Bułat Okudżawa Я пишу исторический роман Piszę powieść historyczną Witold Dąbrowski i Wiktor Woroszylski
A w butelce lila-rouge
po importowanym piwie
najczerwieńsza z wszystkich róż
kwitła dumnie, a cierpliwie.
W historyczną prozę tę,
w zamysł, co się z wolna wylągł,
brnąłem jak przez gęstą mgłę
od prologu po epilog.
Hen błękitna wzywa dal.
Wyobraźnia pędzi cwałem.
Własnych losów stary szal
rozwijałem, rozpruwałem.
I bohater dzielny mój,
wyszperany w pamiętnikach,
dał mi szlify porucznika
i w pradawny posłał bój.
Zmyślać to nie znaczy łgać,
a domyślać się - to wiedzieć.
Nie wiem, pióro biorąc w garść,
czy ta powieść się powiedzie.
Ale póki kłuje głóg i kraśnieją róży pąki -
niech wypowiem kilka słów,
sens wytrząsnę ze skarbonki.
Tak się pisze, jak się słyszy.
Tak się słyszy, jak się dyszy.
Czasem w ciżbie, czasem w ciszy,
łowiąc uchem słaby dźwięk.
Tak zachciało się przyrodzie.
A dlaczego? Trudno dociec.
Niech kto powie, jeśli wie.
Bułat Okudżawa - По Смоленской дороге
Wojciech Malajkat - Wokół drogi smoleńskiej
Michał B. Jagiełło
Wokół drogi smoleńskiej wciąż las i las, i las,
Na przewodach zawieja przeciągle gra i gra, Ponad drogą smoleńską jak oczu twoich blask, niskich gwiazd światło drga, przeznaczenia moje dwa. Tyle spraw nas wygania na mróz, na chłód, na ziąb,
Iść drogami nam każe pod wiatr, pod wiatr, pod wiatr. Może gdyby łaskawszy był ramion twoich krąg, Czas podróży do ciebie nie dłużyłby się tak. Wokół drogi smoleńskiej wciąż las i las, i las, Ponad drogą smoleńską wichura dmie i dmie. Ponad drogą smoleńską błękitny, mroźny blask, Gwiazdy dwie, oczy twe, poprzez mrok prowadzą mnie. Wiktor Woroszylski
Wokół drogi smoleńskiej - wciąż las i las, i las, wokół drogi smoleńskiej wciąż noc i noc, i noc, tylko z góry, jak oczy twe - para błękitnych gwiazd, w które patrzę i widzę mój los, mój los, mój los. Wokół drogi smoleńskiej - zawieja dmie i dmie, naszych zbędnych wędrówek zasypie, zatrze ślad... Gdyby w pierścień się splotły twe dłonie gorące dwie, może krótszy i lżejszy przede mną by leżał szlak. Wokół drogi smoleńskiej - wciąż las i las, i las, wokół drogi smoleńskiej - ten szum, i szum, i szum. Tylko z góry, jak oczy twe chłodnych błękitnych gwiazd już nie para spogląda lecz gwiazd obojętnych tłum...
Piotr Garlicki, Sława Przybylska Po smoleńskiej drodze
Ziemowit Fedecki
Wzdłuż tej drogi na Smoleńsk tak gęsty stoi las.
Wzdłuż tej drogi na Smoleńsk - tak długi słupów sznur.
Nad tą drogą na Smoleńsk dwóch gwiazd się sączy blask,
Jak twe oczy dalekich, wieczornych gwiazd zza chmur.
Na tej drodze na Smoleńsk zacina wicher w twarz.
Czemu ciepły rzuciłem swój kąt? Ach, któż to wie?
Może nigdy daleki nie skusiłby mnie marsz,
Gdyby szyję oplotły choć raz mi ręce dwie...
Wzdłuż tej drogi na Smoleńsk - milczący pusty las.
Wzdłuż tej drogi na Smoleńsk - samotnych słupów sznur.
