Przywołuje ptaki z niczego
Gdzie skulone, zmarznięte zimują
Przed ludzkim nazbyt natarczywym wzrokiem
Wody napełnia wodą
Wyprowadza pierwszy promień światła
Z ciemności, które wypełniają wszystko
Wnętrze stołu, wnętrze świecy
Wnętrze ognia
Jeszcze żaden przedmiot nas nie boli
Maluje spóźnioną radość
W wyciągniętych rękach dzieci
Dzieci sprzed ostatniej wojny
Wojny, co do której ona się rozmyśliła
Mimo że już przygotowała pędzel z kolorową farbą
I rosnące w oczach przerażenie
Elżbieta Wojnowska
Wycieczki w głąb własnego snu
Marcin Wolski
Wycieczki w głąb własnego snu
Miewają urok nieodparty
Zmieszany zapach białych bzów
Z życiem wesołym niczym żarty
Dlatego aż za często chcę
Znaleźć się w śnie, w prywatnym śnie
Ponad ścianami dni przegranych
Jest niebo marzeń, ósme z nieb
Więc w dzień się jakoś przemykamy
Czekamy zmroku, a we śnie
We śnie jesteśmy wielcy, piękni
Szlachetni jak diamentu błysk
We śnie potężni i pojętni
Zależy, kto ma takie sny
Miłość we śnie jest taka prosta
Sukces zdumienia w nas nie budzi
A gdy się czasem przyśni koszmar
To zawsze można się obudzić
Albo na odwrót, gdy jest źle
Z życia ucieczki szukam w śnie
I tylko z wiekiem coraz częściej
Noc przerażeniem mnie napawa
Tak samo w życiu, jak i we śnie
Śni nam się jawa...
Elżbieta Wojnowska
Mały szary człowiek
Andrzej Bursa
Mały szary człowiek...
Taki szary jak poniedziałek po niedzieli
Szary jak szara mysz na szarym polu
Dowolnie sortowany, magazynowany
I sprzedawany hurtownie
Mały szary człowiek...
Krążący w obiegu detalicznie
Jako jeden z detali ogromnej sumy
Identycznych detali
Detal właściwie zbędny
O wiele bardziej zbędny
Od cyfry, pod którą jest zapisany
Mały szary człowiek...
Człowiek zapłonął...
Zapłonął wielką...
Wielką miłością
Przecież znasz wszystkie moje chwyty
wiesz kiedy będę drapać krzyczeć i rzucać się
znasz upór moich zmagań
i drętwe pozbawione smaku i czucia wyczerpanie
wtedy zatruwasz mój sen majakami
aby uniemożliwić mi jakikolwiek azyl
życie moje…
znam twoje słodycze
które przyjmuję ze skwapliwą wdzięcznością
i po których szarpią mnie torsje
przywykłam do twoich okrucieństw
nauczyłam się śmiać z własnego trupa
znasz dobrze ten mój ostatni chwyt
znudziliśmy się sobie życie moje
życie moje... mój wrogu
cóż kiedy wkręciłeś iskry bólu w moje szczęki
aby utrudnić mi ziewanie
Pan ma zamiary takie poważne
I to mnie cieszy poniekąd
Pan jest mężczyzną takim prawdziwym
Ja tylko słabą kobietą
Pan sieć swą uplótł nader misternie
Wzorem najlepszych intryg miłosnych
I potraktować chce mnie jak zdobycz
A ja tymczasem wyciągam wnioski
Pan chce mi dać tak mało
A zabrać chce tak wiele
Pan chce mnie mieć na co dzień
Ja pana na niedzielę
Symetrii brak w tych sprawach
To komplikacja spora
Czy jest nadzieja na to
Że pan się z nią upora
Początek zawsze jest bardzo piękny
Wiem to, mój Panie skądinąd
Los obiecuje same prezenty
Wszystkim naiwnym dziewczynom
Szampan się pieni, welon do ziemi
A przyjaciółki zazdroszczą skrycie
Marsz Mendelssohna, szczęśliwa zona
Potem, wie pan, samo życie
Pan chce mi dać tak mało…
W pańskich ramionach czeka, być może
Szczęście bezbrzeżne i przystań
Pana oferta nawet mnie wzrusza
Lecz nie wiem czy z niej skorzystam
Pan ma charakter, pan ma zasady
Wielkie nadzieje, małe tęsknoty
I dom z ogródkiem, i coś tam jeszcze
Ileż z tym wszystkim będzie roboty
Pan chce mi dać tak mało
A zabrać chce tak wiele
Pan chce mnie mieć na co dzień
Ja pana na niedzielę
Małżeństwo, nawet z panem
To jednak niewygoda
Więc niech się pan nie trudzi
Szkoda, szkoda, szkoda...
