Poznałem ją w kinie pierwszy raz
I z miejsca ten cud mój pokochałem
A potem, gdy mrok połączył nas
Wyznałem jej: kocham sercem całem
Bilety dwa do kina Dla pani wszystko
Kolacja, butla wina
Dla pani wszystko
Taksówka raz w Aleje
Dla pani wszystko
W taksówce, mam nadzieję
Dla pani wszystko
Nie powiem, co się stanie nic nikomu
Albowiem będzie pani u mnie w domu
Zaloty i pieszczoty
Dla pani wszystko
Ach, wiele do roboty
Dla pani mam
Nie minął rok żoną moją jest
Kochany ten cud mój, magnifika
W wydatkach ma zbyt specjalny gest
Więc wołam: mnie bierze pasja dzika
Gotówka i mieszkanie
Dla pani wszystko
Dwa razy dziennie lanie
Dla pani wszystko
Ja jestem i ten trzeci
Dla pani wszystko
Nie moje, jego dzieci
Dla pani wszystko
Co miałem, choć nie chciałem, lecz oddałem
Przepraszam, mą dymisję dzisiaj zgłaszam
Mam rozwód dać mojej żonie
Dla pani wszystko
Przyjemność po mej stronie
Więc żegnam cię...
Tadeusz Faliszewski Słomiany wdowiec Wacław Stępień
Tyle z żoną miałem kramu
Bilet kup i przedział zamów
Potem pomóż mi się zapakować
Już obłędu byłem bliski
Sześć pakunków, trzy walizki
Wreszcie ekspedycja już gotowa
I potem dworzec, ludzie, bilet, wagon - gdzież jest tragarz
A ty tu stoisz, patrzysz, nic żoneczce nie pomagasz
Więc pomagam w krwawym znoju
Dla świętego, dla spokoju
Bo już słyszę sercem słodki śpiew
Słomiany wdowiec, słomiany wdowiec
Z promieniem słońca chodzi w butonierce
Słomiany wdowiec, słomiany wdowiec
Na oścież ma otwarte swoje serce
Bo wszystkie troski i zmartwienia poszły sobie precz
On wesół jest i to jest właśnie najważniejsza rzecz
Słomiany wdowiec, słomiany wdowiec
Ze wszystkich ludzi najszczęśliwszy człek
Obrazy: J.C. Leyendecker
Sylwestra we Wspomnieniowie postanowiłam spędzić głównie z gwiazdami przedwojennej piosenki polskiej. W takim towarzystwie bawię się cudownie. Zmieszam stare tanga, walce i fokstroty, dodam sporą dawkę humoru, szczyptę namiętności i miłosnych uniesień, porcję sentymentów, wrzucę garść wspomnień, a na koniec doprawię jeszcze kilkoma kroplami łez. Wypiję ten koktajl do dna! Oby nam się!...
Halo...
Proszę? Nie słyszę.
Kogo? Nie rozumiem.
Wandziu, ubóstwiam,
Powiedzieć ci nie umiem.
Pan miał oddać, panie Sztycki,
Pan nie oddał panie Sztycki,
Pan jest zbrodniarz panie Sztycki!
Czego pan się drzesz!
Kocham, zrób ze mną co chcesz.
Co? I pan mnie też!
Ja, prosz pani? Nie, prosz pani.
Tak, prosz pani. Skąd, prosz pani!
Nie nudź pan, dosyć!
Jak cię mam prosić?
Panie Sztycki, pan jest cham!
Rozkosz ci i szczęście dam.
Halo.
No halo, halo ani rusz.
H, A, L, O, i już!
Wandziu, aniele!
Niech się pan odczepi.
Gdzie są pieniądze?
W Ziemiańskiej będzie lepiej.
Pan miał oddać panie Sztycki!
Mój aniele seraficki.
To nie klub izraelicki,
Panu klepki brak.
Sługa, uszanowanie...
A pana niech szlag!
Nie! Tu lombard.Tak.
L jak lody
O jak ody
M jak mama
B jak brama
A jak apteka
R jak Rebeka
D jak wie pan, kto? Jak Dan.
D, nie T! Zrozumiał pan?
Lombard, nie lampart!
L, O, M, B, A, R, D
Kocham! Lombard! Powieś się!