Nad tą drogą na Smoleńsk dwóch gwiazd się sączy blask,
Jak twe oczy dalekich i zimnych gwiazd zza chmur.
Wiktor Woroszylski W naszym domu,
w naszym domu,
w naszym domu -
istny raj, istny raj…
Do nikogo pretensji nie mamy,
byle było nie gorzej niż jest – w to nam graj,
wytrzymamy…
Wytrzymamy,
wytrzymamy,
wytrzymamy -
to się wie, to się wie.
Lada dzień Majster Griszasię zjawi,
do wszystkiego swe dłonie przyłoży on dwie -
i naprawi…
I naprawi
i naprawi
i naprawi -
póki czas, póki czas…
A prócz niego, któż zdoła nam pomóc?
Doczekamy się przecież – to wie każdy z nas
w naszym domu…
W naszym domu,
w naszym domu,
w naszym domu
hula wiatr, hula wiatr
i wspaniale powodzi się myszom…
Wyjmij pięści z kieszeni
I popatrz na świat,
majstrze Griszo...
Utwór dedykowany Adamowi Michnikowi, Jackowi Kuroniowi i Karolowi Modzelewskiemu
Płacze dziewczynka, balon uciekł jej, Ludzie mówią nie płacz, a balonik hen! Płacze dziewczyna, chłopca trzeba jej Ludzie mówią nie płacz, a balonik hen! Płacze kobieta, mąż porzucił mnie Ludzie mówią nie płacz, a balonik hen! Płacze staruszka, mamo dosyć łez A balonik wrócił i niebieski jest!
Powodzenia ciepły deszcz spływa na nas rzadko —
ale życie nie jest złe, może gorsze być...
W naczelniki pójdzie wnet mych przyjaciół stadko —
i od razu będzie lżej, będzie lepiej żyć.
Nieśmiałości stara, precz! — dziś triumfu chwile. Pewny stanie się mój krok, zamaszysty gest.
Starczy mi do Jury wpaść, zajrzeć doFazila —
starczy raz zapukać i — „Zrobi się, tak jest!"
Bella też gabinet ma, wejdę: „Czołem, Bella!
Od kłopotów ginę już, na ratunek przyjdź!"
„Co, kłopoty?" — Bella w śmiech — „Toć to bagatela!"
I od razu jakoś lżej, łatwiej jakoś żyć.
Już po nocy mi się śnią owe gabinety,
nie dzisiejsze — ależ skąd, pojutrzejsze — tak!
Bella Achmadulina
Samowary nowe lśnią, cudnych dam portrety,
więc wizytę złożyć tam każe zwykły takt.
W moim kraju w każdym z miast pną się rusztowania,
jazgot pił, toporów stuk — jasne, co tu kryć:
to do rządów druhów mych są przygotowania...
Jak zbudują — zaraz lżej, łatwiej będzie żyć...
Кабинеты моих друзей
Что-то дождичек удач падает не часто.
Впрочем, жизнью и такой стоит дорожить.
Скоро все мои друзья выбьются в начальство,
и, наверно, мне тогда станет легче жить.
Робость давнюю свою я тогда осилю.
Как пойдут мои дела — можно не гадать:
зайду к Юре в кабинет, загляну к Фазилю,
и на сердце у меня будет благодать.
Зайду к Белле в кабинет,
Скажу: «Здравствуй, Белла!»
Скажу: «Дело у меня, помоги решить…»
Она скажет: «Ерунда, разве это дело?..»
И конечно, сразу мне станет легче жить.
Часто снятся по ночам кабинеты эти,
не сегодняшние, нет; завтрашние, да:
самовары на столе, дама на портрете…
В общем, стыдно по пути не зайти туда.
Города моей страны все в леса одеты,
звук пилы и топора трудно заглушить:
может, это для друзей строят кабинеты —
вот построят, и тогда станет легче жить.
Sława Przybylska - Gabinety Przekład?
