Zdzisław Maklakiewicz, Andrzej Grabowski
Małe piwko...
Jan Himilsbach (prawdopodobnie)
Gdy ci życie ucieka kochany, to nie goń go
Już tydzień chodzisz jak we śnie, to nie łudź się
Mało piwko, małe piwko z korzeniami wyrośnie ci
Małe piwko, małe piwko z korzeniami zaśpiewa ci
Jeden kiosk
Drugi kiosk
Trzeci
Czwarty
Małe piwko, małe piwko z korzeniami zastąpi łzy
Małe piwko, małe piwko z korzeniami, przebaczysz mi
Gdy ci rączki już drżą, mój kochany, to nie bój się
Kiedy toniesz w powietrzu jak rybka, pamiętaj, że
Małe piwko, małe piwko z korzeniami zastąpi łzy
Małe piwko, małe piwko z korzeniami, przebaczysz mi
Na zgryzoty i głupoty
Na codzienny spleen
Na tęsknoty i kłopoty - klin
Na rozstania i powroty
Na zmazanie win
Na idiotyzm i nepotyzm - klin
Albo w palnik, albo w gaźnik
Z żalu, szęścia, szczęścia bez przyczyny
Podnosimy sobie wskaźnik
Żeby było git
Przyprawiamy, zalewamy
Wprowadzamy, oliwimy
Smarujemy, dopalamy, żeby było git...
Na akcyzę i podatki
I na rządy mas
I że będzie gorzej jeszcze
Gaz
Przyprawiamy, zaprawiamy
Smakujemy, balujemy
Regularnie uwalamy i wpadamy w cug
Browar, harę,(?) i ćmagę
W organizmie blokujemy
Na powagę i odwagę to najlepszy skrót
Andrzej Grabowski
Męska rozmowa z telewizorem
Jan Wołek
Za wszystkie gadające głowy
Za akrobatów intelektu
Za kaznodziejów od pogody
Za inżynierów od podszeptu
Za wszechobecne okrucieństwo
Za miałkie sądy i opinie
Że mówisz o mnie „społeczeństwo”
Choć mam nazwisko i mam imię
Chodź no tu kurwa na słówko
Ty kolorowa żarówko
Za to, że jesteś idiotka
Za kit, bezguście i za banał
Za to, że staje ci do środka
I że co kanał, to jest kanał
Że dajesz wikt nieudacznikom
Stawiasz pomniki z garści piachu
Że jesteś wielką republiką
Stołków, co trzęsą się ze strachu
Chodź no tu...
Ja jestem cały czarno-biały
Cud niedoróbki i fuszerki
Powodów raczej brak do chwały
Więc wciąż przepraszam za usterki
Ale nim powiem, to pomyślę
A prawdę ważę tak jak złoto
Choć niezbyt biegły na umyśle
Ale nie jestem idiotą!
Chodź no tu...
Za proszki, łupież i podpaski
Nadszczerość, która nie zna miary
Za te potwornie chude laski
Że muszę wkładać okulary
Za to, że karmisz się padliną
A kiedy wzdychasz to z promptera
Ambitne (twoim zdaniem) kino
Teatr, co wygrał się do zera
Inaczej się postrzega cały świat
Gdy na Borneo człek wspomnieniem znów zagości
Gdzie w malezyjskiej dżungli stanuSarawak
Orangutany żyją całkiem na wolności
Ogromna ruda małpoluda pośród lian
Z inteligentnie niebezpieczną iskrą w oku
W swój narkotycznie-neurotyczny wchodzą tan
Zdolny zakłócić tej planety święty spokój
Rudego Piasta protoplasta vis a vis
To być musieli przecież nasi antenaci
Myślę przed lustrem goląc znany sobie pysk
Rudawy, krępy, z błyskiem w oku i bez gaci
Ten widok gnębi mnie i wręcz odrzuca w tył
Może pod łóżko, albo schować się do szafy?