Prosisz mnie o piosnkę kochana
O czem ci zaśpiewać, jedyna
Noc się dziś zatacza pijana
Od miłości naszej jak od wina
Jakże to wysłowić, najmilsza
Kiedy słów ze szczęścia mi brak
Taką noc się najpiękniej przemilcza
Lecz jeśli żądasz zaśpiewam tak
Zamieńmy się nocami
Ja tobie dam tę czarną
Tę od ciał naszych ciepłą
I od rozkoszy parną
A ty mi dasz tę słodką
Słowiczą aż do brzasku
Tę w srebrnej rosie drżącą
W księżyca chłodnym blasku
Cóż ci po tych słowach, kochana
Cóż ci po tej małej piosence
Śliczna to co prawda zamiana
Lecz to jednak słowa i nic więcej
Usta płoną żarem lipcowym
Pocałunków pragną, nie słów
Ty z mych ust chcesz piosnki wciąż nowej
A ja chcę tylko całować znów
Zamieńmy się ustami
Ja tobie dam czerwone
Rozcięte krzykiem szczęścia
Gorące i spragnione
A ty mi dasz płonące
Wezbrane pijanym trunkiem
I jak do tej piosenki,
Rozwarte pocałunkiem
Może nie bardzo ładna
I niebogata też
Lecz nie dorówna żadna
Zaletom jej, o wiesz
Na całym świecie
Co noc i co dnia
Tylko jest ona jedna i ja
Chociaż się ze mnie śmieją
I mówią, co za gust
Ale gdy płomienieją
Czerwone płatki ust
Ja wiem, że szczęście me
Tak długo trwa
Póki jest ona jedna i ja
Co dzień widuję ją
Brzydulę mą, gdy przytulę ją
Jej usta drżą i mówi mi
Czy to szczęście mi się śni
Nie pragnę cudowniejszej
I lepszej w życiu mem
I tkliwszej i wierniejszej
Nie będzie, o tem wiem
Na całym świecie
Który wieki trwa
Tylko jest ona jedna i ja
Szczęście tylko jest w nas
Miłość jest w nas, zbudźcie ją
Trzeba szczęście swe brać
Od serca dać miłość swą
To musiało być tak: Mgła oddechu na lustrze w garderobie. Szklanka z odciśniętym śladem szminki. Wietrzejący zapach perfum Henryka Żaka. Przypięta pineską kartka: kolejność numerów. Kroki inspicjenta. Szept: Na scenę, natychmiast na scenę! W popielniczce niedopałek papierosa, opleciony nitką dymu. Ciemne skrzydło kurtyny. Dobiegający z widowni śmiech. Rytmiczne brawa: klakierzy ofiarnie pracują na dniówkę. Dyrektor z kulisy obserwuje widownię... Dlaczego w czwartym rzędzie jest tyle wolnych miejsc? Niedobrze... Zwilża językiem wargi. Jutro termin wykupu weksli. Może uda się sprolongować? Jeśli nie… Łysy komik do ostatniej chwili przepowiada sobie tekst monologu. Ma takie miejsce, gdzie zawsze się zacina. Potrącają go zbiegające ze sceny girlsy. Woń potu, przyspieszony rytm oddechów... Egzemplarz monologu wyślizguje się z rąk. Komik niemal natychmiast przydeptuje go nogą. Klnąc wychodzi na scenę...
To musiało być tak. Nie mogło być inaczej. Przeżywali piekło tremy, radość udanych premier, głód pochwał i komplementów. Zdobywali sławę i uliczną popularność. Cóż zostało po nich? Popiół spalonych teatrów. Przypadkowe fotografie. Garść programów. Od lat mieszkają już tylko w historii wesołych scenek. Pod tym adresem spotkali się wszyscy. W piosence kwitną niezmiennie jesienne róże, na rynku w Kazimierzu biedna Rebeka zawodzi: „O mój wymarzony, o mój wytęskniony", „pada śnieg puszysty, biały, miękki", zjawia się „blady Niko", na ławeczce trwa nerwowy, rozgestykulowany dialog... (R.M. Groński - Jak w przedwojennym kabarecie)
Tadeusz Faliszewski
Sardinenfish Konrad Tom
Sardinenfish, sardinenfish
O jakich kobiet pan właściwie śnisz
Pan jesteś straszny grymas
A nawet powiem, hyś
Sardinenfish, sardinenfish
O drogę pytasz, czy po prostu kpisz
Czy się żadna nie podoba
Czyż to możliwe, czyż
A mnie, choć góry złota syp
Ja mam swój typ, sportowy typ
Co w zamian salonowych lal
Sportówkę z ciałem, tak jak stal
Sardinenfish, sardinenfish
Więc, jak mnie widzisz, tak mnie pisz
Bo u mnie sport to jest noblesse oblige
A teraz już pan wisz
Płonie milion lamp
W dalekiem Frisco
I szałem huczy wszystko