Przyjaciele młodych lat, przyjaciele moi
Porozganiał życia wiatr was na strony trzy
Ale kiedy słyszy się, że tam ktoś ze swoich
Poszedł w górę, pod sam szczyt, serce czule drży
Bułat Okudżawa - Песенка о Моцарте Sława Przybylska - Piosenka o Mozarcie Wiktor Woroszylski
Mozartpo strunach stareńkich przebiera,
struna muśnięta wibruje i drga.
Mozart ojczyzny dla nut nie wybiera -
żyje po prostu, to znaczy, że gra.
Ach, to nieważne, co będzie, a zresztą -
losy i ciosy ukryte za mgłą...
Niechże pan starań nie szczędzi, Maestro,
niechże do czoła przyłoży pan dłoń!
Gdzieś na ostatniej już, na ostatecznej
stacji szepniemy: musiało tak być...
Ale zgorszenie ojczyzny odwiecznej
to nie bożyszcze, by czołem mu bić...
Ach, to nieważne, co będzie, a zresztą -
losy i ciosy ukryte za mgłą...
Niechże pan starań nie szczędzi, Maestro
niechże do czoła przyłoży pan dłoń!
Młodość wnet pierzcha, bo ma te nawyki,
chwila - i stos już dogasa, a z nim
frak atłasowy, sadzone trzewiki,
biała peruczka rozwieje się w dym.
Ach, to nieważne, co będzie, a zresztą -
losy i ciosy ukryte za mgłą...
Niechże pan nie dba o resztę, Maestro,
niechże do czoła przyłoży pan dłoń!...
Bułat Okudżawa -Чудесный вальс Piotr Fronczewski, Piramidy - Cudowny walc
Wiktor Woroszylski - Walc
Pod drzewami muzykant walca gra,
rozbrzmiewa echem las.
Dźwięki walca to namiętne są,
to nieśmiało, czule pieszczą.
Co się tyczy mnie, to w panią
się wpatruję cały czas,
a pani tak na niego patrzy wciąż...
A on spogląda w przestrzeń.
Dawno gra — i wszystko było już.
Jaki huczny piknik był!
Taki, gdzie się biją, piją,
kochają i rzucają.
On do trąbki przylgnął cały...
Ja do pani przylgnąłbym!
Ale boję się tych źródeł, co
od ust się odwracają.
A muzykant ciągle walca gra
i przed oczyma jego mgła,
tak stoi, o brzozowy pień oparł się plecami...
Ma brzozowe smutne oczy,
zamiast palców liście ma,
i brzozowa wije się muzyka,
omdlewa pod palcami.
A tu sosenka tęskni, smuci się,
aż jej żal zapiera dech.
A muzykant w leśną ziemię wrósł.
A dźwięki się leją.
Jak korzenie drzewa — chude nogi
wbił muzykant w rudy mech,
i z każdą chwilą głębiej wrasta w las
i porasta zielenią.
Wszystko było —
ach, ta muzyka! —
gra już rok, a może sto...
I przeciąga się nasz romans,
i w węzeł się ściąga.
Dajmy spokój, uspokójmy się!
Czas do domu, chodźmy stąd!
Lecz pani tak na niego patrzy wciąż...
A on gra walca ciągle.
Obrazy: Nikołaj Blochin
Okazuje się, ze studiowanie tekstów piosenek jest niezwykle pouczające. Co to za krople? Czy mają coś wspólnego z królem Hamletem, którego brat uśmiercił wlewając mu truciznę do ucha? Choć trop jest interesujący, historia tych kropli nie ma nic wspólnego z tragedią Szekspira. Otóż Krople Króla Danii, czyli Elixir Pectorale Regis Daniae, których receptura powstała w 1772, to ponoć rewelacyjny środek na kaszel i nie tylko. Mają cudowny smak, a że sporządzane są na spirytusie, zapewne dodają wigoru, jak ta piosenka. Kto wie, może stworzę swoją liryczną apteczkę pierwszej pomocy. Mam przecież już te krople, ponadto różne zioła o przedziwnych właściwościach, cudowne mikstury, eliksiry, nalewki i wino - na bezsenność i senność, bóle głowy i serca, niepokój duszy, wiosenne przesilenie i letnie burze nastrojów, jesienną melancholię i zimowe chandry. Właściwie na wszystko!