Ta knajpa nawet da się lubić
Gorzej bywało do tej pory
Tutaj ostatnio spędzam życie
A ściśle mówiąc - wszystkie wieczory
Przy barze mam swój stały stołek
Stałych klientów witam gestem
I na brak wzięcia nie narzekam
Bo właśnie po to tutaj jestem
Ja jestem tutaj dziewczyną do wzięcia
Na jedną noc, na dwie, na trzy
Przede mną serca się nie otwiera
Za mną szybko zamyka się drzwi
Ja jestem tylko dziewczyną do wzięcia
I nie dbam co gadają ludzie
Żyję w tym bajzlu całkiem nieźle
A w każdym razie nie mam złudzeń
A ten przychodzi tu codziennie
Działa na nerwy i na serce
I patrzy na mnie w taki sposób
Jak gdyby chciał od innych więcej
Niech pan stąd idzie do cholery
Takie spojrzenie dziwnie boli
Niech pan stąd idzie, bo się rozkleję
Albo co gorsza wypadnę z roli
Ja jestem tutaj dziewczyną do wzięcia
Na jedną noc, na dwie, na trzy
Przede mną serca się nie otwiera
Za mną szybko zamyka się drzwi
Ja jestem tylko dziewczyną do wzięcia
Zbyt mocno kochać mnie nie trzeba
Już pogodziłam się z tą myślą
Że nie dostanę się do nieba
Któż by tam zliczył moje grzechy
Któż by tam zliczył moje winy
Dla równowagi obok dobrych
Bóg musiał stworzyć złe dziewczyny
Ja się nie zmienię już, mój panie
Ja nie nadaję się na żonę
Sama zapłacę swój rachunek
Albo wypłynę lub utonę
Ja jestem tutaj dziewczyną do wzięcia
Na jedną noc, na dwie, na trzy
Przede mną serca się nie otwiera
Za mną szybko zamyka się drzwi
Ja jestem tylko dziewczyną do wzięcia
I nie dbam co gadają ludzie
Żyję w tym bajzlu całkiem nieźle
A w każdym razie nie mam złudzeń
Ja jestem tylko dziewczyną do wzięcia
Tak to wymyślił dobry Bóg
Chociaż tak szczerze powiedziawszy
Ładniej postąpić ze mną mógł
Czasem widzą ją, kiedy wyjdzie na próg
W Opatowie, Kępnie lub jeszcze gdzieś
Spuszczą wzrok, milczy Bóg
Ani zdrowaś, ani na nią warknie pies
Ich sumienia cierń, rzekłbyś - huba tych miejsc
Na sumienie czasu brak
Jest jak ryba na studni dnie
Jest, niby jest
Jakoś żyje, lecz popłynąć nie ma gdzie
Oczu sól w zmowie milczenia ścian
W katarakcie lustra
W niebieskiej sukni jak lubił on
Z nim sam na sam
Ani bar na rogu kusi, ani dzwon
Ptakom garść poda pod brzytwą zim
W ustach kamień
Kiedy przyjdzie odlecieć w godzinie swej
I tak jak dym
Coraz bledsza jest i jest jej coraz mniej...