Jeszcze próbuję walczyć wątłą resztką sił
Lecz już wygina moje członki w paragrafy
I oto tango, Orangutango
Które po głowie i po łydkach tnie jak bicz
W którym się splata tego świata cała dzicz
I oto tango, Orangutango
To jest zdziczenia ta odmiana niesłychana
Co każe nogi z dupy wyrwać za banana
I każdy opór zdusi
Bo co to znaczy, że się nie chce tańczyć, gdy się musi
Noc jak w tropiku i rudawy drzemie cieć
Świat podkulony ciągnie ogon jak kometa
Porasta miasta kołtuniasta ruda szczeć
I nawet nocą nie uświadczysz już bruneta
A brzaskiem z wielkim wrzaskiem zejdą z drzew
Aż ziemia ugnie się pod nimi jak pod sztangą
Gdy zabulgocze w małpich żyłach dzika krew
I bez pamięci i rozumu ruszą w tango
I oto tango...
Życie się toczy i minęło parę lat
I na Borneo człowiek myślą znów zagości
Gdzie ponoć żyje w dżungli stanu Sarawak
Inteligentów małe stadko na wolności
Nie potrzeba mieć, starczy byle śmieć
Byle się uśmiechał do nas świat
Nie potrzeba mieć
Żółto kwitnie mlecz, mlecz to fajna rzecz
Mlecze zawsze z wiosną za pan brat
Żółto kwitnie mlecz
Piwka złoty ciek wolno włazi w łeb
Piwka złoty ciek i zapada ciepły zmrok
Dobrych kumpli cały blok mam o krok
Dobrych kumpli cały blok mam o krok, kumpli blok
Tu każdemu z nas wolno ciecze czas
I nie świszcze nam przy dupie bat
Wolno ciecze czas
Mamy słońca blask, całe kolie gwiazd
Wszelkich skarbów nieprzebranych skład
Mamy słońca blask
Bo naprawdę fest jest to, że się jest
Tak naprawdę fest, tak naprawdę fest...
Jest to, że się jest, że się jest
Bo naprawdę fest jest to, że się jest
Tak naprawdę fest, tak naprawdę fest
Że się jest ❗❗❗
Tu każdemu z nas wolno ciecze czas...
Więc gdy mówisz mi, że za mało ci
To mnie wtedy trafia szlag, że za mało ci
Zośka - ja życiowy wrak
Powiem tak
Zośka - Ja życiowy wrak
Powiem tak, powiem tak
Tutaj zawsze gwar, tańczy zawsze tyle par
By w pościeli skończyć taniec świętych krów
Ja przychodzę tu, tu kobieta z mego snu
Chcę się w tańcu otrzeć brzuchem o jej brzuch
U mnie z kasą źle, ale chlapnę wódki dwie
I odważniej wtedy widzę przyszłość swą
Chociaż słowa drżą, chociaż ręce drżą
Sztywny skłon...
Tylko nie mów mi, że
Z tym pijanym, to nie
Nie zatańczysz ni raz
Bo zasady swe masz
A ja widzisz tak mam
Że mi trzeba sto gram
By osiodłać tę dal
By roztopić tę stal
A więc nie mów mi, że
Moje słowa drżą
Chociaż słowa drżą...
I na sępa znów parę luf, parę luf
Do ciebie ruszam znowu jak na bój
Chwiejny krok i żart ciebie wart
Ja nie jestem, ale twój
Tak to widzisz jest, tak już jest
Ja jak pies
Ty na długość wideł trzymasz mnie
Chcesz, to rządź i błądź
Tylko bądź, tylko bądź
Bo jak jesteś, to naprawdę nie jest źle
Ja tę śpiewkę znam, torba – kij
Ktoś mi znowu strzeli w ryj
Wybaczenie, Boże, dać mu racz
Słyszy nocą park
Z rozwalonych płynie warg
Cichy płacz...