Bułat Okudżawa - Капли Датского короля Marian Opania - Krople króla duńskiego Wojciech Młynarski
Wierzę od dzieciństwa, że
W Danii w średniowieczu
Żył raz król co krople miał
Które z chorób leczą
Że wyzdrowiał choćby kto
Boleść miał okropną
Gdy duńskiego króla tych
Kropli sobie kropnął
Gdy duńskiego króla tych
Kropli sobie kropnął
Słodsze od najsłodszych win
Słynne krople owe
Pomagały także znieść
Potwarz, strach, obmowę
Więc gdy kto cykorię ma
Że zły los go kopnie
Niech duńskiego króla raz
Kropli sobie kropnie
Niech duńskiego króla w lot
Kropli sobie kropnie
Cichną bitwy, niebo znów
Barwę ma błękitną
Gdy wodzowie w wojny czas
Owych kropli łykną
Ujrzy wiosnę, miłość, maj
I ukochaną w oknie
Kto duńskiego króla
Najlepszych kropli kropnie
Kto duńskiego króla
Najlepszych kropli kropnie
Kto pochlebstwa lubi dym
Kogo nęci władza
Temu zwłaszcza tutaj bym
Kropli tych doradzał
Mądrze zrobi wchodząc na
Smutnych karier stopnie
Kto duńskiego króla wpierw
Kropli sobie kropnie
Kto duńskiego króla wpierw
Kropli sobie kropnie
Zaś gdy głośno prawdę rzec
Wzbrania ci kaszelek
Zamiast chować się za piec
Łyknij tych kropelek
Prawdę rąb i słowa twe
Niech do dzieła popchną
Tych co przedtem tak jak ty
Duńskich kropli kropną
Tych co przedtem tak jak ty
Duńskich kropli kropną
Parę razy wzdłuż i wszerz
Świat przeszedłem cały
Ale słynnych kropli tych
Jakoś nie spotkałem
Niemniej wierzę,
Że ktoś z was
Tego celu dopnie
I duńskiego króla raz
Kropli sobie kropnie
I duńskiego króla raz
Kropli sobie kropnie
Wiktor Woroszylski
Dzieckiem będąc, słyszałem,
że najstraszliwsze z chorób
leczą krople króla duńskiego
lepiej od doktorów.
I od tego czasu wciąż
chodzi mi po głowie:
pijcie krople króla duńskiego,
panie i panowie!
Krople króla i królowej,
tudzież królewiątek —
są upojne niby wino,
gorętsze niż wrzątek,
nie ustąpią mocą dżumie,
trwodze ni obmowie...
Pijcie krople króla duńskiego,
Panie i panowie!
Armat huk i poświst kul,
bitwy zgiełk i jęki —
wnet rozproszą cudownych kropel
harmonijne dźwięki.
Wiosna, miłość, cały świat
w dobroczynnej zmowie.
Pijcie krople króla duńskiego,
panie i panowie!
Sława mąci ludziom we łbie,
władza serca łechce.
Diabła wart, kto ponad innych
wywyższać się zechce.
Czas kurować się z tych pokus,
każdy niech się dowie...
Pijcie krople króla duńskiego,
panie i panowie!
Jeśli prawdę wykrztusić trudno,
bo coś gardło ściska —
kropelkami przepłuczcie krtań,
zaraz będzie czysta.
Dość przykładów na to zna
klechda i przysłowie…
Pijcie krople króla duńskiego,
panie i panowie!
Dwa bieguny, Czarny Ląd,
Azję i Europę
zwędrowałem, ale tych
nie spotkałem kropel.
Jeśli uda się komuś z was —
pijcie je na zdrowie,
pijcie krople króla duńskiego
panie i panowie!