Nie wiedziałam sama
Że tak umiem kłamać
Że nie zadrży brew
Bez mrugnięcia powiek
Żadnej pustki w głowie
Luz i zimna krew
Coś z dell' arte, małe kłamstwa
Jak drobny fart
Tasowanie znaczonych kart
Podchody wilcze
Coś dla dusz
Bo bez kłamstwa nam ani rusz
A z sobą umiemy już tylko milczeć
Rosną między nami
Ciszy białe ściany
Znów narasta chłód
Czasem dla tych z boku
Żartu miałki popiół
W cudzysłowie ust
Coś z dell’ arte...
Dwoje po wypadku
Przekupując świadków
Mierząc złość na złość
Czasem w nasze sito
Wpadnie chuda litość
Nieproszony gość
Jest takie miejsce na suficie,
Gdzie czasem widać rzeczy sedno.
Wystarczy długo się wpatrywać,
Wtedy, gdy jest ci wszystko jedno...
Gdy coraz mniej rozumiesz z tego,
Co w życiu nam się zdarza.
A dni i noce czas wydziera,
Jak kartki z kalendarza.
Co z tą nadzieją, czemu wciąż
Jak zimne ognie gaśnie?
Czemu tak smutno wokół mnie,
Choć się spełniają baśnie?
Co, co z tą nadzieją?
Bóg coraz bardziej roztargniony,
Pewnie za dużo ma na głowie,
A gdy na wysokościach zamęt,
Czy spać spokojnie może człowiek?
Gdy ciemno, budzą się demony,
Bezczelnie włażą wszędzie,
A że się mnożą bez umiaru,
To jeszcze ciemniej będzie.
Co z tym rozumem, czemu śpi,
Gdy tak potrzebny właśnie?
Czemu tak głupio wokół mnie,
Gdy się spełniają baśnie?
Co, co z tym rozumem,
Co z rozumem?
Mój anioł stróż się właśnie zdrzemnął.
Ma przerwę w pracy aż do świtu.
By jakoś przetrwać noc bezsenną,
Czytam "Nieznośną lekkość bytu".
Nade mną niebo wciąż gwiaździste,
A we mnie mgła zwątpienia.
Gapię się w sufit, choć wiem dobrze,
To nie najlepszy punkt widzenia.
Co z tą nadzieją, czemu wciąż
Jak zimne ognie gaśnie?
Czemu tak głupio wokół mnie,
Choć się spełniają baśnie?
Co, co z tą nadzieją?...
Mówiłeś do mnie czułe słowa,
że tylko ja i nikt,
że tylko ja i nikt więcej,
i nagle poprosiłeś, żeby ci spodnie odprasować,
takim głosem nieśmiałym,
takim głosem chłopięcym.
Prasowałam je resztką siły
w kuchni, a w sercu wzbierał żal
i kiedy już odprasowane były,
tyś spodnie wziął i odszedł w siną dal.
Żelazko,
elektryczne i złowrogie!
Żelazko,
ach, po cóż spodnie prasowałam nim?
Żelazko!
ja cię rozbiję o podłogę.
Chłop był jak ogień,
lecz w spodniach rozwiał się jak dym.