I mózgi mroczy
Wre zabawą bar
W dalekiem Frisco
I rozkosz ciepłą, bliską
Ślą kobiet oczy
Tam krew rozgrzewa słodki śpiew
Tam żądzą śpiewa krew
Ach, w ramiona wziąć
W wolnym tańcu giąć
Bujne ciało twe
I całować je
Przytul
Kwiaty piersi otwórz
W pieczę głodnych warg
Przytul
Niech się usta wpiją
W biały, prężny kark
Do snu
Cała z aksamitu
Do snu
Najmiłośniej przytul
Nie daj umrzeć mi z tęsknoty
Na śmierć słodką
W swe sploty weź
Lecz o tysiąc mil
Jest San Francisco
A serce tutaj blisko
Pod ręką bije
Wiotkie ciało twe
Jest w San Francisco
A to jest przecież wszystko
Czem serce żyje
Ach, wyjdź
W tej pustce tylko wyć
Ulituj się i przyjdź
Zimne złoto mam
Złota korzec dam
Tylko bądź tu, bądź
By w ramiona wziąć
Zakochałem się
I nie wiem sam, co robić mam
Miłość dręczy mnie
I meczy mnie miłosny kram
I choć kręcę się, jak głupi fryc
Nie mogę nic
Nie mogę żyć bez ciebie
I z tobą też nie
A kocham tak namiętnie
I tak bezbrzeżnie
Jest na frasunek trunek
Lecz mnie to szkodzi
Więc jaki jest ratunek
Najdroższa ma
Nie mogę śnić o tobie
Bo nie śpię miesiąc
A przecież śnić o tobie
Nie można, nie śpiąc
Więc straszną czuję trwogę
Bo nie śpię przecież
Dlatego, że nie mogę
Bez ciebie żyć
Najgorsze są te rzeczy pośrednie
Na które nie ma na pozór pomocy
Gdy się męczysz i nienawidzisz mnie we dnie
A kochasz mnie w nocy
A we dnie chodzisz z tą tęsknotą tajemną
Że inne usta może słodszy mają smak
Słuchaj, to trudno
Ze mną nie można tak
Jeśli zostać, to na zawsze, to na zawsze
Czy życie ma być na cierniach, czy z róż
Na wszystkie dole i najgorsze i najłzawsze
Lecz jeśli odejść, to na natychmiast, to już
Bo przecie nie ma innego sposobu
Tak już być musi, na próżno szukałbyś
Jeśli kochać, to do śmierci, to do grobu
Jeśli zerwać, to zaraz, to dziś
Najcięższe nie jest nigdy zerwanie
Choć bym cię trzymał rękami obiema
Bo kiedy serce ludzkie kochać przestanie
To rady już nie ma
A być z litości, to zbytnia zawiłość
Krew jest jak rzeka, co tamy zrywa precz
Słuchaj, to trudno
Miłość to wielka rzecz...
Mieczysław Fogg Dlaczego właśnie ja - Fredzio Aleksander Jellin
Idę nocą, smutny młodzian, przez ulicę Freta.
Szukam Fredzia, gdzie się podział, wszak był u "Bukieta".
Wtem podchodzi do mnie bubek, także z knajpki wraca.
Nic nie mówi, wali w ucho, nie wiadomo za co!
Potem się przygląda i nagle zmienia ton,
„A przepraszam, to pomyłka, myślałem że to on”.
Dlaczego właśnie mnie, przepraszam, mnie ten pech spotyka? Dlaczego właśnie ja, przepraszam, od takich cierpię szykan?
Dlaczego właśnie on, przepraszam, do mnie jest podobny?
Dlaczego właśnie ja, przepraszam, przez to biorę w pysk?
Na przykład gdybym wiedział, bym razem z Fredziem stał.
To obcy biłby Fredzia, a ja bym sobie zwiał!
Dlaczego właśnie ja, przepraszam, Fredzio poszedł spać?
A ja za niego, ja pechowiec, w ucho muszę brać?
Fredzia trapi jedna troska, to że jest dziobaty.
Ja mam gorszą karę boską, bo jestem żonaty.
Fredzio za to żyje sobie, ma spokojną głowę.
Ja mam w domu piekło kobiet, żonę i teściowe.
Żonka stara, a mimo to ciągle jakoś pieści się:
„Mężuś” „Dzidziuś” „Guguś” „Kotuś”...
Cholera bierze mnie!
Dlaczego właśnie ja, przepraszam, takie znalazł cudo?
Dlaczego właśnie ja, przepraszam, mam małżonkę rudą?
Na milion mężczyzn ja, przepraszam, muszę być ofiarą?
Dlaczego inni na wolności chodzą, a ja nie?
Na przykład gdybym wiedział, że Fredzio by ją chciał,
Wyswatałbym jej Fredzia, a sam bym sobie zwiał.
Dlaczego właśnie ja, przepraszam, żyję jak ten pies?
A on, kawaler, nie wie co to małżeńska dola jest.
Lubię chodzić do ogrodu zoologicznego,
Patrzeć na lwa, chlubę rodu, króla zwierzęcego.
Czasem myślę se ukradkiem, czy źle jest zwierzętom?