Jeszcze szkła ostatnie drżą
Skończyło się balowanie
Panienki, jak malowanie
Bieliznę na szarpie drą
Jeszcze w dudach tony drżą
A tancerze niedorośli
A tancerze niedorośli
A tancerze niedorośli
A tancerze niedorośli
Brodami jak mchem obrośli
Idą ginąć wśród zarośli
Nad grobami konie rżą
Jeszcze wargi czyjeś drżą
W jasnych oczach zapytanie
Tacy młodzi, Chryste Panie
Tacy młodzi, Chryste Panie
Co tu gromem, co tu grą
Szarej grudy falowanie...
Obłoki nad głową drżą
Trzeszczy świata szalowanie
Skończyło się balowanie...
И был Париж, был зал, и перед залом, на час искусство прыганьем поправ, острило что-то и вертело задом... Всё это было – приложенье к Пьяф...
I Paryż był, i scena, i na scenie
ktoś dowcipkował i dla rzadkich braw,
mizdrząc się, deptał sztukę i sumienie...
I wszystko to był wstęp – do Edith Piaf.
Aż wtem zza kulis się zjawiła – ona,
w wyblakłej twarzy - ani kropli krwi,
jak gdyby w hałaśliwy skecz – zmęczona
tragedia weszła, pomyliwszy drzwi.
Jak gdyby nagle ktoś zapędził w potrzask
tej płaskiej szmiry. Tych jarmarcznych bzdur –
sowiątko chore, o podłych oczach,
ciężkie od swoich nastroszonych piór.
Drobna, zziębnięta, omal że nie mogąc
na nogach się utrzymać, stała tu,
pośrodku ciebie wznosząc się, epoko,
półżywa, bez nadziei i bez tchu.
Jak na Sekwany fale, w które z mostu
za chwilę skoczy, tak patrzała w dół
na nas, publiczność...
Gdybym mógł po prostu
rzucić się do niej, wesprzeć, objąć wpół!
Lecz sojusznika nie chcąc ni obrońcy,
orkiestrze ręką dała znak... I krok
zrobiła naprzód.. I po nutach drżących
przebiegła sztuka niewidzialną skrą.
I w śpiew się wzbiło, jakby w dal leciało,
smagane spojrzeniami, wzwyż i w blask,
to przez lekarzy pokrojone ciało –
leciało lekkim łukiem – prosto w nas!
Szlochało lecąc, wybuchało śmiechem,
Zwierzało szeptem sny bulońskich traw,
Dudniło ulic podwojonym echem.
I to się nazywało Edith Piaf.
Zmieszały się w niej dzwony i lawiny,
ulewy, bitwy nadciągały grzmiąc...
A my myśleliśmy, że się bawimy
Jak wielkoludy liliputką - nią!
Lecz w krtani! – rozpacz i wiara, i wielu
gwiazd wirowiska, zachodzące mgłą...
Ona – olbrzymka – nędznych guliwerów,
Igrając, raptem ujmowała w dłoń.
A najważniejsze było w niej – artystce,
że gdy za sceną się czaiła śmierć,
jej krtanią dźwięczną szli jutrzejsi wszyscy
artyści, niosąc miłość, łzy i śmiech.
Więc tak się schodzi z desek, tak umiera,
w natchnieniu groźnym prorokując nam!
- Śpiewała Edith Piaf – niby chimera,
na scenę spływająca z wież Notre-Dame!
Za wodą miesiąc stanął nieruchomo,
Oknem w domostwie zdaje się, gdzie z nagła
Wszystko ucichło, zapalono światła:
Coś niedobrego stało się w tym domu.
Czy pana przywieziono nieżywego,
Czy pani wiarołomna z gachem zbiegła
Czy zła piastunka dziecka nie ustrzegła -
Trzewiczek tylko znalazł ktoś na brzegu.
Z ziemi nic nie widać. Lecz nieszczęście groźne
Czując, w milczeniu staliśmy skupionym.