Drogą prostą jak bas
Toczę się przez ten świat
Pod błękitem jak szkło
W bagażniku na dnie
Zawsze odnajdziesz mnie
Gdyby działo się co
Ja myśli mam wesołe
Dupsko gołe, pięknie jest
Cudnie być piątym kołem
Piąte koło - fajna rzecz
Ty się drogo ściel
Ty się myśli piel
W życiu tak już jest
Że ma pal i cel
Ja myśli mam wesołe...
Zwarty szyk czterech kół
Tyra za mnie jak wół
A ja leżę jak wór
Może zdarzyć się raz
Fucha na krótki czas
Czas by pozbyć się dziur
Lecz myśli mam wesołe
Dupsko gołe, pięknie jest
Cudnie być piątym kołem
Piąte koło - fajna rzecz
Raczej już nie daję w gaz
Oficjalnie, jakiś czas
Już nie palę wcale, gdyż
Żona mnie zamienia w spiż
I zapewne w związku z tym
Ja jak marnotrawny syn
Co to wczoraj był na dnie
A dziś po pysku klepią mnie
Zły los pode mną jednak ryje wciąż jak wąż
Jak szpieg, jak wróg, a może jakiś kret
Bo w kiblu pływa jak zdechła ryba
Niezatapialny pet
Spuszczam więc wodę siódmy raz
Wiążę mu do szyi głaz
A on nieczuły na ten mord
Znów macierzysty wita port
Więc raczej już nie daję w gaz
I oficjalnie jakiś czas
Nie palę wcale, gdyż psia mać
O wizerunek trzeba dbać
Cudzie kochany
Moje Bałkany
Po nogach całuj
Przyłóż do rany
Przez góry twoje
Przez twe ostoje
Nieświęta trójca
Idziem we troje
Koza, rower, no i ja...
Komu trzeba więcej
Niech urabia ręce
Niech się łasi ładnie
Albo zgrabnie kradnie
A jak ma ochotę
Niech się nażre złotem
Aż go weźmie niebo
I gówno mu z tego
Pod kocem nieba
O kromce chleba
Bałkany moje
Co więcej trzeba
Wiatr niosę w głowie
Ja – wolny człowiek
Koza i rower
Moi druhowie
Koza, rower, no i ja...
Komu trzeba więcej
Niech urabia ręce
Niech się łasi ładnie
Albo zgrabnie kradnie
A jak ma ochotę
Niech się nażre złotem
Aż go weźmie niebo
No i co mu z tego
Koza wydojona
Powietrze w oponach
I ja – chwalić Boga
Trzymam się na nogach
Teraz znowu mogę
Ruszać w dalszą drogę
Póki zdrowie sprzyja
Nie ma na nas kija ❗
Koza, rower i ja
Nie ma na nas kija ❗
Koza, rower i ja
Nie ma na nas kija ❗
Koza, rower i ja
I Rakija ❗❗❗
Nie Van Damme, ale branie mam
Bo uroda aż mi tryska z pyska
Lecz u dam preferuję stan
Gdy uroda nie jest oczywista
Piękno – mit, estetyczny zgrzyt
To jest to, co mnie w kobiecie kręci
Żaden wstyd, to jest właśnie hit
Co na wodzie trzyma mój okręcik
Więc powiadam wam, mówię wam
Wszystkie ładne są żadne
Mówię wam
Wszystkie cudne są nudne
Więc doceń, dziadzie
Tę noc w listopadzie
Porządek, co tkwi w nieładzie
Dziadzie
Sens - tak naprawdę ma brzydoty kęs
W bure dni zwykle mi się śni
Gorzkie ziele pośród sztucznych kwiatów
Uwierz mi, że w tym sedno tkwi
Każdy Paryż musi mieć Bełchatów!