Żarcia mają pod dostatkiem, całe życie święto.
A ja biedny alkoholik, cóż ja z życia mam?
Nikt się mną nie opiekuje, a żarcia szukam sam.
Dlaczego właśnie ja, przepraszam, małpą być nie mogę?
Dlaczego taki lew, przepraszam, wieść ma życie błogie?
Dlaczego nie mam ja, przepraszam, darmo mieć mieszkania?
Nie płacić czynszu, jeść orzeszki, własną żonę gryźć.
Słoń milszy od niedźwiedzia, swej trąby by mi dał.
Obsikałbym nią Fredzia, a potem bym se zwiał.
Dlaczego właśnie ja, przepraszam, zastanówmy się.
Bo małpom pić nie dają wódki?
Pardon, to ja już wolę nie!
-Przepraszam, kto mówi?
-To ja. - Ja nie znam żadnych ja!
-Poproszę, pana Mietka.
-Ale kto prosi? -Kolega.
-Halo! Kolega? Ale kto?
-Kolega z baru „Setka”!
W tym właśnie rzecz, byliśmy razem,
cztery dni wstecz,
z Hipciem, pod gazem.
U Hipka jest bibka,
masz iść, kolego musisz iść, do niego ze mną dziś.
Koniecznie musisz.
Chodź kolego na jednego,
tam masz czego dusza chce.
Sprawa krótka, będzie wódka, dżin i wódka itd.
Będą płyty i kobity, karty, żarty, żarcie, szał.
I w ogóle, rany Julek, raj tam będziesz miał.
Lśni księżyc, na niebie sto gwiazd,
przyjemnie płynie czas przy miłej pogawędce.
Że kryzys, że wojna, że źle...
No Hipuś, nie martw się,
kolego w twoje ręce.
Zepsuty świat, zepsuta rybka. Pijmy sto lat za zdrowie Hipka.
I z baru do baru,
sto lat, niech żyje żyje nam,
dobrego w sprawie dam.
Chodź kolego na jednego, na piątego itd.
bo bez wódki żywot krótki,
świat calutki o tym wie.
Twoje zdrowie, moje zdrowie,
bowiem zdrowie trzeba mieć!
Wiwat Hipek z Nowolipek.
Hipek, wódka, śledź.
Lecz księżyc na niebie już zgasł,
do domu wracać czas,
bo w domu żona biada.
I znowu problemat,
bo jak, do domu wrócić tak?
To przecież nie wypada.
Mimo to mkną koledzy pędem,
bo skończyć chcą noc happy endem.
Wśród krzyków i gromów: „Gdzieś był!?
Łajdaku znowuś pił!”
Wyrzuca żonka z domu.
„Idź z kolegą do jasnego czarta,
czwarta bije już!
Świta ranek, ty z hulanek.
skąd na nosie masz ten róż!?
Gdzie masz szelki, Boże Wielki,
zobacz w lustrze minę swą!”.
Wreszcie... i od rana, proszęż pana,
skutki wódki są...
Oto, co można było kupić za "jednego" w 1928 r., czyli jakieś 10 lat przed powstaniem tej piosenki.
Z tą Marysią to pociecha
Zawsze do mnie się uśmiecha
Zawsze mignie oczkiem
Zawsze kręci boczkiem
Że aż jej
Tylko bida, proszęż pana
Że jest niezdecydowana
Niby bardzo chętna
A nie konsekwentna
W chęci swej
Więc może zdecydujesz się, Marysiu
I wreszcie pocałujesz mnie, Marysiu
Najmilsza moja luba, najśliczniejsza
Raz mi dziuba daj
Bo jak to mówią próba fraj
Marysiu
Jeśli zgodzi się Marysia
Można zacząć choćby dzisiaj
A co będzie z tego
To już co innego
Nie wiem nic
Jedno wiem, że trzeba zacząć
Jeśli dać rezultat ma coś
Bez początku powiem
To faktycznie, powiem
Nie ma nic
Więc może zdecydujesz się
Obrazy: Harrison Fisher
Noc akacjami biała
Cała w brylantach ros
Pieśnią miłosną płynął twój głos
Miłość w niej była i cały mój los
A na klawisze padał deszcz
Deszcz łez serdecznych
I palców twych dreszcz
Wyczarowywał sny
Moje sny, twoje sny
Przebrzmiała pieśń i już daleko
Umiera gdzieś bolesne echo
Po deszczu łez tak w sercu lekko
Wspomnieniem wskrzesz umarłą pieśń
Noc akacjami wieje
Znowu w brylantach ros
Gwiazdy nade mną, każda jak cios
Blaskiem uderza w samotny mój los
W wieko pianina trzasnął ktoś
Potem po domu, jak obcy, jak gość
I nucę sam przez łzy
Gdzie te sny, gdzie te sny...