Puchacz z cmentarnej pohukiwał strony
I w sadzie wiatr wyprawiał harce głośne.
Клевета - Oszczerstwo Anna Achmatowa - Wiktor Woroszylski
I wszędy było mi oszczerstwo towarzyszem.
Jak skrada się, przez sen słyszałam i wciąż słyszę,
gdy w martwym mieście pod nieubłaganym niebem
błądząc rozglądam się za dachem i za chlebem.
I w każdym oku świeci jego odblask -
to strach niewinny, to znów zdrada podła.
Nie boję się. Niech rękawicę rzucą nową -
odpowiedź znajdę godną i surową.
Lecz przewiduję już ów dzień nieunikniony -
stygnąca moja pierś nie westchnie spod ikony,
a przyjaciele, co zgromadzą się świtaniem,
zakłócą słodki sen zbyt głośnym swym szlochaniem.
I wtedy, nie poznane, ono wtargnie,
z ustami, które czczość nieukojonych pragnień,
krzywd niezaznanych pamięć budząc we krwi,
zmusza, by wplotły głos w żałobne rekwiem.
I majaczenie uprzykrzone każdy pojmie,
by sąsiad oczu na sąsiada nie śmiał podnieść,
by nad straszliwą pustką mego ciała
wśród mgieł porannych dusza ma leciała,
po raz ostatni bezsilnością ziemską płonąc
i dzikim żalem za planetą opuszczoną.
Był sobie skrzypek Hercowicz, Co grał z pamięci jak z nut. Z Schuberta on umiał zrobić - No brylant, no istny cud. Dzień w dzień, od świtu po wieczór, Zgraną jak talia kart, Tę samą sonatę wieczną Wciąż pieścił jak jaki skarb. I cóż pan, panie Hercowicz? Za oknem ciemność i śnieg... Dałbyś pan spokój, Sercowicz! Takie jest życie, nie?... Niech harmonijka - Cyganka, Jak długo ściska mróz, W krok za Schubertem na sankach Zawija kreskami płóz. Nam z muzyką tak bliską, Niestraszny i nagły zgon. A potem z wieszaka zwisnąć Jak płaszcz z oskubanych wron. Dawno już, panie Sercowicz, Wszystko skołował śnieg... Dałbyś pan spokój,Scherzowicz. Takie jest życie, nie?
Recytuje Zbigniew Zapasiewicz
Cóżeś ty za pani, Rozłąko, Rozłąko,
wzywasz nas w daleką dal
wiatru cichą trąbką.
Tułać się po świecie - los godny zazdrości...
Nie szczęści się w śmierci,
poszczęści w miłości.
Cóżeś ty za pani, Obczyzno, Obczyzno,
nie zaufam więcej twym
gorącym uściskom.
W swe jedwabne sieci chwytaj lepszych gości...
Nie szczęści się w śmierci,
poszczęści w miłości.
Cóżeś ty za pani, Fortuno, Fortuno,
jednym sprzyjasz, innym nie,
mówi się, że trudno.
W oczy blask zaświeci
z bliskiej odległości...
Nie szczęści się w śmierci,
poszczęści w miłości.
Cóżeś ty za pani, Zwycięstwo, Zwycięstwo,
barwne skrzydła dajesz nam,
ale wzbić się ciężko.
Sklejcie, wszyscy święci,
połamane kości...
Nie szczęści się w śmierci,
poszczęści w miłości.
Ваше благородие, госпожа разлука,
мне с тобою холодно, вот какая штука.
Письмецо в конверте
погоди - не рви...
Не везет мне в смерти,
повезет в любви.
Ваше благородие госпожа чужбина,
жарко обнимала ты, да мало любила.
В шелковые сети
постой - не лови...
Не везет мне в смерти,
повезет в любви.
Ваше благородие госпожа удача,
для кого ты добрая, а кому иначе.
Девять граммов в сердце
постой - не зови...
Не везет мне в смерти,
повезет в любви.