Znam dziewczynę, co na imię miała tak jak ja
Kiedyś była na czymś w kinie smutna, niby łza
Obok niej na wolnym krześle usiadł ten
Co czuł już wcześniej, że to jest ta
Ta kobieta też wiedziała, że to ważny film
Więc z mężczyzną tym została, już została z nim
Jeszcze miała po coś wrócić
Przyjaciołom słówko rzucić - och! nie, nie, nie
Nie wracaj, nie zawracaj
Bo warto żyć na wietrze
Nie wracaj, nie zawracaj
To bardzo niebezpieczne
Ten mężczyzna miał na imię chyba tak jak ty
I pokochał w tej dziewczynie nawet stare łzy
Budowali nowe stoły, jakby znowu szli do szkoły
Na stary szlak
Napisali nowe pieśni, wynaleźli gry
Nie wierzyli, że się prześni ten zielony film
A tu czasem gdzieś o świcie powracało stare życie
Jak szary dym
Ci, co do nas tak podobni, że to chyba my
Teraz żyją tak osobni, że nie poznasz ich
Czasem tylko ta dziewczyna bardzo pragnie iść do kina
Na stary film
Edyta Geppert
Zbigniew Zapasiewicz
Prawdziwa historia Odyseusza Marek Dagnan
Z tych nieznanych dróg
Wróć, bo mnie samej tu
Tak bardzo smutno
Pomóż mi, wróć, odmień ten zły czas
Wróć, tak czekam, wróć
Z tych przeklętych dróg
Wróć, wracaj, czekam
Pomóż mi, wróć, proszę wróć
Wróć, wracaj, czekam
Wróć, proszę wróć
Wróć, tak czekam, wróć
Z tych nieznanych dróg
Wróć, wracaj, czekam
Wróć, pomóż mi, proszę wróć
Historia Odyseusza, prawdziwa historia Odyseusza -
zwanego również Ulissesem -
kończy się definitywnie
na jednej z pomniejszych wysp Morza Śródziemnego.
Olśniony niezwykłością urody mieszkanek tego skalistego lądu,
zniewolony ich śpiewem, który skłonni jesteśmy rozumieć
jako wewnętrzny głos budzącej się w nim miłości własnej,
Odyseusz pozostał na Wyspie Syren,
nigdy nie wrócił do kraju, do domu, do czekających go kłopotów.
Ostatnia notatka w jego dzienniku pokładowym,
oprócz zwykłych treści związanych z nawigacją,
zawiera kilka zdań bardzo osobistych i przejmująco szczerych.
Otóż, zmęczony zwycięstwami, oszołomiony sławą,
odczuł nagle paniczny lęk
przed zbliżającym się koszmarem codzienności.
Postanowił nie wracać.
Postanowił nie wracać, na pewno ze szkodą dla mitu,
ale być może - z korzyścią dla siebie.
Jak tren dla zdradzonych ideałów brzmi śpiew Penelopy:
Wróć, nareszcie wróć
Z tych przeklętych mórz
Wróć, wracaj, czekam
Wróć, pomóż mi, odmień ten zły czas
Niby wszystko takie jasne, a tak ciemno,
Że powtarzać sobie muszę - nie jest źle
A ty, duszo na ramieniu, trzymaj ze mną
Gdy się gubię, kiedy wątpię - pilnuj mnie
Kiedy dygot serca budzi mnie o świcie
Kiedy marzeń sieć na strzępy życie rwie
Kiedy, mimo jasnych prognoz, czarno widzę
Bądź jak światło w tym tunelu - prowadź mnie
Jak cię pocieszyć, czym cię rozśmieszyć
Skąd brać odwagę na dalszy ciąg
I co się stanie z nami, kochanie
Gdy ktoś nam nagle wyłączy prąd
Jeśli życie jest czekaniem - będę czekać
Chociaż czasu na czekanie ciągle mniej
Choć zmęczenia pył pokrywa twarze wokół
A do duszy tak się lepi smutku klej
Czasem lubię z nią pogadać, żeby sprawdzić
Czy tam jeszcze coś ważnego dzieje się
Wtedy ona albo skomli, albo warczy
Albo milczy, by nie martwić bardziej mnie
Jak cię pocieszyć, czym cię rozśmieszyć
Skąd brać odwagę na dalszy ciąg
Gdy tak się gmatwa to, co najprostsze
Gdy tak się wszystko wymyka z rąk
Niby wszystko takie jasne, a tak ciemno
Że powtarzać sobie muszę - nie jest źle
A ty, duszo na ramieniu, wytrwaj ze mną
Gdy się gubię, kiedy wątpię, trzymaj się
Trzymaj się, trzymaj mnie