Mogło być mi lepiej i mogło być gorzej
Lecz do dzisiaj słyszę tę ciszę w klasztorze
Na ryneczku domki krzywe, pachnie bzem i piwem
Miód się lepki lepi, fotografia w sepii
Na niej dzieci skubią czerwone porzeczki
A wokół miasteczka marszczą się góreczki
Proste lata młode, jak dym na pogodę
Dziś, nie wiedzieć czemu, są Alpy problemów
Dobry Panie Boże! W świecie pełnym świństwa
Zwróć nam, jeśli możesz, kromeczkę dzieciństwa
Niech zapachnie jesień czeremchą i wiosną
Albo nam przynajmniej nie pozwól dorosnąć
W tle była kukułka – ten listonosz losu
Który nam wykukał łaskawość niebiosów
Gdy szczęściem był piernik w malutkiej Alwerni
Kiedy to się stało, że nam wciąż za mało
Czasem nas przyzywa skądś pamięci trąbka
Próbujemy skleić czas we wspomnień rąbkach
Prawdę, co zachwyca jasna jak pszenica
Jak ten niepojęty oleodruk święty
Dobry Panie Boże! W świecie pełnym świństwa
Zwróć nam, jeśli możesz, kromeczkę dzieciństwa
Niech zapachnie jesień czeremchą i wiosną
Albo nam przynajmniej nie pozwól dorosnąć
I nikniemy w mroku, spokojni i bierni
My – te niegdysiejsze dzieciaki z Alwerni
A nad nami w górze aniołowie stróże
Szczęśliwi anieli, żeśmy nie zgłupieli
Dobry Panie Boże! W świecie pełnym świństwa
Zwróć nam, jeśli możesz, kromeczkę dzieciństwa
Niech zapachnie jesień czeremchą i wiosną
Albo nam przynajmniej nie pozwól dorosnąć
Amen
Bez pytania, bez pukania
Weszły, wlazły diabły
Moje diabły
Z wdziękiem armii wyzwoleńczej
Z zaniedbaniem obuwniczym, wlazły
Oj, niedobre diabły
Te trzy diabły podstawowe
I trzynaście mniejszych diabłów, pomocniczych
Pierwszy diabeł niesie zgagę
To pokuta za odwagę
Że się człowiek po poglądach nie rozgląda
I że wie, że w płynie mami jedynie
To co występuje w płynie
Diabeł drugi jęzor długi
Ma jak asfalt stąd do Brugii
Żadnej na tej słów ulicy - tajemnicy
To się już, a jakże swoją drogą
Człek wygadał i przed sobą
Diabeł trzeci jak wyleci
Nawet już w dziesięcioleci
A to diabeł od sumienia - to go nie ma
Tylko tył, tylko jego tył buła
Bo on cały tkwi w szczegółach...
I dlatego, kochanie
To pytanie: Skąd się wziąłem
Odpowiadam: Z tego tła wychodzę ja
I dlatego wciąż nazywam cię aniołem...
Pierwszy diabeł niesie zgagę
To pokuta za odwagę
Że się człowiek po poglądach nie rozgląda...
Siedzę za stołem smutny jak Cohen
talerz fortuny toczy się
Trudno mnie nazwać czwartym żywiołem
– nie równoważę tamtych trzech
Nade mną niebo – pomnik „Dlaczego”
porozumiewawczo mruga
smutna piosenka, smutna piosenka
ale za to długa
Smutna piosenka, zwrotka to męka
a tu idzie druga
Szczęście mi migło, migło jak śmigło
– wiem, że mignęło – mówi się
Na smutku taras – wyjść, wrócić zaraz
nie zaraz gonić Bóg wie gdzie
Nade mną niebo – pomnik „Dlaczego”
porozumiewawczo mruga
smutna piosenka, smutna piosenka
ale za to długa
...Tu jeszcze druga zwrotka się niesie
a już jest wpół do trzeciej
Świat po staremu ma cztery żądze
a pięć z tych czterech to pieniądze
Siedzę za stołem smutny jak Cohen
wesołem show-em – gardzę
Nade mną niebo – pomnik „Dlaczego”
porozumiewawczo mruga
smutna piosenka, smutna piosenka
ale za to długa
Smutna piosenka, smutna piosenka
mówiłem, że będzie długa
P.S.
Smutne jest piękne, ale na szczęście
nie wszystko Piękne – smutne jest