Ваше благородие госпожа победа,
значит, моя песенка до конца не спета!
Перестаньте, черти,
клясться на крови...
Не везет мне в смерти,
повезет в любви.
Bułat Okudżawa Приезжая семья снимается
на фоне памятника Пушкину
Rodzina z prowincji fotografuje się przed pomnikiem Puszkina w Moskwie Wiktor Woroszylski
Z Puszkinem w tle fotografuje się rodzina.
Fotograf pstryka i ptaszek wylatuje.
Fotograf pstryka,
ale sprawa to przedziwna:
z Puszkinem w tle!
A ptaszek wylatuje.
Zostały w domu złe humory i niesnaski.
Ulica Twerska pędzi, tańczy, przytupuje.
Co za dziewczyny,
co za dźwięki,
co za blaski —
to wszystko dla nas...
A ptaszek wylatuje.
Z Puszkinem w tle fotografuje się rodzina.
Jak czarujące jest
(dla tego, kto to czuje)
łajdactwo nasze drobne,
głupia mina
z Puszkinem w tle!
A ptaszek wylatuje.
Będziemy tak szczęśliwi
(dzięki zdjęciu!) —
to nic, że krótkie życie w dal cwałuje.
Na wieki wieków zostaniemy tu, objęci,
z Puszkinem w tle!
A ptaszek wylatuje.
Размышления возле дома, где жил Тициан Табидзе
Rozmyślania przed domem, w którym mieszkał Tycjan Tabidze
Берегите нас, поэтов - Oszczędzajcie nas poetów Bułat Okudżawa - Wiktor Woroszylski Oszczędzajcie nas, poetów. Oszczędzajcie nas.
Jeszcze tylko wiek, pół wieku... Jak cwałuje czas!
Jeszcze tydzień, dzień, minuta, nie zostało nic...
Oszczędzajcie nas i chrońcie aż do kresu dni.
Oszczędzajcie grzesznych, śmiesznych i podobnych wam.
Gdzieś nasz Dantes, piękny, młody, krąży wokół bram.
Nie zapomniał dawnych przekleństw, ale dzisiaj znów
Przeznaczenie proch wsypuje do morderczych luf.
Gdzieś Martynow nasz ze łzami tę wspomina krew.
Raz już zabił, więcej nie chce, dawno ostygł gniew.
Ale ołów już odlany, przesądzony los —
I dwudziesty wiek nie chybi o najcieńszy włos.
Oszczędzajcie nas i chrońcie przed nierówną grą,
Przed pochopnym trybunałem i kochanką złą.
Oszczędzajcie, póki można — dzisiaj, teraz, tu.
Tylko tak nie oszczędzajcie, by zabrakło tchu!
Ani tak, jak wierną sforę zwykł oszczędzać psiarz,
Ani jak swojego psiarza car nieboszczyk nasz.
Damy wiersze, pieśni damy wam niejeden raz...
Ale wy nas oszczędzajcie. Oszczędzajcie nas.
Nie wierzę w łaskę Opatrzności,
lecz w piękno nie nazwane wierzę.
W to, co mi sprzyja z wysokości,
co mnie naznaczy i wybierze...
Gdy w pysze piekło wre ogniste,
jakże je duch pokona Boży?
O, byle serce było czyste,
a reszta jakoś się ułoży.
Kręcę się niczym wół w kieracie,
nadzieję swą w zanadrzu chroniąc.
Wszystko zdobywam, wszystko tracę,
wiecznie spóźniając się i goniąc.
Niech wonnie piecze się pieczyste,
nim otchłań się u stóp otworzy...
O, byle niebo lśniło czyste,
a reszta jakoś się ułoży.
Do każdej rzeczy modły wznoszę,
do wszystkich rzeczy, ścian i kranów.
O życie bez rozłąki proszę
i bez porywczych huraganów.
Niech się rozjaśnią dale mgliste,
niech świat nie burzy się, nie sroży...
O, byle ręce były czyste,
a reszta jakoś się ułoży.